Lili (Reymont)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Lili
Data wydania 1899
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Tadeusz Jaroszyński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Zakrzewski dowiedziawszy się od Korczewskiej, że Lili przyjechała, poszedł do niej z bijącem sercem.
Już nie pamiętał podejrzeń ani plotek, tylko witał ją z uniesieniem; ale gdy pierwsze wrażenie przeszło, zaczął się jej przyglądać podejrzliwie. Lili była jakąś zmizerowaną, bladą i niewyspaną; oczy miała wpadnięte i zaczerwienione, jakby od płaczu, mówiła cicho, nie podnosząc prawie oczów. Przesuwała się przez pokój bojaźliwie i ciągle ginęła za parawanem, skąd powracała z drgającemi, obrzmiałemi ustami i jakby z tłumionem ustawicznie łkaniem.
Matka natomiast była wyjątkowo rozmowną, opowiadała z uniesieniem o przyjęciu, jakie ich spotkało, opisywała szczegółowo poznanych ludzi, stroje, kolacye.
Leon słuchał, potakiwał głową, a przyglądał się Lili, która siadła na kanapce, opuściła bezwiednie ręce i siedziała cicho.
— Lili! — szepnął, przysuwając się do niej, gdy matka zamilkła.
Spojrzała na niego pytającym wzrokiem, ale takim smutnym, że mu serce zadrgało z trwogi.
— Kochasz, co? Tak czekałem, tak czekałem... Kochasz?...
— Kocham! — odpowiedziała cichutko, ledwie dosłyszalnie, i pochyliła twarz na piersi, żeby ukryć łzy, a równocześnie zaczęła gładzić paluszkami jego dłoń.
— Zrób, Lili, herbaty, to i pan Leon się napije, bo zimno, a ja wam przeczytam rozdział powieści. Powiadam wam, że się popłaczecie.
Lili zakrzątnęła się koło samowaru, Leon pomagał jej, jak zwykle; ale nie było pomiędzy nimi tej zwykłej dziecięcej swobody zakochanych i przekomarzania.
Patrzyli na siebie przez cień, który im omraczał duszę coraz bardziej.
Mówili sobie: kocham, ale zbyt cicho i szeptem, podobnym do łkania; spoglądali z miłością, ale w tem spojrzeniu nie było pocałunków, jak dawniej; w jego oczach tliło się podejrzenie, a w jej jakiś straszny krzyk, tłumiony całą siłą woli. Dotykali się, ale bez dawnych dreszczów, które ich rzucały sobie w ramiona; Lili odsuwała się śpiesznie, a na nim nie robiło to wrażenia.
Potem siedzieli przy herbacie, trzymali się za ręce i słuchali czytania matki, rzucając od czasu do czasu niespodziewane, głębokie spojrzenie i, spotkawszy się oczami, rozbiegali się śpiesznie, dziwnie zmieszani trwogą, którą uczuwali. Matka czytała głucho i nudnie.
Od podwórza, od śniegów zbrudzonych i połachmanionych, od dachów budynków padał brudny cień i zalewał nudą cały pokój; a w tem świetle szarem wszystkie sprzęty wydawały się tak stare, zniszczone, nędzne, a wszystkie patarafki, serwetki, ozdoby tak ubogie, pospolite i brzydkie, że Zakrzewski patrzył ze zdumieniem dokoła, a potem z pogardą źle tłumioną.
— Może pójdziemy na ślizgawkę do parku? — powiedział, gdy matka czytać przestała.
— A pójdę, dobrze. Chciałam nawet prosić pana o to.
Ubierała się szybko.
— A nie siedźcie długo — rzuciła za nimi matka.
A oni na świecie odetchnęli nieco, zrobiło się im znacznie lżej, ale pomimo to, mówili z sobą bardzo mało. Namyślali się nad każdem słowem, zdania z trudem wypowiadali; nieśmiałość dziwna, pełna obawy, trzymała ich od siebie zdaleka.
W parku było pusto, nudno i zimno, bo wiatr huczał głuchy i śnieg posypywał.
Na stawie nie było prawie nikogo, tylko kilku chłopaków biło się śnieżkami i goniło po lodzie.
Przypasał jej łyżwy i zaczęli robić ósemki, ująwszy się za ręce; ślizgali się dosyć długo, a on w końcu zapytał cicho:
— Dobrze, Lili?
— Dobrze! Bardzo dobrze!
Uśmiechnęła się z przymusem, sztucznie.
— Pamiętasz, jak nam tutaj było dobrze w przeszłym tygodniu?
Skinęła głową, a on zaczął z zapałem przypominać najdrobniejsze szczegóły, unosił się, że tak cudnie wyglądała wtedy, rozpłomieniał się na wspomnienie tak niedawnej przeszłości, bezwiednie uciekając od chwili obecnej.
— Tak! pamiętam, pamiętam! — odpowiadała.
Twarz lekko się jej zarumieniła ze wzruszenia, całą duszą utonęła w przypomnieniu, piła tę przeszłą rozkosz zaciętemi od bólu ustami, ale w końcu szepnęła, wstrząsając się:
— Wracajmy, tu jakoś zimno dzisiaj i nieładnie!
Odprowadził ją, przesiedział u nich cały wieczór, ale wieczór był jakiś dzisiaj strasznie długi; oboje ukradkiem spoglądali na zegar, milkli co chwila, nie wiedzieli co mówić do siebie. To znowu, jakby odczuwając wspólny dręczący stan, starali się być dla siebie tem, czem dawniej, i wtedy zaczynały się szczebioty Lili, urywane, dyszące miłością słowa Leona, oczy się im rozpalały, wracały uśmiechy na twarze, usta zaczynały drżeć do ust, ramiona się wyciągały do objęć i słowo »kocham« drżało im na ustach i w sercach, jak płomyk czarodziejski, ale go wymówić nie mogli, bo razem z tym dźwiękiem powracał dawny stan dręczącego niepokoju i obaw niewytłómaczonych. Zakrzewski, nie mogąc już wytrzymać, zapytał:
— Co ci jest? — Nic, zupełnie nic, trochę mnie tylko głowa boli — odpowiedziała śpiesznie.
— Znużyłaś się zabawą, potem się nie wyspałaś i przez to głowa cię boli.
— Tam się nie bawiłam zupełnie.
— Więc pocóż było siedzieć całe dwa dni? — powiedział z wyrzutem.
Nie odpowiedziała; tylko rumieniec, jak cień, przemknął po jej czole. Zaczęła poprawiać abażur na lampie, a on wstał, ubrał się i wyciągnął rękę na pożegnanie.
— Dobranoc.
— Dobranoc panu! — szepnęła, podnosząc się automatycznie i zaledwie dotykając końcami palców jego dłoni.
Głos jej miał jakiś ton lodowaty, co go tak szarpnęło, że, nie pocałowawszy jej w rękę, jak zwykle, wyszedł, dość energicznie zamykając drzwi. Już był przy drzwiach od ulicy, gdy usłyszał za sobą w ciemnej sieni przytłumiony głos:
— Panie Leonie!
Powrócił śpiesznie, bo radość zalała mu serce; chciał ją ująć w ramiona, ale cofnęła się w smugę światła, padającego z drzwi otwartych mieszkania.
— Zapomniałam się spytać, czy dużo sprzedał pan biletów?
— Za czterdzieści rubli! Lili, i ty po dwóch dniach niewidzenia tak zimno mnie żegnasz, czy nie czujesz, nie widzisz, co się ze mną dzieje? Lili, czy ty mnie już nie kochasz?... — szeptał pełnym bólu i żalu głosem.
Podniosła na niego cudne oczy, pełne łez i bezbrzeżnej miłości.
— Kocham na śmierć... na życie... na wieczność całą... — wyszeptała i zawisła mu na ustach w długim, szalonym pocałunku, ale oderwała się natychmiast od niego i uciekła do mieszkania, zamykając drzwi na klucz.
Otarł łzy, jakie mu pozostawiła na twarzy, i wrócił do domu jeszcze bardziej niespokojny niż przedtem.
I dom go nie uspokoił, bo zastał list od matki z opłatkiem i z błogosławieństwami pisanemi z płaczem, bo wiele liter było zalanych łzami. Nie wyrzucała mu nic, ani już nic nie pytała o powrót, ale w każdem słowie czuć było szaloną tęsknotę i większą jeszcze troskę o jego dolę. Wstrząsnął nim ten list do głębi i pogrążył w stan tak ostrego żalu, że długo chodził po pokoju, rozmyślając o domu i o powrocie, nim sobie przypomniał, że nie czytał drugiego listu. Obejrzał go ze wszystkich stron, bo nie znał charakteru pisma. List był bezimienny i zawierał najwstrętniejsze plotki i oskarżenia Lili. Pisano w nim, że była kochanką hrabiego i jeszcze kilku ludzi z okolicy, których wymieniono z nazwiska. Szargano wprost w sposób wstrętny jej matkę, a o ojcu, który umarł przed dziesięciu laty, powiedziano, że umarł w więzieniu za kradzież i t. p.
Uśmiechnął się tylko z politowaniem, czytając długą litanię oskarżeń, bo im absolutnie nie wierzył, chociaż dawne podejrzenia nie wygasły mu w mózgu, więc list schował do kieszeni i rozmyślał kto go mógł napisać, to go nawet uspokoiło znacznie, że zaczął uczuwać żal do siebie, iż był względem Lili zabardzo niesprawiedliwym. Postanowił jutro naprawić wszystko, i jutro również miał się rozmówić stanowczo o dniu wyjazdu, bo chciał wyjechać natychmiast po benefisie; z tem poszedł spać.
Nazajutrz obudził się dosyć późno, ale w zupełnie dobrem usposobieniu. Czuł się zupełnie spokojnym i zrównoważonym, wszystkie dawne obawy i podejrzenia pierzchnęły. Przeczytał raz jeszcze ten list anonimowy, który wydał mu się jedynie bardzo głupim.
— Trzeba zacząć wyjeżdżać — pomyślał i wstąpił do telegrafu, gdzie podał depeszę do matki, że przyjeżdża w piątek wieczorem, a najdalej w sobotę rano.
To go wprawiło w dobry humor, bo wyobrażał sobie radość matki i idąc przez miasto do Lili, patrzył na ulice i domy okiem pożegnania.
Lili nie było, a matka sprzątała mieszkanie.
— Poszła do kościoła, ale zaraz przyjdzie.
— Do kościoła! nie wiedziałem, że chodzi do kościoła, nigdy z nią tam nie byłem.
— Mój panie, a za cóż to pan nas ma, jesteśmy przecież dobre katoliczki.
— Pójdę po nią.
— Zaczekaj pan, zaraz przyjdzie, ona lubi sama bywać w kościele.
Ale Leon nie słuchał, tylko poszedł, bo matka tak gorąco prosiła, aby Lili nie przeszkadzał się modlić, że ona zaraz powróci, iż w nim zadrgało jakieś podejrzenie.
— Ciekawy jestem, czy ją zastanę w kościele! — myślał z trwogą.
Odszukał ją w jednej z bocznych, prawie ciemnych kaplic, klęczała przed ołtarzem i modliła się z takiem przejęciem, że cofnął się w cień nawy i patrzył na jej twarzyczkę cudną, napiętnowaną głębokim bólem. Łkania wyrywały się z jej piersi i łzy jak perły błyszczące zwisały czasem u czarnych rzęs i spadały na kamienną posadzkę.
W kościele było prawie pusto i ciemno, bo z gotyckich wązkich okienek, poprzez kolorowe zakurzone szyby, sączyło się niewiele światła i rozświecało tylko górną część naw. Cały dół kościoła tonął w mroku, w którym od czasu do czasu rozbrzmiewało jakieś głębokie westchnienie lub szept modlitwy rozpływał się od wielkich stal w prezbyteryum, a czasem nikły, srebrny głos dzwonka zadrgał w ciszy od bocznego ołtarza, przy którym odprawiano mszę św., albo dziecinny głos ministranta krzykliwie zaświegotał w odpowiedzi księdzu i milkło wszystko i pogrążało się w ciszę i zmrok, w którym świeciły bladawo złote szaty świętych i wiły się czarne, wysmukłe pnie kolumn gotyckich.

Władysław Stanisław Reymont - Lili str 249.png

Lili modliła się długo, nie przeczuwając nawet, że z cieniów patrzą na nią oczy kochane, że o kilka kroków stoi on, kochany nad wszystko, on, za którego całym żarem serca się modliła.
A jego tak głęboko rozrzewniła modlitwa i łzy jej, i ten wyraz męki wyryty w twarzy, że wyszedł, bo dusiło go coś w krtani.
Wkrótce wyszła, a spostrzegłszy, że czeka na nią, pobladła i podała mu rękę ze drżeniem. Przez drogę zobaczył, że jest bardzo mizerną, że jej liliowa, olśniewająco biała twarz ma jakiś szaro-żółty chorobliwy ton, a cały wyraz takiego ogromnego znękania i smutku, że serce mu się ścisnęło żalem i współczuciem.
— Ty chora jesteś, Lili? Co ci jest, najdroższa? Powiedz...
— Nic mi nie jest. Wydaje się tak panu, bom mało spała w nocy.
— Nie mów mi panie, całem sercem proszę cię o to, dobrze?
— Nie można, nie — odpowiedziała tak cicho, że ledwie usłyszał.
Nie miał już czasu pytać się, dlaczego nie można, bo przyszli do domu. Lili długo mówiła z matką pocichu i coś takiego, że matka ją pocałowała w czoło, przycisnęła jej głowę do piersi i wyszła zaraz, objaśniając, że nie wie, kiedy wróci, a wychodząc, rzuciła na Zakrzewskiego spojrzenie pełne żalu i jakby wyrzutu.
— Odebrałem znowu dzisiaj list od mamy, może przeczytasz?
— Powinien pan jechać, matka musi bardzo, bardzo tęsknić za panem — powiedziała, oddając mu list po przeczytaniu.
— W piątek wyjedziemy, już wszystko obmyśliłem. Usiądź dziecko przy mnie.
Usiadła i patrzyła w niego ze smutkiem.
— Rzeczy spakuje się zaraz po przedstawieniu i wyśle naprzód, żeby zdążyły na kolej, a my pojedziemy pocztą. W Warszawie staniemy rano, a stamtąd zaraz dalej, tak, że u ciotki będziemy przed wieczorem. Bo ja tak obmyśliłem, pisałem nawet już do cioci o tem, zgodziła się z radością, oto zawiozę was do niej i tam zostawię; będzie tam mojej dziewczynie złotej dobrze, bo ciotka mnie kocha i jest bardzo dobrą kobietą. A ja pojadę do domu, to tylko trzy mile, a nawet polami bliżej. Matce zaraz powiem o wszystkiem i przywiozę ją najdalej w niedzielę, żeby się z moją słodką panią poznała. Co? dobry plan, prawda? Uśmiechnij się, jedyna!
Pochylił się, aby ją w skroń pocałować, usunęła się i z uśmiechem łzawym, tragicznym, zapytała cicho, bezdźwięcznie, przymykając powieki, aby zatrzymać gwałtem cisnące się łzy:
— A co później?
— A to już z mamą razem się umówimy. Juści, że do ślubu zostaniesz u siebie, żeby ludzie plotek nie robili. Ale ja będę przyjeżdżał codziennie, bo przecież nie mógłbym wytrzymać jednego dnia bez zobaczenia mojej cudnej, mojej kochanej, mojej jedynej... — I całował ją po twarzy, po włosach, wypijał łzy z oczów, gładził jej rozwichrzone włosy; nie broniła się, poddawała się z biernością i cisnęła się do niego, jak dziecko pokrzywdzone.
— A co później? — zapytała znowu cichszym jeszcze głosem, odsuwając się nieco.
— Później! Będziesz moją żoną, ojciec da mi w dzierżawę jeden folwark, jak to już obiecał, i będziemy gospodarowali, a przedewszystkiem będziemy się kochali. — Gadał rozpłomieniony i porwany blizkością urzeczywistnienia się marzeń, nie zwracał uwagi na dziwny jej stan, przypisywał go chorobie lub znużeniu.
— A może w piątek niewygodnie, chcesz, to się jeszcze zatrzymamy z dzień? No kiedy? powiedz najdroższa, kiedy?
— Nigdy! — odpowiedziała bezdźwięcznie, ale z wielką stanowczością.
— Co? co? — Nie wierzył uszom.
— Nie pojadę z panem w piątek... nie pojadę nigdy... nigdy... — powtórzyła mocniej i powstała, ręce jej opadły bezwładnie, trupio, twarz posiniała nagle i ścięła się, jakby zmrożona determinacyą i boleścią, a oczy patrzyły ostro, bardzo ostro, jak u ludzi, którzy śmierć spostrzegli przed sobą.
— Nie pojedziesz ze mną! Co to znaczy, co ty mówisz? Nic nie rozumiem, jak Boga kocham, nie rozumiem... Musiałem się przesłyszeć... Nie pojedziesz? — zapytał takim tonem, jakby się ona przekomarzała, i uśmiechnął się pobłażliwie i wyczekująco, że na zaprzeczenie rzuci mu się w ramiona.
— Lili, nie można tak żartować, dziecko, nie można! — Chciał ją wziąć za rękę, odsunęła się i takim samym, automatycznie akcentowanym głosem, powiedziała:
— Nie pojadę z panem, nie mogę być pańską żoną... nie mogę...
Zrozumiał teraz odrazu, że to prawda, że to nie przesłyszenie, ani żarty. Upadł ciężko na kanapę i długo siedział bez myśli i bez ruchu, wpatrzony w jej twarz martwą, cały huragan bólu przeorywał mu serce; wszystkie przyczajone pod świadomością żale, wszystkie podejrzenia i miłość wszystka, i zdruzgotane marzenia, i ta nieopowiedziana żrąca rozpacz głodnej, zawiedzionej miłości, i gniew, i strach, i nienawiść — wszystko to skłębiło się w nim w wir i rozrywało mu duszę szalonym, potwornym bólem.
Lili stała wciąż bez ruchu, jakby skamieniała, a łzy już niepowstrzymywane sypały się jak grad kryształów na spazmatycznie podnoszące się piersi.
— Dlaczego? — zapytał wreszcie Leon, powstając.
— Nie mogę... Mój Boże, mój Boże! — szeptała poczerniałemi od gorączki ustami.
— Nie kochasz mnie i nie kochałaś nigdy — zawołał namiętnie.
Nie odpowiedziała.
— Więc to wszystko było kłamstwo, komedya, flirt!
Nie odpowiedziała, tylko ręce jej bezwiednie zaczynały szukać oparcia.
— To była farsa — ta wielka miłość; farsa — twoja szczerość, farsa — twoja dobroć, farsa — twoje przyrzeczenie. Potrzebowałaś mnie za parawan! Więc to wszystko, wszystko prawda! — krzyczał.
Nie odpowiedziała.
Z największą wzgardą, pełną rozpaczy, spojrzał na nią i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami; postąpiła za nim kilka kroków automatycznie, chciała krzyczeć, chciała biedz za nim, zatrzymać — nie mogła, brakło jej sił, głosu, woli i przytomności...
Wcisnęła się w róg kanapki i tak przesiedziała do wieczora, głucha na wszystko co się wokoło niej działo, znieczulona nadmiarem cierpienia. A potem, gdy pierwsze wrażenie przeszło, zaczęła płakać; wypłakiwała całą boleść swoją, całą boleść poświęcenia, jakie spełniła do dna.
Kochała go, jak tylko można kochać, kochała go mózgiem, krwią młodą, marzeniami, dumą kobiety, miłością dziecka, przywiązaniem niewolnicy, fantazyą aktorki, sercem biednej, bezdomnej dziewczyny, dla której on był bóstwem: tak kochała i wyrzekła się go na zawsze. Myślała, że to poświęcenie nie będzie tak straszne; ale teraz, w samotności, gdy pomyślała, że on już nigdy nie przyjdzie, że już nigdy go nie zobaczy, że już nigdy nie będzie go słyszeć, nigdy czuć przy sobie, nigdy... nigdy! nigdy! szalała z rozpaczy, wiła się z męki i przyduszonym przez nieopowiedziany strach głosem wołała:
— Lwie mój, o mój dobry! mój jedyny, mój szlachetny, o życie moje! Zabij mnie, a nie pozostawiaj samą! Zabij, a weź mnie ze sobą!...
Ale nikt się nie zjawiał, a jej żal i rozpacz rozrastały się jeszcze, więc żeby zapanować nad sobą, żeby się zagłuszyć, powtarzała ciągle:
— Musiałam, musiałam... musiałam... — I po tysiąc razy przypominała sobie, że przecież ona nie mogłaby, nie powinna zostać jego żoną, jej nie wolno zostać jego żoną. Byłaby z największem szczęściem została jego kochanką, gdyby zechciał tego tutaj, w teatrze — ale jego żoną tam, na wsi, nigdy w życiu...
Wkrótce przyszła matka i zaczęła ją uspakajać i pocieszać i przytulać do siebie; ale odepchnęła ją szorstko i wołała z żalem:
— To mama chciała, to przez mamę jestem tak nieszczęśliwą, przez mamę...
— Jakieś ty niesprawiedliwe dziecko, jak ty mnie ranisz głęboko... Więc ja, twoja matka, umyślnie chcę cię unieszczęśliwić, co? Łzy zadrgały w jej głosie.
Nie odezwała się, ukryła twarz w dłonie i płakała spazmatycznie, a matka stanęła przy oknie i zapatrzona w zamglony śnieżną kurzawą świat — mówiła urywanym, pełnym boleści głosem:
— Mówiłam ci wczoraj i tłómaczyłam, dlaczego nie możesz i nie powinnaś wyjść za mąż za Zakrzewskiego, to samo powiem ci i teraz. Nie chcę cię widzieć nieszczęśliwą, dosyć już sama wycierpiałam, wystarczyć to powinno za ciebie.
— Leon mnie kocha i właśnie bez niego jestem nieszczęśliwą.
— Tak, wiem o tem; ale to się skończy prędko, a tamto trwałoby całe życie.
— O, nie skończy się, nie skończy... nie skończy — wołała przez łzy.
— On cię kocha, bo ma dwadzieścia lat; ale jak rodzina jego nie zgodzi się na to małżeństwo, jak się go wyrzekną i pozostawią bez grosza — to za rok będzie żałował, a za dwa będzie przeklinał własną głupotę i ciebie znienawidzi. Znam takie małżeństwa, za dobrze znam. — Zamilkła, ocierając łzy, wywołane jakiemś gorzkiem przypomnieniem.
— Dziecko moje, Lili, nie gniewaj się na mnie — szeptała, obejmując ją mocnem, macierzyńskiem ramieniem — wykarmiłam cię łzami i krwią, oddałabym życie za ciebie, więc nie mogę nawet myśli znieść, że mogłabyś być nieszczęśliwą. Wierz przecież matce, widzisz... ja tyle wycierpiałam... tyle nędzy przeszłam... tyle goryczy wypiłam... że całą duszą, całą mocą będę cię bronić przed tem samem i choćbym życiem zapłaciła, nie dam cię nieszczęściu, nie dam, córko moja, duszo moja, — zaczęła trząść się w płaczu.
— O, moja mamo! moja mamo! — wołała Lili, widząc jej łzy i oplotła ją ramionami, całowała po rękach, objęła za szyję i przytuliła rozgorączkowaną, zapłakaną twarz do jej chłodnej twarzy, po której sznur łez cichych ciągnął się nieprzerwanie.
Mrok je otulał coraz gęstszy swoim smutnym, szarym całunem, jaki rozwiewał nad wszystkiem co razem z dniem umarło, a one wciąż płakały, jednocząc łzami dusze we wspólnem morzu bólu.
Noc już zaglądała przez szyby drgającemi oczami gwiazd, gdy matka znowu zaczęła mówić. Prosiła, przedstawiała, przekonywała o niemożliwości tego małżeństwa, błagała ją nawet. Mówiła smutne rzeczy i stawiała jeszcze smutniejsze pewniki, bo patrzyła na świat i ludzi wszystko odgadującem okiem doświadczenia.
Lili już nie protestowała, tylko od czasu do czasu rzucała się jej na szyję i wybuchała strasznie żałosną skargą:
— O, moja mamo! jaka ja jestem nieszczęśliwa!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.