Lili (Reymont)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Lili
Data wydania 1899
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Tadeusz Jaroszyński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Władysław Stanisław Reymont - Lili str 189.png
VI.

Przez miasto szli z miną ludzi używających przechadzki, a dopiero za rzeką, na szosie, Korczewski wyciągnął swój szal bronzowy i okręcił nim głowę i szyję, a Zakrzewski postawił kołnierz od palta, bo mróz był siarczysty. Słońce świeciło jasno, a długi szlak szosy, utartej znakomicie płozami sań, skrzył się migotliwie i chrupał pod nogami.
Maszerowali wyciągniętym krokiem i w milczeniu. Korczewski obliczał benefisowe szanse, a Leon patrzył na olbrzymią płachtę pól olśniewająco białych, jaka ich otaczała ze wszystkich stron, lub hardo, wyzywająco przyglądał się przelatującym mimo sankom i ludziom. Czuł przytem jakąś dziecinno-dziką radość, że on, obywatelski syn, człowiek zamożny, człowiek mogący mieć na zawołanie setki koni i powozy, teraz oto, w ten świąteczny dzień zimowy, idzie pieszo, jak hołysz ostatni, idzie prawie po żebraninie, bo czemże są w istocie podobne benefisy?
— To dla ciebie i przez ciebie!
Myślał o Lili, a zaczynał patrzeć na Korczewskiego i myśleć o pozostałych aktorach z nienawiścią, pełną pogardy. Ale ruch, surowe powietrze, szczypiące w twarz, i te wielkie przestrzenie pól dookoła zabierały mu coraz więcej uwagi, aż w końcu już nie myślał o niczem, tylko z przyjemnością spoglądał w złotą tarczę słońca, zawieszoną na bardzo bladym błękicie, to na śniegi, po których wskróś skrzeń brylantów i szafirów leżały płaty bladego złota i przelatywały seledynowe smugi słonecznych refleksów.
Sinawa smuga lasów zamykała horyzont, a na tej olbrzymiej, białej płaszczyźnie pól, siedziały ciche sznury wiosek, przywartych nizko do ziemi i dyszących różowawymi słupami dymów, wiły się nieskończone miedze, pełne kamionek, obrośniętych tarniną, siedziały rozłożyste, obsypane brylantowym szronem grusze, czerniały gdzieniegdzie w łąkach oparzeliska bagniste, nad któremi pochylały się czarne, posępne olchy, mignęła czasami lustrzana tafla stawów zamarzniętych.
Cisza była nieobjęta, ale pełna czaru dnia mroźnego, pełna nieznanych szmerów, skrzeń, błysków i rzeźwej radości; czasem stado kuropatw przebiegło im drogę i zapadło naraz, nawołując się zawzięcie, albo wrony leciały gdzieś daleko, zapatrzone w słońce.
— Skręcamy na lewo! To Smardzew państwa Kozłowskich. Sześćdziesiąt włók, długów mało, dwie córki i żona, lubią się bawić — odezwał się Korczewski, czytając z kartki objaśnienia o właścicielu.
Skręcili zaraz na ledwie przetartą dróżkę, obsadzoną dwoma rzędami brzezinek, w połowie powyłamywanych. Już zdaleka, wprost drogi, widniał wysoki dwór i migotał w słońcu oszkloną werendą i kilkunastu oknami, wielki ogród rozciągał się z jednej strony, a z drugiej, po za wysokim żywopłotem ze świerków, widać było dachy licznych zabudowań gospodarskich.
— Niech mi pan pozwoli mówić, niech pan tylko czasem przytakuje, jeśli się zwrócę do pana, i niech pan żadnych min nie robi, bo ze szlachcicami trzeba rozmaicie mówić, aby trafić do ich kieszeni.
— Dobrze, bo nie wiedziałbym od czego zacząć.
W bramie opadła ich cała sfora psów, którą Zakrzewski musiał uspakajać; przestały wreszcie ujadać i całą gromadą odprowadziły ich pod sam dwór, w którego oknach pokazało się kilka twarzy i zniknęło natychmiast.
Weszli do werendy, a równocześnie od środka zjawił się nizki, tęgi jegomość, śpiesznie wycierający ręce o marynarkę.
— Czy mamy zaszczyt mieć przed sobą szanownego dziedzica Kozłowskiego? — zaczął Korczewski, bardzo kordyalnie potrząsając jego dłonią.
— Do usług, panie tego i owego, do usług. Proszę panów dalej, bo tutaj zbyt zimno.
Uchylił drzwi i wpuścił ich do pokoju pierwszego zaraz za werendą. Korczewski najspokojniej odkręcał z szyi szal i ściągał okrywkę; szlachcic czekał, pokręcając wąsa i nieznacznie nogą wpychał pod kredens kilka par trzewików, stojących zbyt na widoku; a Zakrzewski, rozebrawszy się, patrzył ciekawie na stół, stojący na środku i pokryty talerzami z niedokończonem śniadaniem na kilka osób. Jakaś włóczkowa biała chustka jeszcze się chwiała na poręczy krzesła, zostawiona w pośpiechu. Samowar szumiał na stoliku.
— Szanowny dziedzicu dobrodzieju! Mam honor się przedstawić: Korczewski, artysta dramatyczny i dyrektor towarzystwa, a oto kolega ze scen lwowskiej i krakowskiej, przybyły do nas na kilka gościnnych występów.
Szlachcic szarpnął wąsa, przestał wpychać trzewiki i wskazał im krzesła.
— Przyjechaliśmy do dziedzica dobrodzieja, jako do znanego w okolicy mecenasa i protektora sztuki, z zaproszeniem na czwartkowy nadzwyczajny spektakl. Będzie to gościnny występ i zarazem benefis kolegi. Gramy »Gniazdo rodzinne« Sudermana. Służę afiszem. Sztuka — arcydzieło, jak zapewnie szanowny dziedzic już słyszał z angielskich i francuskich gazet, a jak się we czwartek będzie mógł szanowny pan osobiście przekonać. Panu dobrodziejowi służyć ilu bilecikami? Panie cztery w pierwszym rzędzie? No tak, bo i córeczek pan dobrodziej nie pozbawi uczestniczenia w tej prawdziwie artystycznej biesiadzie. Będzie to biesiada w całem tego słowa znaczeniu. Ręczy za to i autor, członek akademii francuskiej, i benefisant. Nie rumień się, kolego, bo wiemy, co o waszej genialnej grze pisały gazety niemieckie. Więc cztery bileciki? Dobrze? Przy przejściu, żeby było wygodniej? — pytlował jednym tchem Korczewski, nie dając przyjść do słowa szlachcicowi, który pokręcał wąsy i oglądał się niespokojnie na drzwi.
— Zimno, siarczyste zimno, a śniegi po pas. Ale, jak mawiał mój ś. p. dziadek kasztelan: »W styczniu mrozy i śniegi — w sierpniu stodoły po brzegi«. Łajdackie zimno! Chcieliśmy we wsi dziedzica dobrodzieja wstąpić na rozgrzewkę do karczmy — karczmy niema! Przeżegnałem się, jako to może być polska wieś bez karczmy! Powiadają nam, że dziedzic aby uchronić ludność od pijaństwa, karczmę skasował, chociaż przynosiła mu wielki dochód! To chyba pierwszy podobny fakt u nas! Na kamieniu żeby się nam rodzili podobni ludzie, na kamieniu!... Nie powozem jechaliśmy, więc przemarzłem do kości...
Zaczął grzać ręce przy samo warze, a patrzył na pękatą butelkę z wódką, stojącą na stole.
— A możebyście panowie herbaty, tego i owego, wódeczki? Proszę bardzo, jak u siebie w domu! Franka! Maryna! A pódź tu która! — huknął dziedzic, uchylając drzwi. — Bo to, panie, kobiety szykują się do kościoła. — Maryna! szturmaku jeden, a ruszajno się i nalej panom herbaty, a żywo! — krzyczał do rozrosłej, czerwonej i bosej dziewki, która się wsunęła do pokoju, pochyliła się do kolan, pocałowała gości w ręce, ujmując je przez zapaskę i nalewała herbatę.
Dziedzic poprzysuwał im różne wiejskie specyały, przepił do nich wódką i rzekł:
— Zaraz wrócę; spytam się żony, czy będziemy mieli we czwartek czas.
— Co pan wygadujesz! Ja się spalę ze wstydu! Poco ta blaga! — szeptał cicho Zakrzewski po wyjściu dziedzica.
— Boś pan zielony frajer! W inny sposób bym go nie »skantował«. Jakbym go nie wziął pod żebro, toby przez jakiego Maćka powiedział, że niema go w domu! Już ja ich znam; pozwól mi pan działać — odpowiadał najspokojniej i z wielkim apetytem zajadając.
— Dziwię się, że nas jeszcze za drzwi nie wyrzucił.
— Bo głupi. Ale o wyrzuceniu nie mów pan w złą godzinę, bo może to nas spotkać gdzieindziej.
— Proszę o sześć biletów w pierwszym rzędzie — odezwał się dziedzic, wchodząc i podając papierek dziesięciorublowy.
Korczewski z pośpiechem pieniądze wziął, bilety dał i dziękował.
— Uniżenie dziękuję! Serdecznie jesteśmy wdzięczni za poparcie naszego teatru i za naddatek! Mój Boże, żeby tak wszyscy rozumieli sztukę i jej posłannictwo jak szanowny pan dobrodziej, to jej kapłani nie chodziliby w podartych butach! Bardzo dziękujemy za prawdziwie polską gościnność! Chodźmy, kolego, bo furman zmarznie nam. Polecamy się pamięci. Pani dobrodziejce całujemy rączki, panienkom nasze uszanowanie!
Wyszli. Zakrzewski z werendy obejrzał się; szlachcic stał w tej samej zdumionej postawie, z biletami w garści.
— Świetny początek! Sprzedaliśmy sześć biletów, mamy dwa ruble naddatku, zjedliśmy śniadanie, zabasowali z wysokiego tonu głuptakowi, a teraz hajda na Soplicę!
— Tak, ale jak na drugi raz zobaczą aktorów przed dworem, to każą ich psom przyjmować.
— Co będzie, to będzie, a grunt w tem, że mamy trochę gotówki! Obywatelu, a gdzie to droga do Drozdowa? — zawołał na parobczaka, który z za węgła im się przyglądał.
— A dyć wpodle dwora do łąków, a potym z prawej ręki i już.
— Bóg zapłać! Bardzo piękny dzień!
Stary aktor się rozpłomienił, zacierał ręce, gwizdał, śmiał się i rozmawiał z sobą, bo Zakrzewski mówić nie chciał; przegryzał go wstyd tej bezczelnej żebraniny.
Nie wrócili na drogę, lecz poszli przez ogród ścieżką wijącą się przez łąki, do sąsiedniego dworu, oddalonego o wiorst kilka. Łąki były bagniste, pełne oparzelisk, dymiących oparami. Szli bardzo ostrożnie, bo ziemia się uginała pod nogami, a miejscami wpadali w kałuże wody, warstwą śniegu przykrytej. Cały system rowów przecinał im drogę i utrudniał, bo trzeba było z całą ostrożnością prześlizgiwać się po ledwie ściętych lodach, lub przeskakiwać przez niezamarznięte bajory, pokryte rudawką. Zakrzewski, człowiek wsi, robił to bez trudności, ale Korczewski jęczał, klął, namyślał się, obchodził niebezpieczne miejsca, aż się wreszcie w jakiemś słabem miejscu załamał i wpadł w bagno do kolan, krzycząc wniebogłosy, że się topi. Musiał go Leon wyciągać.
— Psiakrew takie porządki! Do kryminału bym wsadził właściciela za takie pułapki; ależ, żebym był sam, utopiłbym się napewno! — wyrzekał, wycierając zabłocenie śniegiem.
— Daj pan spokój, bo to są bagna i łąki, a nie gościniec publiczny. Chodź pan prędzej, to odmarzniesz.

Władysław Stanisław Reymont - Lili str 205.png

Korczewski przestraszony biegł prawie galopem, bo dolne ubranie sztywniało mu od mrozu i w butach miał pełno wody.
Dobiegli do dworu i chcieli wejść do sieni, ale była zamknięta; dopiero po wielu stukaniach zjawił się służący, obrzucił podejrzliwem spojrzeniem i zapytał:
— Co za interes i do kogo?
— Do dziedzica. Wpuśćno, bracie, bo widzisz, stało mi się nieszczęście, wpadłem do wody.
— Nie można! Niech idzie do oficyny się osuszyć — mówił pogardliwie lokaj, zapierając drzwi sobą.
— Zamelduj nas dziedzicowi, błaźnie jeden! — krzyknął zirytowany Zakrzewski.
— Błaźnie nie błaźnie, a tyś co za jeden? Widzisz go! włóczęga jakiś, będzie mi tu wymyślał! Jak zawołam ludzi, to wam pokażę, kto tutaj jest błaznem!
— Chodźmy stąd, bo nie wytrzymam i tego parobasa wygrzmocę — szeptał Zakrzewski, trzęsąc się z gniewu.
— Antek, a co się tam dzieje? Co to za ludzie? czego chcą? — pytał ktoś, wychylając głowę lufcikiem.
— Panie dziedzicu, interes wyłuszczymy, ale proszę nas wpuścić, bo mnie stał się wypadek, wpadłem w rów, jestem zmoczony; chciałbym się trochę wysuszyć, drżę z zimna — jęczał aktor.
— Co za interes? — zapytała głowa z lufcika, puszczając kłąb dymu.
— Jesteśmy artyści dramatyczni. Ale na miłość Boską, bo zmarznę!
— Aktorzy! Niech Pan Bóg opatrzy! Antek, zaprowadź ich do kuchni — rozległ się raz jeszcze głos i głowa zniknęła, a lufcik z trzaskiem się zamknął.
Poszli do tej kuchni, w której gotowano dla inwentarza. Zakrzewski całą siłą woli tłumił gniew w sobie, ale milczeć i pozostać musiał, bo Korczewski mógł się przeziębić i zachorować.
W tej kuchni, mieszczącej się w starym gmachu po gorzelni, w norze, pozbawionej podłogi, drzwi i okien, straszliwie brudnej i pełnej dymów i oparów z przegniłych kartofli, gotujących się dla krów w wielkich kotłach na olbrzymich denarach, pod którymi palił się ogień, przesiedzieli z godzinę, susząc się. Jakiś ponury chłop, kuternoga, w baranim kożuchu, rozwartym na obrośniętych piersiach, w czapie baraniej tak wielkiej, jak spory szaflik, uwijał się przy ogniu, dokładał szczap i mieszał w kotłach.
— Wy tutejszy? — zapytał Zakrzewski, aby skrócić nudy oczekiwania.
— A tutejszy — mruknął chłop.
— A jak się nazywa dziedzic?
— A jaśnie pan!
— Jakie ma przezwisko? — zapytał cierpliwie, chcąc się koniecznie dogadać.
— A Gwizdacz, pedają ludzie na nich!
I zamilkł, nie odpowiadając już na żadne zapytania, jakby nie do niego były zwracane.
— Nazywa się ta kanalia... Psiakrew, zimno mnie trzęsie! Zaraz panu powiem. Nazywa się Talkowski, kawaler, bogaty, stary dziwak i odludek — przeczytał Korczewski ze swojej kartki informacyjnej, którą schował starannie i, nadziawszy na kij kamasz, suszył go nad ogniem.
— Szkoda, że nasi nie mogą pana widzieć w tej pozycyi, mieliby wesołość rzetelną — zrobił uwagę Zakrzewski, patrząc na siedzącego w kuczki na ławce Korczewskiego, bez butów i bez ubrania, które rozciągnięte na wielkich łupkach drzewa, schło przed ogniem.
— Zanim wyschnę, możebyś pan probował zobaczyć się z tym dziedzicem, a nóżby co kupił?
— Nie pójdę.
Odpowiedział z taką stanowczością, że Korczewski już nie nalegał i milczał do samego wyjścia. Dopiero gdy się znaleźli za wsią, na wązkiej polnej dróżce, prowadzącej do drugiego dworu, widnego zdaleka wysoką wieżą, odzyskał nieco humoru.

Władysław Stanisław Reymont - Lili str 211.png

— Przeschłem niezgorzej, ale jeszcze mi mokro! Co, ładny numer ten obywatel? Niech go drzwi ścisną. Zupełne bydlę krajowego chowu! — »Czy widzisz na tym stole, butelek pełen kosz« — huknął dalej barytonem, aż rozległo po polach, i kilka wron, siedzących na przydrożnych drzewach, zerwało się z krzykiem. — Jedna wódka mocna i duża, jedno mięso duże, jedno piwo duże; na poprawkę jeszcze wódka i jeszcze mięso, no i piwko na drugą nogę! Psiakość słoniowa! żeby mi to kto postawił teraz, byłby dobrym chrześcijaninem.
— Ale pieszo to my niewiele zrobimy drogi, dwunasta dochodzi.
— Mój królu złoty, żebyśmy sprzedali w tym dworze ze cztery bileciki, to już ci zafunduję karetę o dwudziestu czterech oknach.
— Kto tu mieszka?
— Aha! Jakiś Kuczborski! Fiu, fiu! »Na Kuczborsku pan Kuczborski, wdowiec, trzy córki w domu, dwie guwernantki, długów dosyć, bardzo hojny, pisuje do gazet, oryginał«. — Ładny numer. Mokro mi jeszcze, panie Leonie!
Zakrzewski nic nie odpowiedział. Myślał o Lili, a zresztą zapadł w stan ostrej apatyi. Było mu już wszystko jedno, i to tak zupełnie, że gdy weszli w bramy Kuczborska, i psy opadły ich całą zgrają i zaczęły zajadle docierać, wlazł na płot i śmiał się z Korczewskiego, który stał i krzyczał na ludzi, żeby go przyszli ratować.
Jakoś służba pospiesznie ich oswobodziła i dostawiła do pałacu, przed pańskie oblicze.
Pan domu wysoki, suchy, kanciasty, z wielkiemi bokobrodami szpakowatemi, z miną lorda lub szwajcara z wielkiego domu, przyjął ich skinieniem głowy, nie wyjmując rąk z kieszeni.
Korczewski przedstawił siebie i towarzysza, wyłuszczył cel przybycia, ale przedewszystkiem przyznał się do zamoknięcia, opowiedział złośliwie przyjęcie w sąsiednim dworze i prosił o samotności nieco, pusty pokój i ogień w piecu.
Gospodarz zmusił drewnianą twarz do zimnego uśmiechu i oddał go w ręce lokaja, Zakrzewskiemu zaś przysunął papierosy i chodził po pokoju, wyglądając co chwila oknami.
Milczenie zaległo głębokie. Po kilkakroć Leon zaczynał mówić, ale w miejsce odpowiedzi widział zawsze ten zimny, ostry uśmiech, jednostajny ruch palców rozczesujących bokobrody i martwe jasne oczy, podobne do rybich, wpatrzone w okno. Więc żeby przerwać nieco nudę, usiadł do otwartego, wspaniałego fortepianu i wziął kilka akordów.
Kuczborski wolno i najspokojniej podszedł, zamykając mu fortepian przed nosem i powracając do dawnej przechadzki po pokoju. Leon się zerwał i groźnie spojrzał; ale znowu zobaczył ten sam uśmiech, ruch palców i martwe oczy, więc usiadł w jakimś fotelu przy stole środkowym i zaczął oglądać wspaniałe albumy malarzów holenderskich.
— Przepraszam — szepnął Kuczborski, wyciągnął z pod niego fotel, pchnął go pod okno, podsuwając natomiast proste trzcinowe krzesełko; albumy zamknął i przeniósł je na drugi stół, a w miejsce ich położył przed zdumionym kilka numerów dzienników i stos fotografii obrazów współczesnych i, jakby nie widząc oburzenia Leona, usiadł przy małym stoliku pod oknem, wziął lupę i zaczął z największą uwagą przyglądać się jakiemuś sztychowi.
Leon już się nie ruszał na krześle; przypatrywał się tylko ciekawie Kuczborskiemu i pokojowi, który był zastawiony bibliotecznemi szafami i półkami, pełnemi flaszek, chomąt, szorów, starego żelastwa i modeli narzędzi rolniczych. Na ścianach, obok wspaniałych sztychów, wisiały plany płodozmianów, broń myśliwska, cały komplet batów i malowane ogrodowizny.
— Właściwie czego panowie chcecie? — zagadnął po długiem milczeniu Kuczborski.
Zakrzewski wyłuszczył cel odwiedzin.
— Nie cierpię takich głupich małpowań sztuki. Teatr uważam za rozsadnik głupstwa, słyszysz pan, za rozsadnik głupstwa — powtórzył z naciskiem. — Aktorów przepędziłbym przez rózgi i zamknął w domu poprawy. Słyszysz pan?
— Słyszę, bo, niestety, nie wynaleziono jeszcze ochrony słuchu przed słuchaniem głupstw!
Kuczborski odwrócił się do niego prędko i długo mu patrzył w oczy, ale wszedł Korczewski i zaczął mu dziękować za swoje wyschnięcie i zapraszać na przedstawienie, zachwalając grę i benefisanta na swój sposób.
— Nie błaznuj pan. Proszę o dziesięć biletów, wyszlę służbę.
Korczewski olśniony, podawał mu bilety, i znowu zaczął gadać.
— Cicho pan! oto pieniądze. Moje konie odwiozą was do sąsiada, żegnam. Andrzej, wyprowadź panów — odwrócił się do okna i spokojnie gładził bokobrody; jeszcze się ubierali w przedpokoju, gdy usłyszeli jego drewniany, surowy głos:
— Andrzej! Wypędzę cię na cztery wiatry, jak mi będziesz puszczał do dworu pierwszych lepszych włóczęgów — słyszysz Andrzej?
Wyszli śpiesznie, przed dworem istotnie już czekała para koni, zaprzężona do małych sanek, któremi dojechali do dworu sąsiedniego. Stangret miał polecone dowieść ich i wrócić natychmiast.
We dworze nie zastali nikogo, bo wszyscy pojechali do kościoła. Z trudem we wsi wynajęli chłopa, który się zgodził obwieść ich po sąsiednich dworach, za skromną sumę rubli trzech.
Wiodło się im dosyć szczęśliwie, sprzedali jeszcze kilkanaście biletów, dwa razy tylko wylecieli do rowu, bo saneczki były z t. z. »obrębkiem«, który po utartej szosie zamiatał wciąż z jednej strony na drugą; w kilku domach nie zastali nikogo, w jednym powiedziano im, że nie potrzeba, że kupią sobie w kasie, raz tylko im nawymyślano i wyrzucono za drzwi, i raz wzięto za złodziejów i chciano odstawić do wójta.
— Mam już dosyć wrażeń, wystarczy mi na całe życie, możebyśmy wracali — zaczął Zakrzewski
— Mam jeszcze dwa dwory, w których napewno sprzeda się kilka biletów, mam zanotowane. Pierwszy dwór — to Rędziny, wielki majątek, pałac, hrabina Libińska, wdowa! a drugi — jakiś pan Maleniecki, bardzo bogaty, od piętnastu lat nie rusza się z domu, bzik, nadzwyczaj hojny i wspaniały, dwór po książęcemu!...
— No, więc jedźmy do hrabiny. Gospodarzu, czy jest w Rędzinach dziedziczka w domu?
— W Rędzinach? Dziedziczka? Aha to niby jaśnie hrabina. A kajby ta była! Ho! ho! to sielma pani! Zagranicznych małpów se nasprowadzała, kiej dyabłów czarnych... Wio! wio! gniady, a to ci panowie na obrok przyłożą, jak się bandzies pilił... Wio!...
W Rędzinach, skoro zajechali przed pałac, wyszło naprzeciw nich dwóch uliberyowanych lokajów, zaprowadzili ich do olbrzymiego salonu i zniknęli.
Salon był piętrowy z kolumnadą marmurową, podtrzymującą galerye dla muzyki, umeblowany z przepychem, ze wspaniałymi obrazami na ścianach stiukowych; wielkie weneckie okna wychodziły na park.
Czekali minut kilkanaście; nikt się nie zjawił. Panowała głucha cisza dokoła, jakby nikogo nie było w całym pałacu. Pootwierane drzwi pokazywały długą amfiladę pokojów, również wspaniale urządzonych. Leon przeszedł cały szereg pokojów, obejrzał tysiące kosztownych cacek, porozstawianych po kominkach i stoliczkach, jedwabne obicia ścian, meble, starożytne biurka i zegary, kosze pełne kwiatów świeżych, ale nie spotkał nikogo; wrócił do Korczewskiego, który, onieśmielony przepychem mieszkania, siedział pokornie na brzeżku krzesła i niespokojnie spoglądał na ślady, jakie jego buty pozostawiały na posadzce.
— Nikt nie był?
— A nikt. Może pan zadzwoni, o, tam jest guzik elektryczny, bo ja nie śmiałem.
Leon zadzwonił. Natychmiast zjawił się lokaj i zapewniał, że jaśnie pani hrabina raczy przyjść za chwilę.
Przeszło znowu minut kilkanaście i nikt się nie zjawił. Leon znowu zadzwonił.
Przyszedł ten sam lokaj i zapytał się, w imieniu jaśnie pani, kto są panowie i czego sobie życzą?
Korczewski złożył afisz, wsunął w niego książkę z biletami i dał lokajowi, polecając oddać pani hrabinie.
Czekali również kilkanaście minut, aż wrócił, ale nie sam; przyszedł z drugim, starym, wyglądającym na kamerdynera. Pierwszy ze srebrną tacą w ręku stanął przy drzwiach i czekał, aż stary obszedł wszystkie otwarte pokoje, obejrzał drobiazgi, popatrzył po ścianach na obrazy i wyszedł; wtedy postąpił kilka kroków i podając na tacy biletową książkę, rzekł poważnie:
— Jaśnie pani hrabina przysyła.
Korczewski obejrzał książkę, nie brakło ani jednego biletu, nic nie wzięto; afisz również odesłano, ale gdy go wziął w rękę, wysunął się z niego rublowy papierek i upadł na ziemię. Korczewski schylił się, aby podnieść, ale Zakrzewski odsunął go gwałtownie i rozkazującym głosem zawołał na lokaja:
— Podnieś to!
Lokaj podniósł i położył na tacy.
— Prowadź do pani pokoju! — powiedział znowu rozkazująco.
Lokaj jak automat obrócił się i poszedł naprzód. Przeszli kilkanaście pokojów; przed szerokiemi oszklonemi drzwiami lokaj się zawahał.
— Otwórz i prowadź! — zawołał zduszonym przez gniew głosem i wszedł do wielkiej oranżeryi, pełnej zieloności, duszącego ciepła, zapachu kwitnących mimoz i fiołków.
U sufitu, na złotych obręczach, kilka papug, podobnych do kłębów drogich kamieni, kołysało się sennie; w środku oranżeryi był marmurowy basen, z którego wytryskiwał pióropusz wody i ze słodkim szmerem opadał; poza nim, pod grupą wachlarzowatych palm, kołysało się kilka kobiet na biegunowych fotelach i śmiało się głośno z potwornie brzydkiej małpy, baraszkującej z charcikiem angielskim.
— Oddaj tego rubla pani i powiedz, że postąpiła jak pokojówka przebrana za hrabinę — zawołał tak podniesionym głosem, że wszystkie oczy podniosły się na niego.
Odwrócił się i wyszedł.

Władysław Stanisław Reymont - Lili str 227.png

Korczewski już czekał na niego w saniach; nie śmiał się na razie odezwać, ale gdy się znaleźli dosyć daleko od dworu, szepnął:
— To świństwo wysyłać nam rubla jak dziadom, ale zawsze rubel to pieniądz! — westchnął.
— Tak, racya, rubel to pieniądz, a świnia Boże stworzenie.
Zamilkli. Zmierzch już płynął od lasów i krwawymi pyłami rozsypywał się od zórz purpurowych zachodu. Słońce ogromną, rozpaloną kulą zapadało za lasy, a po śniegach, po drzewach, w powietrzu rozlała się przeogromna cisza nocy nadchodzącej. Na wschodzie pokazywały się gwiazdy i zawiewał stamtąd czasami wiatr bardzo cichy i mroźny, aż konie parskały, wyrzucając nozdrzami słupy pary. W dalekich, jak by zasypanych śniegiem wsiach, skrzypiały studzienne żórawie i rozlegały się ryki krów.
— Dwadzieścia lat temu najmniej, jak byłem w tej okolicy. Pamiętam dobrze, że w którymś dworze, gdy przyjechałem tak samo z benefisem, było jakieś zebranie; sprzedałem wszystkie bilety, miałem pieniędzy pełen kapelusz, literalnie pełen kapelusz mi nakładli. Nikt nie liczył, ile dawał. Mój Boże, gdzie to te czasy! — mówił cicho Korczewski i jakiś smutek głęboki, jakby tego umierającego dnia, zaświecił mu w oczach.
— Tak, pamiętam dobrze, grałem wieczorem Franciszka Moora w »Zbójcach«. Co to były za brawa, co za krzyki, co za publiczność! Dobrze grałem, a szczególniej akt piąty... kobiety mdlały; gdy przyszła scena z Danielem, wiesz pan, opowiadanie snu, wszyscy się trzęśli z trwogi. Dobrze grałem.
— I przychodzili i kładli moje grzechy na szalę, ale szala kołysała się wysoko... aż przyszedł stary... siwy... ja go poznałem, Danielu! i rzucił garść siwych włosów i szala moja opadła na dół... To był mój ojciec, Danielu! Zrobiła się straszna cisza, w której rozległ się głos tak potężny, że aż mi szpik w kościach zlodowaciał... Wszyscy zbawieni, tylko ty jeden przeklęty! Przeklęty! — powtórzył cichym, strasznym głosem rozpaczy bezbrzeżnej.
Ramiona mu opadły bezwładnie i szklanemi oczami obejrzał się dokoła, grał całą duszą.
— Nie pokazuj pan, bo furman może myśleć, żeś pan zwaryował! — zwrócił mu uwagę Zakrzewski ironicznym tonem.
Korczewski popatrzył na niego i szepnął:
— To może co z operetki?
I zaczął wyśpiewywać rozmaite drygi operetkowe.
Na ostatku, już pod samem miastem, wstąpili jeszcze do jakiegoś małego folwarku i zostali, bo przyjęto ich nadzwyczaj gościnnie. Kilkanaście osób tam zgromadzonych, przeważnie młodzież, bawiło się doskonale w różne gry. Tak się rozochocili, że Zakrzewski grał na fortepianie i śpiewał, a Korczewski, podpiwszy sobie rzetelnie, deklamował całe akty dramatów i udawał rozmaite komiczne typy, i wciąż się całował ze wszystkimi, i ciągle wspominał swojego dziadka kasztelana.
Dobrze już po północy szlachcic odesłał ich swoimi końmi, ale tak pijanych, że nie wiedzieli o Bożym świecie.
Na drugi dzień Zakrzewski stanowczo nie chciał jechać w drugą stronę okolicy; miał dosyć dnia wczorajszego. Pojechał Korczewski z Jańciem, któremu miłosierdzie miasta sprawiło na gwiazdkę palto zimowe, a bielizny i butów pożyczył Leon, bo miał występować w jego roli, w roli benefisanta.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.