Nieoswojone Ptaki/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Nieoswojone Ptaki
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Wydanie czwarte
Data wyd. 1929
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Zarębianka utrzymywała z siostrą wdową czytelnię, a raczej wypożyczalnię książek. Oprócz tego ona tłumaczyła z angielskiego, a siostra zarabiała szyciem i haftem. Z tego żyły i kształciły chłopaka — syna wdowy.
Zimą, w długie wieczory, Zarębianka uczyła jeszcze czytać i pisać kilkoro dzieci z kamienicy — lokatorów poddaszy i suteren. Czas był tedy szczelnie zapełniony, zważywszy w dodatku, że książki swej czytelni sama oprawiała.
Stankarową poznała jako klientkę, a że gawędzić lubiła, więc wyciągnęła z kobiety, kto była i co porabiała. Zrazu Stankarowa płaciła i brała książki, potem wypożyczać przestała, ale przychodziła niekiedy po informację, radę, a czasem tylko, by posiedzieć w kącie i wypocząć. Miała już swoje ustronne miejsce, za szafą, a Zarębianka dawno wiedziała, co się u nich święci.
Nazajutrz po wypadku rzekła do siostry:
— Zastąp mnie do obiadu w czytelni. Pójdę się dowiedzieć, jak też się czuje Stankarowa, i trochę jej pomogę. Ta już syta jest małżeńskiego szczęścia.
— Różnie bywa w małżeństwie! — ujęła się za swój stan wdowa.
— A pewnie, że różnie! — odcięła nieprzejednana stara panna. — Albo żona zamęczy męża, jak ty, albo mąż zamęczy żonę, jak lada dzień będzie u Stankarów.
— No a ci, którzy dożyją wspólnej starości?
— Ba, wojny bywały i trzydziestoletnie. Zależy od sił i wytrwałości.
I, nie czekając na dalszą dysputę, wyszła.
U Stankarów zastała ostateczne rozprzężenie. Kobieta leżała w gorączce, dzieciak pod opieką stróżki spał; w mieszkaniu panował nieład nie do opisania.
— Któż to graty tak porozrzucał? — spytała Zarębianka, biorąc się do uporządkowania.
— A toć przecie on — opowiadała szeptem stróżowa.
— Rzucał, ciskał, klął, a potem wyleciał. Może przecie się obwiesi, to będzie koniec!
— A doktór był?
— Był, ten młody, co na drugiem piętrze mieszka. Powiedział, że to jakaś zła gorączka. Może też i ona zemrze. Po prawdzie toby jej się należało, bo takie życie, to byle prędzej skończyć.
— Wy macie lekką odprawę na tamten świat. A dziecko możeby też za jednym zachodem...
— O! z dzieckiem to bajki. Dobre ludzie nie dadzą zginąć. Ja sama wezmę, bo własnych nie mam. Grymaśne to i złe; ale rada na to jest. Robaki pewnie ma, to i wrzeszczy. Dziecko będzie miało u mnie lepiej. Oho!
I załatwiwszy się w ten sposób z całą rodziną, stróżowa, rada, że ją ktoś luzuje, poszła do domu.
Zarębianka w pół godziny doprowadziła do ładu mieszkanie, obejrzała kuchnię i śpiżarnię, a widząc, że i myszy nawet stamtąd się wyniosły, usiadła obok chorej, pomimo wielkiej praktyczności, zupełnie bezradna.
Tola dyszała ciężko, nie otwierała oczu, zupełnie obojętna, co się wokoło dzieje; dziecko, szczęściem, przesypiało głód.
— Jednakże, jeśli ta baba trafnie wywróży i ten się obwiesi, co tu robić — myślała frasobliwie Zarębianka.
— Trzeba komuś dać znać, ale komu? Licho mi nadało tu wleźć — teraz nie mogę odejść, aż jaki ład zaprowadzę. Toć już południe, a ja się ruszyć nie mogę. No — ktoś zatrzask otwiera — to pewnie nieboszczyk.
Istotnie, był to Stankar.
Paroksyzm rozpaczy i buntu już mu minął, pozostało przygnębienie i bierna rezygnacja.
Wszedł cicho, a ujrzawszy ją nad żoną, rzekł posępnie:
— Dziękuję pani, że przyszła. Ja wyszedłem po lekarstwo. Doktór mówi, że to będzie tyfus, czy zapalenie mózgu.
— Et, każdy prawi okropności, byle być cudotwórcą. Kobiecina się wczoraj wylękła i tyle. Parę dni spokoju postawi ją na nogi. Dobrzeby tylko było, żeby pan na te parę dni dziecko oddał gdzie do krewnych, żeby chorej było cicho w domu.
— Nie mamy krewnych! — odparł krótko.
— No, to do znajomych!
— Nie mamy znajomych — powtórzył, ramionami ruszając.
— Jakże tak można się urządzić? Bez ludzi i raj się znudzi — rzekła żartobliwie.
— Nie jesteśmy też w raju, ale w czyśćcu, jeśli nie w piekle! — mruknął i dodał:
— Trzeba jej dać lekarstwo, jeśli nie śpi.
Zarębianka uniosła głowę chorej i podała do ust łyżkę mikstury.
— Boli cię głowa? — spytał Stankar.
Wzdrygnęła się na jego głos, trochę otworzyła oczy, i odparła sucho:
— Nie wiem. Ale to nic.
I znowu zapadła w martwotę.
Usunął się do okna i stał, patrząc bezmyślnie na brudny, okopcony mur przeciwległy.
Potem jakby się ocknął, zwrócił się do Zarębianki i spytał szeptem:
— Co dla dziecka przynieść jeść? Ano, i ona może zechce, to co kupić? Może wina?
— Poślij pan stróżkę po mleko, bułki. A najbardziej panu radzę, weź pan na dni kilka dozorczynię do domu, bo pan sam rady dać nie potrafi. Jabym chętnie została, ale nie mogę, bo mam dużo w domu roboty. Albo — daj mi pan dziecko na ten czas!
— Gdziebym śmiał panią tem obarczać. Przecie ono jak nie śpi — to wrzeszczy. Jeśli wszystkie dzieci takie, to nie rozumiem, jak rodzice zachowują zdrowe zmysły.
— Niech się pan nie ceremonjuje. Ja się na dziecinnych fochach nie znam, ale mam siostrę wdowę, która za dziećmi przepada. Dopilnuje małej. Niech pan będzie spokojny.
— Jakże pani taka łaskawa dla nas, mało znanych. Ja już i dziękować nie umiem.
— Proszę się nie fatygować. Nie potrzeba wiele znać, żeby komu w biedzie pomóc. To jest głupstwo, nie warte wzmianki. Biorę dziecko, a żona pańska je odbierze, jak wyzdrowieje. Niema o czem mówić. Mieszkam tu niedaleko na Chmielnej. Mam czytelnię w podwórzu.
Bardzo rada z takiego załatwienia kwestji, dopilnowała jeszcze, by sprowadził mleka, nauczyła kiedy i jak miał dawać lekarstwa i, korzystając z rozespania małej, otuliła ją szalem i zabrała.
— Co to? Pani zabiera dziecko? — zaczepiła ją w bramie stróżowa niespokojnie.
Zarębianki trzymały się żarty pomimo szpakowatych włosów.
— A toście ich uśmiercili oboje, ale mieli jeszcze czas mnie dziecko zapisać — a was proszą o przystojny pochówek!
I uniosła co rychlej małą, która się rozbudzała i naturalnie rozpoczynała koncert. Gdy się znalazła wśród obcych, tak się jednakże wylękła, że przestała krzyczeć i tylko wielkiemi oczami rozglądała się po nieznanych kątach. Wieczorem wdowa rzekła do Zarębianki cicho, żeby nawet jej chłopak nie mógł słyszeć:
— Czy ty uwierzysz, że to dziecko tak grymasi i płacze z głodu?
— Et — nie może być! Czyżby u nich było tak źle?
— Widocznie. Zobaczysz, jutro będzie ciche i wesołe.
Zarębianka pokręciła głową markotnie.
— To dopiero musi być urwis ten Stankar, poco to się żeni. Zawsze jednak na moje wychodzi, że małżeństwo to jest nieudany wynalazek.
Nazajutrz mała Jania była jak zamieniona. Głosu jej nie było słychać. Budziła się tylko, by jeść i było zdumiewające, co mogła pochłonąć mleka, bułek i rosołu. Wcale też domu ni matki nie wspominała, zajęta tylko, jak zagłodzone zwierzątko, kwestją odżywienia.
Trzeciego dnia na chwilę wpadł Stankar roztargniony jakiś, nieswój, podziękował za opiekę, na dziecko ledwie spojrzał, oznajmił, że żona zdrowsza i za dni parę małą zabierze. Zabawił pół godziny i zdawało się, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale się nie zdecydował i poszedł.
— Bardzo przystojny mężczyzna, ale ojciec niebardzo czuły — zdecydowała wdowa zgorszona.
— Smarkacz i błazen — wybuchnęła Zarębianka. — Zamorzył żonę i dziecko, a kupuje sobie fiołki do butonierki i włosy fryzuje. Elegant!
— Powinniby małą zupełnie nam zostawić, bo i ona pojęcia nie ma o obowiązkach matki — dodała z przekąsem wdowa.
— A niechby została. Przy nas nie zginie! — odparła siostra z dumą.
Jednakże w parę dni potem przyszła Stankarowa wieczorem tak zmieniona, mizerna, sczerniała troską, że obie kobiety przelękły się. Po pracowitym dniu odpoczywały w jadalni, która zarazem była salonem i pracownią. U stołu na jednym końcu spożywano wieczorny posiłek, a na drugim końcu leżały zeszyty Staszka, manuskrypty tłumaczeń Zarębianki i robota krawiecka wdowy.
Przedewszystkiem zaproszono Stankarową do sypialni i pokazano małą śpiącą, potem dano jej herbaty i posadzono u stołu. Ale biedaczka nic jeść nie mogła, patrzała przed siebie nieprzytomna i milczała.
Nagle wstała i z jakiemś rozpacznem postanowieniem rzekła:
— Już pójdę. Trzeba dziecko zabrać i iść.
— Gdzie? Poco? Czy pani zwarjowała! — zawołała po swojemu, szorstko Zarębianka. — Dziecko można jutro rano odnieść, kiedy pani koniecznie chce, ale rozsądniejby było tu je zostawić, aż pani naprawdę będzie zdrowa. Toć pani wygląda w sam raz na katafalk.
Stankarowa ruszyła ramionami, zatrzymała się bezradnie na środku pokoju, wreszcie podniosła pałające gorączką oczy na Zarębiankę i rzekła głucho:
— Wszystko jedno — dziś czy jutro.
— Co takiego?
— Umrzeć! — szepnęła.
— Jezus Marja! I poto pani dziecko zabiera!
— A cóż! Żebym była zwierzem w boru, tobym je wykarmiła i sama wyżyła, ale wśród ludzi trzeba umrzeć!
Zarębianka położyła jej rękę na ramieniu i rzekła surowo:
— Nam pani nie ma prawa tak mówić, ale przeciwnie opowiedzieć troskę. Co znowu! Młoda pani, dziecko ma, i nas życzliwych, i tak bluźni. A toć pani za takie rozpacze nad losem warta paraliżu, żeby się przekonać o rzetelnej niemocy i nieszczęściu. Do roboty się brać, a nie bredzić o śmierci! No — cóż się tam u was stało? Bieda? Rękawy zakasać — i jazda na biedę!
Stankarowa słuchała apatycznie i odparła:
— Kiedy mi się żyć nie chce. Mam dosyć życia.
— Banialuki! Kto nie pracował, ten nie wie, jakie ono bywa smaczne czasami. Ja pani wynajdę zajęcie, a jak pani skosztuje zapraw naszego chleba, to prędko do równowagi i zdrowia wróci. Wstyd tak na duchu o byle co upadać. Chce pani pracować? Mąż pozwoli?
— Niema go.
— Jakto — niema?
— Wyjechał. Musiał wyjechać. Dostał bardzo korzystną ofertę do Paryża.
— I tak panią zostawił?
— Ja nie chciałam jechać! — szepnęła. Zapanowała chwila milczenia.
Zrozumiała Zarębianka, że między małżeństwem coś zaszło, czego badać nie pozwalała delikatność, i narazie nie wiedziała co rzec.
Ale wnet jej rezon wrócił.
— Więc kiedy tak — tem bardziej ma pani co myśleć o przyszłości samodzielnie. Mieszkanie dotychczasowe za duże — trzeba się z niego wyprowadzić, zająć jeden pokój, nie bawić się w kuchnie, a czas cały nie mrzonkom, a pracy poświęcić. Zaraz od jutra trzeba się tem zająć. Ja pani pomogę — a pokój nawet tu u nas się znajdzie. My odnajmujemy jeden — miesięcznie. Kiedy termin tej staruszki z pieskiem, Natalko? — zwróciła się do siostry.
— Za dwa tygodnie.
— Tymczasem przenocuje pani na kanapce w czytelni. No, to już załatwione. Teraz kwestja zajęcia. Coby też pani mogła robić?
Stankarowa uśmiechnęła się gorzko.
— Nic! Niech pani o tem nie myśli. Do niczego jestem, bo nie mam woli żyć.
— Ale, że śmierć na zawołanie nie przychodzi, żyć pani musi. Ma pani rodzinę?
— Nie, nie mam.
— Szkoda. Żeby pani miała rodzinę, która o panią nie dba, toby warto było dokazać, że się bez nich obejdzie. Ha, kiedy pani pracować nie chce, to niechże pani żyje jak wszystkie żony — z pracy męża.
Stankarowa się wzdrygnęła.
— Ja nigdy z pracy męża nie żyłam. Dostałam posag z domu i ciężarem mu nie byłam.
— Póki posagu starczyło. A teraz jak gotowego niema — duch upadł. Wstyd!
— Więc co ja mogę robić, czem się zająć, jak pracować! — wybuchnęła kobieta. — Wychowana na wsi i w dostatkach — nic nie umiem, niczem być nie mogę. Uschnę jak to drzewo na skwerze. O, byle prędzej.
— Bój się pani Boga! Toć masz dziecko!
Stankarowa milczała, spojrzała ku drzwiom sypialni, i wreszcie poczęły jej łzy biec po twarzy.
A Zarębianka, widząc, że przecie przełamała się jej dusza, mówiła stanowczo:
— Zajęcie się znajdzie. Przecie czytać, pisać i rachować panią nauczono. Już ja to biorę na siebie, że posadę sklepowej dla pani wynajdę. Tymczasem zostanie pani u nas na noc, a ja jeszcze dzisiaj dowiem się w jednem miejscu.
— Wiesz, Natalko, do Barwińskiego na Nowy świat. Nakarmij i napój naszego gościa, a ja za godzinę wrócę.
Prędko wzięła kapelusz i okrycie, i wyszła.
— Ona wszystko żywo robi! — rzekła wdowa. — Ale narazie to najpierwsze. Barwiński ma skład perfum i mydeł. Onegdaj był u nas i narzekał, że mu żona zasłabła, i chwilowo magazyn bez opieki. Byłoby to zajęcie chwilowe, ale zanim co lepszego się znajdzie, dobre i to. Najgorzej być bez roboty. Ja jestem chora, gdy nastanie lato i robota się urwie. Mój mały moją ma naturę. Rwie się to do pracy i żebym nie broniła, toby wieczorami, odrobiwszy lekcje, chodził do litografji, tu w podwórzu, tak go to korci.
Chłopak z nad książki głowę podniósł i rzekł:
— A cóż, mógłbym sobie co zarobić, na zeszyty, a nie prosić mamy o każdy grosz.
Stankarowa spojrzała na dziecko i pomyślała, że i te dziecinne usta naukę jej dają.
— A cóżbyś robił? — spytała.
Chłopak przypomniał jej dzieciństwo i Michasia Brzezickiego, który także tak pracować lubił i bez zajęcia nie był sekundy.
— Etykiety bym rozcinał! — odparł. — Można przez jeden wieczór zarobić piętnaście groszy — odparł mały poważnie.
— Będzie pani miała z niego pociechę! — szepnęła Stankarowa.
Wdowa uśmiechnęła się łagodnie, spojrzała na syna, przestała szyć i pogładziła go po głowie.
Stankarowa patrzała na nich przez łzy i czuła, jak jej serce napełnia wielka moc kochania. Zerwała się, wsunęła się do sypialni, uklękła przy śpiącem dziecku swem i płakała cicho, z głębi duszy zbywając gorycz i rozpacz. A goryczy tej i rozpaczy morze się zebrało przez dwa ostatnie lata, gdy po długiej podróży zagranicę wrócili i osiedli w Warszawie, gdy minął szał, marzenia, złuda i przyszła proza życia, przebudzenie ze snów ideału. Zaznała wszystkiego, nędzy i poniewierki, opuszczenia i niewierności męża, samotności i brutalstwa. Bóstwa jej i bohater okazał się człowiekiem, pełnym grymasów i małostek, miłość — chwilowym kultem jej pięknego ciała, małżeństwo — parodją przysiąg dozgonnej wiary i uczciwości, życie — szeregiem utrapień i trosk prozaicznych, małych a dokuczliwych, związek dusz — ciągiem nieporozumieniem, zwadą, a wreszcie zupełnem zamknięciem duszy i serca, i zaciętem milczeniem. Teraz ją opuścił, rzucił jak nieznośny ciężar, a ona zamiast rozpaczać — wolała umrzeć, niż go zatrzymać w imię obowiązku.
Gdy jej powiedział, że jedzie, odetchnęła, jak od zmory uwolniona — i została — nie czując narazie nic — tylko odpoczynek.
Gdy się zastanowiła, co dalej pocznie z dzieckiem, bez środków do życia, i gdy tylko śmierć z głodu widziała przed sobą — jeszcze mniej była nieszczęśliwą, niż przez te dwa lata życia!
Dzwonek się rozległ w przedpokoju, i zaraz potem gruby, szorstki głos Zarębianki.
— No, i skończony interes. Barwiński przystał chętnie. Miesiąc zapewniony i piętnaście rubli. A gdzież pani Stankarowa? Przecie jej nie puściłaś do domu?
— Nie. Do swej małej poszła.
— To dobrze. Pościel jej, Natalko, w czytelni, i prędko trzeba do snu ułożyć, bo jutro o ósmej ma być w magazynie. Co to? Nic nie jadła. Ho, ho — nic z tego. Musi zjeść!
Przyprowadzona gwałtem do stołu Stankarowa wypiła trochę herbaty i przegryzła kęs bułki, potem ułożyła się na kanapce w czytelni i zasnęła, zwalczona ogromnem wyczerpaniem.
Rano zbudziła ją Zarębianka już ubrana, już czynna i burmistrzująca po swojemu.
— Zaprowadzę panią, a po drodze trzeba do mieszkania wstąpić. Pokaże mi pani graty, co chce sobie zostawić, resztę już ja spieniężę — dysponowała.
— Jabym tam nie rada wracać! — szepnęła kobieta — do żadnych sprzętów nie mam szczególnego upodobania. Można wszystko sprzedać. Co mi trzeba! Łóżko i szafkę na rzeczy, i łóżeczko małej. Zresztą nic!
— To dobrze. Ja sama wybiorę i do wieczora to załatwię. Tylko stróżowi pani mnie przedstawi, jako swą plenipotentkę. Wieczorem chłopaka do magazynu po panią przyślę, żeby pani nie zabłądziła. A teraz w drogę!
Poszły obie, Zarębianka gwarząc bezustannie, Stankarowa przerażona i milcząca. Miała uczucie, że idzie na stracenie i zęby jej szczękały. Barwiński, łysy, zawiędły człeczyna, oczekiwał już na nie, i od stóp do głowy obejrzał badawczo kandydatkę na sklepową. Wydała mu się za chudą, za niedbale ubraną i za poważną. Zaczął żałować, że tak na niewidziane się umówił. Ale nie czas było się cofać, a co gorsza, zadzierać z Zarębianką, która była w wielkich łaskach u jego żony — więc jak umiał, zawód pokrywał. Stankarowa jak automat, pod komendą swej opiekunki zdjęła okrycie i kapelusz w klitce za sklepowemi szafami, przygładziła włosy i zajęła miejsce za ladą między słojami z mydłem i stosami pudełek rękawiczek. Była odurzona masą informacyj i nauk swego chlebodawcy, nowem otoczeniem i fachem, o którym nie miała najlżejszego pojęcia.
Perorował Barwiński, perorowała Zarębianka, turkot uliczny ogłuszał, spasiony mops ją oszczekiwał zajadle, zapach kosmetyków dławił — była jak na torturach...
Wreszcie Barwiński zakończył:
— A przedewszystkiem zalecam pani uprzejmy uśmiech i wyszukaną grzeczność dla klientów. To jest pierwsze przykazanie w kupiectwie. Interes na tem stoi.
Stankarowa próbowała się uśmiechnąć, ale się tylko skrzywiła żałośnie. Przyszła jej w pomoc Zarębianka.
— Niech pan będzie spokojny. Pani Antonina dzisiaj jest jeszcze nieśmiała i strwożona, ale się oswoi, i wszystko dobrze pójdzie. Ja jeszcze wstąpię na górę do żony pańskiej i zmykam.
Uścisnęła dłoń Stankarowej i dodała:
— A pani niech się nie odstręcza nieświadomością. Za parę dni będzie to pani wszystko umiała na palcach. To głupstwo.
Tak się to wszystkim zdawało, a nawet biedacy i głodni, przechodzący pod oknami magazynu, zazdrościli sklepowej dobrego, lekkiego chleba. Co to za praca właściwie: siedzieć za ladą i obsługiwać kupujących eleganckim wonnym towarem! Dla Stankarowej była to jednak niewypowiedziana męka. Czasami mijała godzina w zupełnej bezczynności. Zabijała czas sprzątaniem półek i obznajmianiem się, gdzie co jest ustawione, aż zjawił się kupujący.
Była to publika elegancka, próżniacza. Ci znowu zabijali czas wybieraniem, przebieraniem, krytykowaniem; targowali najdroższe perfumy, a kończyli w najlepszym razie na glicerynowem mydle — często nic nie kupili, a przerzucili pół sklepu.
Barwiński, wytrawny kupiec, był bezzmiennie uśmiechnięty, słodki i rozmowny. Stankarowa była tak zmęczona i znudzona, że jej się na płacz zbierało za każdym targiem.
Rozpacz ją ogarniała na dźwięk dzwonka u drzwi, na widok strojnych dam, szykownych panien i panów. Miała minę nie kupcowej, ale męczennicy. Jedna ze stałych klientek otyła, bardzo strojna dama, dla której Barwiński był, jeśli możliwe, jeszcze słodszy, zrobiła uwagę bez ceremonji, obejrzawszy lekceważąco młodą kobietę:
— Nową panienkę pan dostał do sklepu, ale się dla gości niezbyt fatyguje!
— Pani baronowa raczy nowicjuszce wybaczyć — odparł uśmiechnięty. — Ja jestem na rozkazy.
Stankarowa poczerwieniała z upokorzenia. Żeby usłuchała pierwszej myśli, toby w tej chwili stąd poszła precz, ale opamiętała się, że zobowiązania dotrzymać musi, że Zarębiankę urazi, że dziecko głodne — i schyliła pokornie głowę.
Gdy zostali sami, Barwiński rzekł:
— Niechże się pani postara być uprzejmą. Nie sposób zrażać publiki.
— Postaram się! — odparła apatycznie.
— Ja muszę odejść do chorej żony, a potem mam interes na mieście. Pani już sobie sama da radę, sądzę! Tylko — na Boga, niechże pani będzie swobodną i wesołą.
— Postaram się — powtórzyła.
Spojrzał raz jeszcze po szafach i półkach, stęknął i wyszedł.
Stankarowa, zostawszy sama, usiadła w kącie, przymknęła oczy, i marzyły jej się szerokie łany zbóż zielonych, kwitnące czeremszyny, ptasi świergot i błękit czysty, jak kopula z kryształu. Było tam tak swobodnie, cicho, i nie było ludzi — tłumu obcego, gwaru i gorączki.
Dzwonek u drzwi zajęczał, ocknęła się i zerwała przerażona. Dwie damy weszły, tak wonne i tak jaskrawe, że fach był odrazu wiadomy. Śmiały się i oglądały, dając jakieś znaki przejeżdżającemu właśnie dorożką młodzieńcowi. Potem zaczęły paplać między sobą, coś opowiadać, ogromnie zajęte i rozbawione.
Stankarowa patrzała na nie, czekając, czego zażądają, poznała jedną. Przed rokiem Stankar z nią jeździł i chodził, bywał w teatrze, i tracił na nią resztki posagu żony.
Teraz miała się do niej uśmiechnąć i być uprzejmą. Nagadawszy się dowoli z koleżanką, dama obejrzała się po sklepie.
— Pocośmy tu weszły? Nie wiesz, Maniu?
— Miałaś kupić farby „blond złoty!“
— Ach, prawda.
Spojrzała na Stankarową uważnie i rzekła do towarzyszki.
— Co to za jedna? Czyśmy zmyliły? Czy tu już niema mamy Barwińskiej? Nowa firma?
— Pani Barwińska chora. Czem mogę paniom służyć? — wykrztusiła Stankarowa.
— A gdzież papa Barwiński?
— Wyszedł!
— To proszę panią o flaszkę wody do włosów „blond złoty“.
Stankarowa poczęła szukać żądanego kosmetyku, a dama półgłosem rzekła do towarzyszki:
— To jakaś świeżo importowana. No, jeśli jej lepiej nie ubiorą, to lichy zrobi interes papa Barwiński, a ona żadnej karjery.
Ręce Stankarowej drżały i kipiało w niej oburzenie i wstręt. Pohamowała się jednak o tyle, że podała flakon w milczeniu. Ale te damy rozpoczęły znowu gawędkę, rozsiadły się wygodnie, nie myśląc wcale o kupnie. Stankarowa musiała stać i czekać, aż raczą sobie cel wizyty przypomnieć.
Minęło kilka minut, które jej się zdały wiekami. Wreszcie zwróciła się klientka do niej:
— To właśnie! Dobrze. Ile?
— Dwa ruble pięćdziesiąt!
Dama wydobyła portmonetkę pełną — i położyła dziesięć rubli.
W chwili, gdy Stankarowa liczyła resztę w kasie, towarzyszka wyjrzała przez drzwi, i krzyknęła:
— Karolek!
Dama się porwała z miejsca.
— Gdzie? Nie może być!
— On! Przeszedł w tej chwili.
— Goń go i zawróć! Proszę prędzej o resztę — zawołała niecierpliwie. — Pani liczyć nie umie. Prędzej proszę — mnie śpieszno!
Tupała nogami — zerkając z towarzyszką na ulicę.
Stankarowa podsunęła jej pieniądze — zaczęła dość niezręcznie owijać flakon.
— Ależ prędzej. Pani zapewne w Kocku uczyła się owijać pakiety.
Porwała flakon, zgarnęła pieniądze i wyleciała na ulicę. Po chwili wróciła z towarzyszką i młodym człowiekiem, barczystym i opalonym — widocznie zdobyczą wiejską...
— Zostawiłam parasolkę — wołała od progu.
Stankarowa wskazała na ladę.
— Leży! — rzekła lakonicznie.
Młody człowiek przelotnie na nią spojrzał, pociągnęły go za sobą, ale ode drzwi jeszcze raz się obejrzał.
Ten wzrok zabolał kobietę, jak policzek. Skuliła się znowu w kąt, jak ranne zwierzę.
Gdy Barwiński wrócił z miasta, powiedział jej, że ją zmieni, by miała czas zjeść obiad, ale nie głodna była, i pozostała. Był temu rad, a że targ okazał się pomyślny, z lepszą myślą poszedł do mieszkania i zdał sprawę żonie.
— Widzisz, a jużeś desperował — odparła. — Zarębianka byle kogo nie zarekomenduje. Za kilka dni kobieta się wprawi i będziesz mógł do biura iść. To grunt, że uczciwa i porządna. No, i niedrogo!
Została tedy Stankarowa. Przez parę dni była oszołomiona, niezręczna, potem obeznała się ze sklepem, z cenami, z publicznością, i dawała sobie radę. Tylko twarzy swej nie umiała w uśmiech ustroić, ani udawać swobody i wesołości. Spełniała obowiązek bez ochoty, w głębi duszy obmierzły jej był. Oczy jej były smutne i ponure, wyraz każdy z trudnością wydobywał się na usta, czuła się bezmiernie nieszczęśliwą.
Codzień wieczorem mały Staszek przybiegał po nią i wtedy na sekundę rozjaśniały się jej oczy.
— Wszystko dobrze w domu! — mówił na wstępie, a potem, eskortując ją, opowiadał zawsze jedno, jakby chciał matkę oszukać i wynaleźć sobie zajęcie.
Miał w niej powiernicę i polubili się wzajemnie. Doszło do tego, że wspólnie nad tą kwestją dodatkowego zarobku zaczęli rozmyślać i marzyć.
— Ja niby dla pani przyniosę te etykiety z litografji — szeptał tajemniczo — a potem niby tak sobie będę pani pomagał.
Zgodziła się, i zaraz tego dnia zasiedli we dwoje do machinalnej pracy rozcinania arkuszy etykiet od wódek.
Wieczory były dla Stankarowej najmilszą chwilą w dniu. Zasiadali wokoło stół jadalny, Zarębianka czytywała głośno — inni pracowali. Zapominała wtedy, że to jest w mieście, że to są obcy ludzie, że dola jest tak ciężka, a życie przed nią tak długie, marzyła o Ługach, budowała zamki na lodzie, czuła, że nabiera sił i ochoty do borykania się z losem. Małej swojej prawie nie widywała teraz; rano, gdy wychodziła do magazynu, dziecko jeszcze spało, ale całując ją na dobranoc, widziała, że nabiera rumieńców i zdrowia, a pani Natalja chwaliła, że dzień cały jest cicha i spokojna, i najmniejszego nie sprawia kłopotu. Powoli Stankarowa przychodziła do równowagi. Jak zmora, oddalało się wspomnienie dwuletniego małżeńskiego pożycia, goiło się jej serce i dusza. W magazynie, obcując wciąż z ludźmi, pozbywała się dzikości, a u Zarębianki wadząc pracę, spełnianą tak chętnie i wesoło, nabierała hartu i kultu dla obowiązku.
Po sprzedaży gratów i opłaceniu długów pozostało jej kilkadziesiąt rubli. Pieniądze te chciała dać Zarębiance na życie i mieszkanie, ale ta ofuknęła ją zgóry:
— To jest dopiero lekkomyślność. Zaraz zapas wydać, a w razie choroby zostać na słomie. Przepraszam, na to ja nie pozwolę. Te pieniądze złożymy do kasy oszczędności, na czarną godzinę, a na chleb i mieszkanie — musi pani zarobić.
— Ależ mój zarobek, te piętnaście rubli, nie wystarczy na utrzymanie moje i dziecka.
— Ha, to trzeba się starać o więcej. Ja tych pieniędzy nie dam marnować!
I nie dała, a Stankarowa poczęła głowę łamać, skąd dorobić jeszcze drugie piętnaście, i ta myśl wygnała jej resztę rozpaczy za minionem szczęściem, i nie dała rozpamiętywać nad zawodem serdecznym. Zaczęła tedy wieczorem uczyć się szyć od pani Natalji, a w święta i w niedziele kleiła pudełka.
Zarobek ten wynalazł Staszek, naturalnie, i uprawiali to rzemiosło na współkę, posiłkując się introligatorskiemi przyborami Zarębianki.
Mały to był dochód, jednakże przy końcu pierwszego miesiąca Stankarowa złożyła pani Natalji, która zajmowała się utrzymaniem domu, dwadzieścia rubli.
— Brawo! Zuch z pani! — pochwaliła Zarębianka. — Dorobić pięć rubli — to bardzo dużo!
— Ale co jutro będzie. Barwińska już wyzdrowiała. Skończyłam zajęcie w magazynie.
I stała, znękana i bezradna, patrząc żałośnie na swą opiekunkę.
— Wielkie nieszczęście! Byle zdrowie i dobra wola! Barwińscy niecnoty wyzyskali panią. Ja tylko zniosłam to na początek. Niechby mi teraz śmieli ofiarować piętnaście rubli. Ładniebym ich przyjęła.
Tu się zamyśliła, jak wódz naczelny tej gromadki, którą prowadziła przez życie, i wreszcie rzekła:
— Musi się pani nauczyć buchalterji.
— I siedzieć dzień cały nad cyframi. To okropne. Żebym mogła dostać jakie zajęcie bardziej czynne i ruchliwe.
— Co? Zaczyna już pani przebierać i grymasić? Patrzcie no, jak to prędko! Czynne zajęcie! Może do baletu chce pani!
Fukała niby szorstko, ale się uśmiechnęła, pierwszy raz.
— Jabym chciała dostać się do ogrodnika — szepnęła. — Tobymi wieś przypomniało.
— Zacznie pani wybierać, i czekać na te różne mrzonki. Trzeba się uczyć buchalterji, i basta. Jak pani sobie kupi majątek — to będzie wieś. Tymczasem trzeba kajzerki i serdelka!
— Ależ nauka kosztuje!
— Ba. O to właśnie chodzi, żeby darmo była!
I zamyśliła się znowu.
Nazajutrz osadziła Stankarową w czytelni, a sama wyszła na miasto.
Młoda kobieta wpadła tedy w chaos książkowy.
Szczęściem, Staszek miał jakieś gimnazjalne święto i z całą dobrą wolą stanął jej do pomocy. Bóg wie, skąd chłopak znał każdą książkę, wiedział gdzie leży, znał przychodzących, jak wiewiórka uwijał się po szafach i półkach, orjentował się doskonale w katalogach i, dumny ze swej roli, wyręczał ją i uczył.
Przyznał się jej też pod wielkim sekretem, że często wykradał książki i czytał pokryjomu. Ten na wszystko miał czas.
Zarębianka wróciła na obiad triumfująca.
— W czepku się pani rodziła! — zawołała. — Jest posada u ogrodnika, ale w magazynie. Będą pani pachniały kwiatki, tylko trzeba szykownie się ubrać. Wymęczyłam dwadzieścia pięć rubli. A lekcje buchalterji prawie pewne, tylko nie zupełnie darmo.
Stankarowa spojrzała na nią z wdzięcznością.
— Jaka pani dobra — i zaco? Toć pani mną się jak rodzoną opiekuje. Czem ja się odsłużę?
— Et, niema o czem gadać. Niech się pani spyta Natalki, jak z nami było, gdy ojciec umarł. Zostałyśmy bez grosza, dwie głupie dziewczyny. Ostatniego rubla dałyśmy na Mszę, i beczałyśmy w kącie u św. Krzyża. Aż tu czuję, że mnie ktoś w ramię trąca — patrzę — niemłoda kobieta w żałobie. Pyta, po kim płaczemy. — Po ojcu — powiadam.
— A matka jest? — pyta.
— Tej już i nie pamiętam.
— Ano — powiada — to chodźcie ze mną.
— I zaprowadziła nas tutaj — do tego samego mieszkania — do tych samych książek — i zostałyśmy.
— Tacy są ludzie na świecie — na pamiątkę, że go przecie Bóg, nie djabeł stworzył.
— Dobrodziejka nasza żyła jeszcze dziesięć lat. Natalkę zamąż wydała, mnie nauczyła pracować, matką nam była... Pięć lat temu umarła. Cóżbyśmy warte były, żebyśmy jej przykładu nie przejęły na siebie, i drugim nie oddały, cośmy od niej doświadczyły! To obowiązek i basta! Natalka, trzeba panią Stankarową wystroić, bo po obiedzie zaprowadzę ją na nową posadę.
Już śmielej weszła młoda kobieta do magazynu kwiatów i przedstawiła się nowemu chlebodawcy.
Był to młody człowiek, przystojny i wesół, który się do niej życzliwie uśmiechnął, zapewne rad z urody nowej sklepowej.
Stankarowa dowiedziała się od Zarębianki po drodze, że jest to syn właściciela składu. Stary mieszkał za rogatkami, w ogrodach, i nigdy prawie w sklepie nie bywał.
Instalacja odbyła się prędko, bo Zarębianka się śpieszyła i Stankarowa została sama z panem Karolem, który bardzo uprzejmie począł ją w sprawy handlu kwiatowego wtajemniczać. Znowu przez parę dni, oszołomiona i niezręczna, myliła się często, mieszała ceny i adresy, aż wciągnęła się i wprawiła, i pan Karol mógł jej śmiało magazyn powierzyć.
Okazało się, że „Syn firmy“ o niczem mniej nie myślał, jak o interesie, nigdzie rzadziej nie bywał, niż w magazynie. Miał prowadzić kasę, pilnować zamówień i ekspedycji, ale on około jedenastej miał zwykle pilny interes na mieście, i prosił Stankarową, by go na chwilkę zastąpiła.
Ta chwilka przeciągała się do czwartej i dalej. Wracał jak wicher, przepraszał ją, dziękował — zabawił godzinkę — i znowu znikał, i zjawiał się regularnie na pół godziny przed zamknięciem sklepu. Wtedy opowiadał tysiące bajek — że go zatrzymano na kolei, że miał sprawę w cyrkule, że musiał jeździć do ojca. Fantazja jego na ten temat była niewyczerpana.
Stankarowa przez jakiś czas wierzyła wszystkiemu i ubolewała nad nim — odrabiała za niego robotę, zapracowywała się, aż wreszcie chłopak, pomocnik z ogrodu, używany do pakietów i posyłek, rzekł jej, śmiejąc się:
— Bo to prawda, co pan Karol pani prawi. On nijakich nie ma wypadków, ino siedzi u swojej panny, albo na rogu, w handlu. Niechnoby stary zwąchał — byłby dopiero wypadek!
— Pocóż zmyśla? Co mnie obchodzi, gdzie on bywa.
— Ano, bo mu wstyd, że na panią całą robotę zwalił, i boi się, by pani staremu nie doniosła, jak to panna Julja, co tu przed panią była. Nie każdy zechce robić za dwóch. Panna Julja zaraz gwałt podniosła. Bo i trudno wydołać!
— Ja postaram się wydołać!
Jej dogadzała teraz robota i nabierała z konieczności wprawy. Tylko gdy pan Karol wpadł wieczorem z nowym zapasem opowieści o nadzwyczajnych przeszkodach, rzekła mu:
— Niech pan się nie fatyguje zmyślać. Ile mogę, najlepiej zastępuję pana w magazynie i daję radę, więc może pan oddalać się, ile chce.
Zmieszał się bardzo, zaczął przepraszać, i tłumaczyć się, i wstyd mu było, więc przez kilka dni pracował gorliwie.
Ale pewnego popołudnia przyszła do sklepu elegancka dama, bardzo obrażona, spojrzała na Stankarową, potem na młodego człowieka, i rzekła:
— Ach tak! Teraz rozumiem pana postępowanie. Więc to jest nowa zabawka i zdobycz! Mam nadzieję, że pan więcej mego progu nie przestąpi!
— Ależ panno Marjo! Maniu! — zawołał przerażony.
Ale panna Marja pogardliwa, dumna, wyszła ze sklepu.
— Co jej się stało! Ja nieszczęśliwy! — jęknął.
Stankarowa wybuchnęła także.
— Prosiłam pana, żebyś się bawił. Bardzo chętnie wyręczałam. Wolę najcięższą pracę, jak podobne obelgi — takich kobiet!
— Ależ ona oszalała! Bóg moim świadkiem...
Przerwała mu niecierpliwie:
— Niechże pan boskiego imienia nie miesza do takich zaklęć...
— Ja muszę jej wyjaśnić, muszę ją widzieć...
— To idź pan i wyjaśnij zarazem, że ja do jej podobnych nie należę.
Skonfundowany, umknął i wcale się dnia tego więcej nie pokazał. Czekała dłużej niż zwykle, wreszcie sprawdziła kasę, zamknęła pieniądze i kazała pomocnikowi zamknąć magazyn.
Nazajutrz pan Karol z miną skruszonego grzesznika zajął swe miejsce nad pulpitem i przetrwał do jedenastej. Dłużej nie mógł wytrzymać. Wziął z kasy garść asygnat i sięgnął po kapelusz.
— Niech pan odrachuje pieniądze, które zostają, a te wpisze do księgi na swój rachunek — zatrzymała go Stankarowa.
— Cóż znowu! Pani nie potrzebuje kontroli! — zawołał. — Za godzinę wrócę.
I wyszedł, jakby do pożaru pędził.
Stankarowa ruszyła ramionami, ale w tej chwili weszli kupujący i musiała nimi zająć się.
Po południu, na wozie pełnym kwiatów, zajechał przed magazyn stary, wygolony Niemiec.
Chłopak pomocnik ledwie go zobaczył, zawołał:
— O je! Sam stary. Będzie heca!
I skoczył do drzwi.
Niemiec, jak prosty robotnik, poznosił z chłopcem kwiaty, poustawiał je, wychodzącym klientom otworzył drzwi i nisko się ukłonił, a potem skinął głową Stankarowej i mruknął:
— Morgen!
Miało to być powitanie.
Zaraz też do ksiąg i pieniędzy się zabrał, ściśle kontrolował.
— A gdzie Karol? — spytał po chwili.
— Wyszedł! — odmruknęła Stankarowa, rozgniewana i powitaniem, i kapeluszem na głowie, i tonem zapytania.
— Panna taka ładna. Mogłaby go przy sobie utrzymać!
— Niby poco? Jeśli chodzi o zajęcie — mógłby go pan najkorzystniej u siebie w ogrodzie zatrzymać — bo tutaj w magazynie — ja sama wystarczam.
— Oho — żebym go zabrał, tobym i pannę stracił. Już ja znam wasze wyrachowanie.
— Co to znaczy wasze? — zawołała rozdrażniona.
— Ano, wasze — sklepowych panien. Każda chciałaby się za Karola wydać. To wyście go tak rozpuściły. Albo ja nie wiem, co się tu święci! Przeklęty handel! Weź starą i brzydką — pies nie zajrzy, weź młodą i ładną — chłopca mi bałamuci. Vermaledeite Wirtschaft!
I splunął pogardliwie.
Stankarowa osłupiała z podziwu i oburzenia.
— Ja — ja mam panu „chłopca“ bałamucić! Kiedy? A toć ja go nie widuję po dniach całych. Zresztą, ja żadną panną sklepową nie jestem — mam męża i dziecko, i tak mi w głowie pański „chłopiec“, jak zeszłoroczny śnieg.
— Aha — nie widuje go po całych dniach! To dobrze — ja właśnie tego chciałem się dowiedzieć. Schön, gut. Nie trzeba się zaraz obrażać. A kasę panna sama prowadzi?
— Ja! — odparła.
— Brakuje trzydzieści siedem rubli i kopiejki.
— Pan Karol wziął garść pieniędzy wychodząc.
— Tak — bez rachunku. Ładne porządki.
W tej chwili wszedł posłaniec i wręczył Stankarowej kartkę. Spojrzała na nią i podała staremu.
„Proszę przysłać dziesięć wazonów tuberoz, które mieli dzisiaj przywieźć z ogrodu.“
Stary zerwał się ze stołka, porwał ryżową miotłę i krzyknął do posłańca:
— Masz — zanieś mu to i powiedz, że ojciec przysyła.
Posłaniec, śmiejąc się, wziął miotłę i wyszedł.
Wtedy stary począł latać po sklepie i kląć po niemiecku i po polsku. Stankarowa, pomimo obrazy i gniewu, nie mogła się od uśmiechu powstrzymać, chłopak schował się do drugiego pokoju, dusząc się ze śmiechu za jakąś skrzynkę.
Pan Karol naturalnie nie śpieszył się teraz zpowrotem. Stary wyczerpał repertuar klątw, wysapał się i znowu księgi zaczął wertować. Stankarowa obsługiwała kupujących — godziny mijały.
Wreszcie stary się zerwał i rzekł:
— Pani pewnie wie, gdzie on siedzi. Pani jest z nim w zmowie. On pani pewnie osobno płaci za oszukiwanie i rujnowanie mnie! Toć on w tym miesiącu wydał, nie wiedzieć na co, sto dwadzieścia trzy ruble. Pani wie, ile na to trzeba wyhodować lewkonij? To jest zgroza. Ja was oboje wygonię!
— Ja sama odejdę. Do obowiązków moich nie należy słuchanie pana impertynencyj — zawołała, wyprowadzona z cierpliwości.
Rzuciła trzymane w ręku kwiaty, porwała kapelusz i okrycie i wypadła na ulicę, bliska płaczu z rozdrażnienia.
Jednym tchem opowiedziała wszystko w domu Zarębiance.
— Wolę umrzeć z głodu, jak wrócić do tego gbura — zakończyła.
— Musiał dostać tańszą — i zrobił awanturę. No, ja się z nim jutro porachuję.
Stankarowa z rachunku tego otrzymała połowę należności i przekonanie, że pracowała pilnie i uczciwie dla wyzyskiwacza, który skorzystał z jej obrazy i delikatności, żeby się jej pozbyć i oszukać.
W magazynie zastała Zarębianka nową pannę do której „Karl“ już się umizgał, a stary to tolerował, bo była mniej płatna, a zalotna i wesoła. Zarębianka, oburzona, chciała sprawę podać do sądu, ale Stankarowa zaprotestowała.
Po sądach się włóczyć, dawać przedstawienia gawiedzi, dostać się do brukowych pism — za nic!
Zgnębiona była i tak zniechęcona do pracy, że dni parę przepędziła bezczynnie, niezdolna do żadnego zajęcia. Znowu ją opadły czarne myśli, rozpacz, i może najgorsza męka ze wszystkich — tęsknota do pól i borów, ciszy i samotności wsi.
Bywała wtedy jakby nieprzytomna, chora, z oczami gorejącemi — bez słowa do nikogo, nie jedząc, nie śpiąc.
Praktyczna, trzeźwa Zarębianka gwałtem ją otrzeźwiła pewnego wieczora.
— No, mam dla pani idealną pracę.
Zadrżała ze strachu, ale przypomniała sobie dziecko, chleb łaskawy i spytała:
— W magazynie znowu?
— Nie, hrabina Melsztyńska pisała do mnie, prosząc o lektorkę. Stara miljonerka — ofiarowuje trzydzieści rubli miesięcznie za dwie godziny przed południem i cały wieczór. Naturalnie byłam u niej i prawie rzecz załatwiona. Chce tylko panią poznać, i jeśli się podoba, to od pojutrza początek. No, chyba to się udało. Ludzi tam pani nie zobaczy — a impertynencyj nie dozna.
— Dziękuję stokrotnie — odparła Stankarowa bez zapału.
— Pani mówi „dziękuję“, a myśli „wolałabym chorować“. Et, tracę nadzieję, że panią kiedykolwiek zadowolnię. Mój Boże, a ma pani szalone szczęście. Popróbowałaby pani, jak niejedna, parę miesięcy szukać bezskutecznie.
— Niech pani mi daruje, ale i ja tracę nadzieję, czy w mieście zdam się na co. Wolałabym na wieś iść na szafarkę, drobiu i trzody doglądać. Tutaj mi tak strasznie ciężko.
Zarębianka ruszyła ramionami.
— A jabym wolała kości po podwórkach kupować, byle stąd nie wyjeżdżać. Nigdym na wsi nie była, a nawet nie ciekawam, jak tam wygląda. Pewnie nie ładniej, niż w Łazienkach.
Stankarowa się przemogła i uśmiechnęła się blado.
— Jutro tedy prezentuję się hrabinie i będę się starała jej dogodzić. Czy ona sama mieszka?
— Sama. Nikogo pani tam nie spotka. Stara żyje w swej kamienicy, jak puszczyk.
— Dobrze mi tam będzie! — szepnęła Stankarowa.
Nazajutrz z kartką Zarębianki poszła w Aleje Ujazdowskie i zadzwoniła do kamienicy szarej i niepozornej, o której przytykał duży, zdziczały ogród.
Otworzył jej stary szwajcar w liberji i poprowadził na górę po kręconych, rzeźbionych schodach.
Kamienica nie miała bramy, ani lokatorów.
Na górze stary kazał jej zaczekać w gabinecie, a sam, bez szelestu stąpając po dywanach, poszedł dalej. Po chwili wrócił, oznajmił, że pani hrabina zaraz przyjdzie — i zniknął.
Stankarowa podeszła do okna i uśmiechnęła się radośnie na widok drzew zielonych i trawników, które ujrzała. Przypomniały się jej Ługi ukochane.
Ale w tej chwili drzwi się otworzyły, wpadł naprzód piesek mały jak pięść, kudłaty i szpetny, który się ku niej rzucił, ujadając piskliwie, a za psem — kobieta, drobniutka, szczupła, czarno ubrana, z lornetką przy oczach.
— Cicho, Mietka! — zawołała i obejrzała Stankarową od stóp do głowy badawczo, jak towar na sprzedaż.
— Pani przysłana z czytelni, od tej pani — jakże?... Zawiszanki?
— Zarębianki!
— Tak, tak — c’est ça. Ależ pani bardzo młoda. Myślałam, że dostanę starszą osobę. Nie lubię trzymać młodych, bo to się nudzi ze mną starą, i zanim nawyknę — już mnie opuszcza, a te zmiany to nieznośne! Ileż pani ma lat?
— Dwadzieścia dwa.
— To niewiele, chociaż pani i na tyle nie wygląda. Panna Zawiszanka mówiła mi, że pani zamężna.
— Tak — mam męża i dziecko.
— Właśnie, czy pani będzie miała wobec tego zupełną swobodę zająć się obowiązkiem?
— Mój mąż jest zagranicą, a dziecko w dobrej opiece.
— Bo ja wymagam, żeby pani przychodziła o jedenastej, pomogła mi w załatwieniu korespondencji, sprawunków, jeśli się zdarzą, i opatrzenia ubogich, którzy się wtedy schodzą. Przy śniadaniu o dwunastej przeczyta mi pani gazety — i o pierwszej mogę panią uwolnić do szóstej. Potem spędzi pani ze mną cały wieczór, czytając, lub robiąc robotę. Idę spać o jedenastej — wtedy pani może wrócić do domu.
— Będę się starała dogodzić pani hrabinie.
— No, to możemy spróbować, chociaż za młoda pani. Stanowczo za młoda! — i pokręciła głową krytycznie.
— Jest to wada, z której się codzień poprawia! — uśmiechnęła się Stankarowa. — Więc jutro o jedenastej będę na rozkazy!
— A dlaczegóż nie dzisiaj? Zapoznasz się z mieszkaniem, ze służbą, z memi zwyczajami. Owszem, zostań pani — jak?... Jak godność?
— Antonina! — odparła, rumieniąc się. Nazwisko męża stało się jej nienawistnem.
— Pięknego masz patrona. Mam do niego wielkie nabożeństwo. Proszę tedy za mną.
Zaprowadziła ją w głąb apartamentów. Przeszły trzy salony, umeblowane przepysznie — ale zimne i sztywne, snać nigdy nie zaludnione, i zatrzymały się wreszcie w pokoiku, umeblowanym po staroświecku w gobeliny, bronzem wykładane meble, drogocenne makaty — pełnym gratów, książek i etażerek.
Tutaj spędzała życie hrabina, w wielkim fotelu, w którym ginęła jej drobna postać, przed biurkiem, stanowiącem jej archiwum, kasę i pracownię.
Ta miljonerka, zajmująca sama jedna całą kamienicę, użytkowała mniej, niż zwykły śmiertelnik — te parę sprzętów — i trzy pokoje.
Z fotelu swego ruszała się bardzo niechętnie, a już trzeba było niesłychanego wypadku, żeby się ruszyła z domu. Nie było to jednak życie pasorzyta, jak się Stankarowej zdało w pierwszej chwili.
Korespondencja, którą się zajęła, natychmiast po zajęciu miejsca z boku biurka, na oczach hrabiny — objaśniła ją, że staruszka była członkinią wszystkich dobroczynnych instytucyj, opiekunką całej falangi sierot i nędzarzy, znaną ze szczodrej ręki i dobrego serca.
Listy wszystkie były tej treści: daj, daj, daj!
W miarę czytania kazała je odkładać na dwie strony pokolei, a gdy odczytano wszystkie — na chybił trafił wybrała jedną paczkę, i rzekła:
— Te spal — tam na kominku, a na te odpisz.
Stankarowa usłuchała machinalnie, nie rozumiejąc jej rozkazu, i zasiadła naprzeciw staruszki, przygotowała papier i czekała dyktowania odpowiedzi. A hrabina brała list po liście, czytała przez lornetkę podpis i już wiedząc o co chodzi, dyktowała. Gdy załatwiono list ostatni, okazało się, że cyfra datków wynosiła kilkadziesiąt rubli.
— Dosyć na dzisiaj! — zdecydowała, dobywając z biurka pieniądze.
Gdy Stankarowa wkładała je do kopert — objaśniła:
— Bo to, uważasz, nie mogę wszystkim odrazu dać, a jakbym zaczęła wybierać, co pilniejsze, tobym żyła w ciągłych skrupułach. A tak daję połowę — ci co nie dostali, jutro się zgłoszą, i kiedyś przyjdzie i na nich los. Nie można inaczej. Zadzwoń na Jana i wypraw korespondencję.
Gdy wszedł lokaj — spytała:
— Jest tam kto?
— Czeka jedenaście — odparł, zabierając listy.
— Zaprowadź panią.
Zwróciła się do Stankarowej:
— Idźże z nim. Oto masz spis. Tam czekają ubodzy i proszący. Ci co tu są zapisani — mają swój etat. Będzie tam Sakowiczowa, moja ekonomka. Ta ci dopomoże się rozeznać wśród nich. Jeśli są nowi, nieznani — zapiszesz do sprawdzenia.
Stankarowa wzięła podany zeszyt, dość dużą skrzynkę i wyszła za lokajem.
Poprowadził ją nadół — przez podwórze. Posesja wychodziła na Wiejską ulicę — była tam brama-furta — a w jednej z oficyn znajdował się duży pokój, pełen interesantów.
Była to kolekcja łachmanów, chorowitych twarzy, żałosnych spojrzeń.
Wszystkie oczy zwróciły się na wchodzącą i rozległy się stękania, westchnienia, kaszle.
Gruba, stara jejmość za stołem, w głębi, powstała i ukłoniła się na widok zeszytu i skrzynki.
Była to Sakowiczowa. Składała hołd reprezentantce hrabiny.
Stankarowa zjednała ją poczciwem spojrzeniem i cichem wyznaniem:
— Niech mnie pani ratuje. Nie mam pojęcia, co mam czynić.
Stara uśmiechnęła się życzliwie i rzekła:
— Pani pierwszy raz przychodzi. Dzisiaj zapewne przybyła?
— Przed godziną przyjęła mnie pani hrabina. Boję się, że nie potrafię dogodzić.
— To już od pani zależy. Bywają takie, co i tygodnia nie wytrzymują, a inne i parę lat są. Pomówimy o tem. Proszę czytać spis — ja pani pomogę.
— Franciszka Uminek! — zaczęła Stankarowa.
Jedna kobieta wysunęła się z tłumu, a Sakowiczowa napamięć recytowała:
— Dwa bilety do taniej kuchni, kwit do apteki, dwa ruble na komorne.
Kobieta, wzdychając, wzięła co jej dawano i rzekła zmęczonym głosem:
— O Manię się spytam, czy ją do szwalni przyjmą?
— Czy tam co o tem stoi napisane? — spytała Sakowiczowa, spoglądając na zeszyt.
— Nie! Nic niema.
— A pewnie. Toć od tygodnia pani hrabina sama. Niech pani prośbę jej zanotuje i dalej wywołuje.
— Agata Wozińska.
Staruszka, ślepa na jedno oko, wystąpiła z szeregu.
— Dwa złote, spódnica barchanowa i kłębek bawełny do robienia pończoch. A macie, matko, co gotowego?
Staruszka podała parę gotowych pończoch.
— To dobrze, a kto dalej?
— Jan Szarak — czytała Stankarowa.
Zbliżył się do stołu człek kulawy, chudy, wynędzniały.
— Żona umarła! — rzekł, uprzedzając Sakowiczową.
— To się Bóg nad nią ulitował — odparła i objaśniła: — Proszę napisać: żona zmarła — dano na pogrzeb trzy ruble.
— Pięcioro sierot — szeptem dodał człeczyna — gospodarz z mieszkania ruguje.
— Bądźcie spokojni. Pani hrabina o wszystkiem się dowie. A kto więcej?
— Ja! — odparł chłopak z obandażowaną ręką, zapowietrzający pokój jodoformem. — Wczoraj mnie ze szpitala wypisali, alem tak słaby, że ledwie stoję. Bóg wie, kiedy robić będę mógł, a głodnym!
— Podaj nazwisko i adres. Dziś dostaniesz bilet do taniej kuchni, a jutro sprawdzimy, coś za jeden.
— To i mnie proszę zapisać: Karolina Mydłek na Czerniakowskiej. Mąż pół roku leży, stara matka leży, dzieci pięcioro. Jak ratunku nie dostanę, to chyba do Wisły iść!
Zapisywała Stankarowa, wydawała ze skrzynki pieniądze, bony, bilety, wokoło gwar narzekań i próśb rósł — cisnęli się wszyscy do stołu, a każda nędza była — zda się — od poprzedniej cięższa, a każda potrzeba nagłą i konieczną. Odchodzili jedni, wciskali się drudzy, powietrze stawało się duszne, w głowie jej huczało.
Wreszcie skrzynka była pustą. Stankarowej serce się ścisnęło, wobec kilku jeszcze, co czekali i co odejdą bez pomocy.
— Mój Boże! — szepnęła do Sakowiczowej. — Jakże tych odprawić z niczem!
Stara, otrzaskana od wielu lat z podobnym widokiem, odparła spokojnie:
— Tak się to każdemu zrazu strasznem zdaje. Ale co robić. Do wieczoraby ich starczyło, a na rokby nie stało funduszu hrabiny. A i tak ona wszystko co ma — na tę ofiarę daje.
— Na jaką ofiarę?
— Ano, na to nieszczęście hrabiego.
Stankarowa nic nie rozumiała i nie śmiała dalej pytać. Patrzała smutno na pustą skrzynkę.
Sakowiczowa odprawiła spóźnionych, otworzyła okna, zawołała dziewczynę, której kazała sprzątać izbę, i rzekła:
— Ja tu obok mieszkam. Może pani raczy wstąpić.
Weszły do dwóch schludnych pokoików, a gdy Stankarowa przedewszystkiem zachwyciła się kwiatami w oknie, gospodyni jęła opowiadać:
— Kwiaty mi ogrodnik przynosi. Co ma z niemi robić, są przecie szklarnie i cieplarnie w ogrodzie, do których oprócz niego nikt nie zagląda. Już pięć lat, jak pani hrabina nie była w ogrodzie, ani w tej części domu.
Wskazała boczne skrzydło, zwrócone do ogrodu, a potem inne okna, i tłumaczyła:
— Tam mieszka rządca, a tam profesor Gira, a tam Stachórska, co pinczerów dogląda, a tam Marcinkowska, co zarządza kościelnemi haftami, a tam Pawlik, emeryt kamerdyner nieboszczyka hrabiego, a to okno gabinetu hrabiego, a to okno gabinetu hrabiny.
— A to całe skrzydło od ogrodu? — spytała Stankarowa, którą pociągały, nęciły gęstwiny zielone, widne przez boczną bramę, i parkan między tem skrzydłem, a stajniami, od Wiejskiej ulicy.
— A to apartamenty hrabiego Romana... puste! — jakimś innym tonem objaśniła Sakowiczowa. Ale Stankarowej hrabia Roman nie zaciekawił. Popatrzała raz jeszcze na czuby drzew, westchnęła.
— Tam musi być ślicznie. Jak wieś!
Przesunęła ręką po czole, a że zegar w tej chwili wybił pierwszą, zerwała się przestraszona.
— Muszę wracać. Dziękuję pani.
Sakowiczowa ruszyła się także.
— I ja idę na górę z raportem — rzekła.
Po drodze spytała.
— A pani warszawianka?
— Nie. Zamąż wyszłam do miasta. Trzy lata temu. Całe życie na wsi byłam.
— I ja ze wsi. Mój mąż był kasjerem w dobrach hrabiego. Piętnaście lat jak umarł, i tutaj mnie pani hrabina zabrała. Ojciec mój dzierżawcą tam był.
— I pani potrafiła piętnaście lat w mieście wytrzymać. Tyle czasu!
— A cóż, przywyka się. I pani przywyknie.
— Ja — nie, o nie! — zaprzeczyła żałośnie.
— Najgorzej zpoczątku. A mąż pani ma tutaj posadę?
— Nie. Mąż wyjechał zagranicę — tam pracuje. Ja zostałam z dzieckiem. Ubodzy ludzie jesteśmy!
Schyliła głowę i dodała:
— Żeby nie dziecko, na wsibym służby szukała — byle jakiej. Tam życie — a tutaj męka! Ptaki tutaj w klatkach i ludzie w klatkach.
Weszły do gabinetu, i Sakowiczowa zdała sprawę z przebiegu dobroczynnego zajęcia.
— Dobrze, Sakosiu. Teraz mi sprawdź stan tych nowoprzybyłych, a skrzynkę do rządcy odeślij. Niech mi ją napełni, a wieczorem sam z nią przyjdzie, bo mam z nim do pomówienia. I pani już odejdzie, pani Antonino, proszę mi wieczorem przynieść z czytelni książkę, dobrą powieść francuską, panna Zarębianka zna mój gust. Zaczniemy głośne czytanie.
Stankarowa skłoniła się i wyszła. Na schodach spotkała staruszka księdza i jakąś damę w żałobie, i dosłyszała urywek rozmowy.
— Rozmaite są skutki gromu, pani baronowo. Jednego kaleczy, drugiego ogłuszy tylko, a innego zabija. Snać hrabia Roman do tej ostatniej należy kategorji.
— Za młody! — odparła baronowa. — Gdy pierwsze wrażenie minie, opamięta się, że szkoda życia dla awanturnicy!
— Tem ciężej odczuje, co dla niej poświęcił i stracił.
Drzwi się zamknęły. — Stankarowa znalazła się na ulicy, zawahała się chwilę i, zamiast ku domowi, poszła raz jeszcze spojrzeć na ten kuszący ogród przez żelazne sztachety.
Ale nie zobaczyła głębi. Sztachety były gęsto oplecione winem pachnącem, stanowiły jedną zieloną ścianę, poza którą wzrok nie sięgał.
Westchnęła i zawróciła w stronę placu.
W domu czekała ją niespodzianka. List pieniężny od męża.
Zawierał sto franków i kartkę z temi tylko słowy:
„Na utrzymanie Jani. Proszę, by jej na niczem nie zbywało.“
Krew oburzenia trysnęła do twarzy kobiety.
Ani słowa do niej, ani uznania winy i żalu za... krzywdę i opuszczenie, ani tłumaczenia!
Zmięła kartkę, żywo wzięła arkusz papieru, i napisała:
„Na Janię potrafię sama zapracować. Pomocy nie potrzebuję, ani nawet pamięci.“
Włożyła pieniądze do koperty, zaadresowała, i, nie zwlekając chwili, poniosła na pocztę.
Zarębianka tym razem nie uczyniła żadnej uwagi, dopiero, gdy młoda kobieta wróciła, rzekła:
— No, jakże się pani u hrabiny podobało?
— Od dziś każde zajęcie mi się podoba. Każde wezmę i wszystko zniosę. Policzkować się nie dam!
Pałała jej jeszcze twarz, wzięła małą na ręce i przygarnęła do siebie.
— Wyhoduję ją i wychowam sama, i nie dam tak wierzyć, jakem ja wierzyła!
Pieszcząc dziecko, uspokoiła się po chwili i zaczęła opowiadać o swych nowych zajęciach, potem przypomniała sobie rozmowę, zadyszaną na schodach, i spytała:
— Któż jest ten jakiś hrabia Roman i co się mu przytrafiło?
— A to była przed trzema laty głośna historja. Pisały gazety i gadał każdy przez cały, cały tydzień. Zabił w pojedynku krewnego — jedynaka u rodziców i swego najbliższego przyjaciela. Poszło o żonę, która jakoby z tym kuzynem miała romans. No, a w rok potem żona uciekła ze śpiewakiem Włochem i pokazało się, że miała kochanków bez liku.
— Więc on jest synem hrabiny?
— Wnukiem i jedynym spadkobiercą. Po tej awanturze strzelił do siebie, ale go odratowano, i odtąd nie mieszka w Warszawie. Podobno trochę warjat, czy melancholik. Coprawda, mogło się człowiekowi w głowie pomieszać po tem wszystkiem.
— Biedna staruszka! — szepnęła Stankarowa, zamyślona.
— Pewnie, że oni oboje od nas wszystkich biedniejsi. Nie trzeba nad swoją dolą nigdy rozpaczać — ale spojrzeć wokoło. Zobaczy się zawsze gorsze nieszczęścia, w porównaniu człowiek moc czerpie i, zamiast bluźnić, Bogu podziękuje.
Zapamiętała Stankarowa te słowa i wieczorem, idąc na służbę, rozmyślała nad pustką i smutkiem tej samotnej starości. Chowała zapewne staruszka tego wnuka, jedyną latorośl rodu i podporę swego wieku i spadkobiercę wielkiej fortuny i wielkich obowiązków. Bóg wie, co za chlubę z niego miała. A on ją opuścił dla awanturnicy, która nazwisko wstydem okryła i jemu życie złamała.
Mimowoli zestawiła ją, samą w pałacu, ze starym stryjem swoim, który równie samotny — przez nią opuszczony — w swej pustce ostatnie lata pędził, i pierwszy raz uczuła, że popełniła krzywdę, za którą teraz pokutuje.
Szwajcar, otwierając jej drzwi, oznajmił:
— Pani hrabina jeszcze przy obiedzie. Pani raczy w gabinecie się zatrzymać i zaczekać.
W gabinecie wszystko było do wieczornego posiedzenia gotowe. Pomimo lata ogień się palił na kominku. Obok stał fotel — na biurku hrabiny rozłożona robota szydełkowa, a naprzeciw dla lektorki krzesło. Z obok leżącej jadalni dochodził brzęk porcelany i srebra, rozmowa kilku osób i zapach wykwintnego jadła.
Kwadrans może oczekiwała Stankarowa, oglądając obrazy po ścianach. Jeden portret nad kominkiem był zapewne hrabiego Romana. Przedstawiał bardzo pięknego mężczyznę w hiszpańskim stroju.
Z dobrej zapewne epoki pochodził, bo uśmiechały się usta, a oczy patrzały marząco, ale marzeniem szczęśliwem.
Rumor krzeseł przerwał obserwacje Stankarowej i po chwili do gabinetu weszła hrabina, za nią ten sam, spotkany na schodach rano ksiądz, a na końcu jeszcze jeden staruszek, łysy, w okularach, z wielką białą brodą, dość niedbale ubrany.
— Pani już czeka, przepraszam, spóźnił się dzisiaj obiad! — rzekła uprzejmie hrabina, ale jej nie przedstawiała nikomu, i wogóle gośćmi swymi nie zajmowała się wcale.
Usiadła i spytała, jaką przyniosła książkę, potem wzięła robotę i rzekła:
— Może pani zaczynać.
Trochę ze strachem Stankarowa zaczęła czytać, ale opanowała wrażenie i szło gładko. Ksiądz zabawił ledwie chwilę, wziął „Przegląd Katolicki“ z etażerki i bez pożegnania się wyniósł. Staruszek ulokował się wygodnie w fotelu u kominka, z rękawa dobył tabakierkę, zażył, kraciastym fularem otarł nos i przymknął oczy do drzemki.
Czytając, Stankarowa miała uczucie, że jest daleko od miasta. Nie dochodził tu żaden turkot, żaden szmer nawet, nie słychać było dzwonków, bieganiny po schodach. Doznawała złudzenia, że jest w Ługach, że stryjowi czyta.
Nawet dla większego podobieństwa Mietka po dobrym obiedzie chrapała smacznie w swem jedwabnem gniazdku, jak taksy w Ługach — i ogień czasem prysnął i strzelił wesoło — jak w Ługach.
— Dobrze mi tu, dobrze, cicho! — szemrało w jej zmęczonej duszy. — Niema ludzi, nie słychać życia, o jak dobrze. — I czytała machinalnie.
Wtem hrabina przerwała:
— Co takiego! To nie ma związku. Niech pani powtórzy.
— O przepraszam! Odwróciłam dwie kartki — poprawiła się przestraszona.
— Snać pani czyta bez uwagi. Ale to przecie interesująca powieść. Czy panią to nie zajmuje?
— Przepraszam najmocniej. Byłam roztargniona.
— Ja się nie gniewam, tylko się dziwię, że panią, tak młodą, nie bawi powieść. Może pani ją już czytała?
— Nie, nigdy nie czytuję powieści.
— Dlaczego?
— Bo to tak dalekie od prawdy.
Hrabina spojrzała ku niej zdziwiona.
— Zapewne, ale pani za młoda, żeby to mówić. Pani jeszcze nie wolno o tem wiedzieć. To za wcześnie.
— O nie, o tem wiedzieć nigdy nie za wcześnie. Grzechem jest utrzymywać ludzi w fałszu, za który życiem się płaci. To za drogo kosztuje.
— Więc pani jest zdania, że żadnej złudy nie trzeba zostawiać. Karmić już dzieci nagą, brudną prawdą! Pani jest zwolenniczką Zoli?
— Nie czytałam Zoli, ale żyłam i żal mi tych, którzy marzą i wierzą w ideały wśród ludzi — i w czystość czegokolwiek na tym świecie.
Hrabina spuściła głowę nad robotą. Usta jej usunęły się w bolesny grymas i więcej jeszcze brózd wystąpiło na twarz.
— Klątwa Boża jest nad wami młodymi, i w wasze dusze jak robak się wżarła. Biedni jesteście!
Umilkła, a Stankarowa nierada, że się ze zdaniem wyrwała, czytała dalej.
Ale w tej chwili ocknął się profesor i rzekł powoli przez nos, sennym głosem:
— Mole mi wpadły do zbiorów i mogą pobić Darwina. W walce o byt najwięcej trofei zabierają najmarniejsze jestestwa. Taki mól — pożre tygrysa. Dobrały się już do tego, którego mi hrabia z Indyj przysłał. Bengalski król — pastwą moli, a człowiek, co pokona tygrysa, nie da rady molom. Najmniejsze — najgorsze.
Hrabina uśmiechnęła się bardzo boleśnie.
— Ma rację profesor. Mole wszystko stoczą! — rzekła zmienionym głosem.
Ale staruszek nie filozofją, ale rzeczywistemi molami był zajęty — zupełnie się rozbudził, wyprostował.
— Jednakże trzeba się od nich bronić, bo to nie żarty. Pójdę jutro o radę do profesora Prószyńskiego, do zoologicznego Muzeum, a do hrabiego trzeba o niebezpieczeństwie napisać. On młody, weźmie się energicznie do dzieła. Ja napiszę — czy adresować do Orlina?
— Niema go tam.
— Więc gdzież go szukać?
— Nie wiem. Jest zagranicą. Może przyjedzie.
— Ha, ale kiedy? Może znaleźć w zbiorach ogromne straty.
Hrabina nic nie odrzekła, rada widocznie rozmowę przerwać, ale stary był uparty. Począł zrzędzić.
— Kto takie skarby zebrał, powinien o nich pamiętać. Co będzie, jak mole dobiorą się do kolekcji motyli? Takiej drugiej niema na świecie.
Znać było na staruszce zniecierpliwienie.
— Zginą profesora motyle jak już zginęło wiele rzeczy — nie do odzyskania. Trzeba się z tem pogodzić. Proszę, czytaj pani dalej — dodała prędko.
Wieczór upłynął już bez przerwy — ale wracając do domu, pomyślała Stankarowa, że nie każda cisza bywa pogodą i nie każdy spokój szczęściem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.