Eugeniusz Oniegin (Puszkin, 1902)/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Puszkin
Tytuł Eugeniusz Oniegin
Podtytuł Romans wierszem
Wydawca Księgarnia G. Gebethnera i Spółki
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyca i Spółki
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leopold Blumental
Tytuł orygin. Евгений Онегин
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


EUGENIUSZ ONIEGIN
Pétri de vanité il avait encore plus de cette espèce d’orgueil, qui fait avouer avec la même indifférence les bonnes comme les mauvaises actions, suite d’un sentiment de supériorité, peut-être imaginaire.
Tiré d’une lettre particulière.


ROZDZIAŁ I.

»I żyć się kwapi i czuć się spieszy«
Ks. Waziemskij.
I.

»Stryjaszek mój, poczciwiec sobie,
Gdy nie na żarty opadł z sił,
Szanować kazał się w chorobie;
To wcale niezły pomysł był!
Niejeden w ślady te się uda...
Lecz, Boże drogi, jakaż nuda
Przy chorym siedzieć noc i dzień,
Nie odstępować go, jak cień!
Jakież nikczemne to kuglarstwo
Półtrupa bawić garścią słów,
Poprawiać mu poduszki znów,
Smutnie podawać mu lekarstwo,
Wzdychać i myśleć w duchu wraz:
Kiedyż cię dyabli wezmą raz!«

II.

Mknąc śród zielonych niw kobierca,
Hulaka młody dumał tak,
Krewniaków wszystkich spadkobierca,
W czem widać woli Zeusa znak.
W kim miłość dla mnie żyje szczera,
Mego romansu bohatera
Temu bez wstępów, przedmów, fraz,
Przedstawić jestem gotów wraz:
Oniegin, mój przyjaciel dawny,
Na brzegach Newy ujrzał świat,
Gdzie może snujesz pasmo lat
Mój czytelniku, w świecie sławny!
Jam też tam lubił bawić wprzód,
Lecz szkodzi mi północny chłód.[1]

III

Służąc chwalebnie i wytrwale,
Długami ojciec jego żył;
Co roku dawać zwykł trzy bale,
Aż go fortuna pchnęła w tył.
O Eugeniusza dbały losy:
Madame trefiła dziecka włosy,
Później Monsieur, z chłopięcia rad,
Był stróżem jego młodych lat.
Monsieur l’Abbe chłopczyka uczył,
Trud obracając w miły żart,

Nie dał mu czerpać z suchych kart
I morałami nie dokuczył...
Na figle — lekkie groźby miał
I do ogrodu z sobą brał.


IV.

A gdy w młodzieńczej burzy porę
Uciekły sny naiwne wstecz,
W czasie, gdy serce mocniej gore, —
Monsieur wygnano z domu precz.
Oniegin pojął dar swobody,
Zaraz się ostrzygł według mody,
Jak dandy błysnął krojem szat
I po raz pierwszy wstąpił w świat.
Językiem Gallów mówił zręcznie
I łatwo listy pisał... Ba!
W mazurze robił lekkie pasy
Umiał się kłaniać nader wdzięcznie.
Czyż więcej trzeba?... Orzekł świat:
»Jest miły, mądry«, — i był rad.


V.

My wszyscy uczym się potroszę.
I to i owo pomnim z klas,
Więc wykształceniem — bardzo proszę! —
Potrafi błysnąć każdy z nas.
Oniegin — pedant (tak surowy
Rzekł areopag salonowy).

Prym uczonością swoją brał...
Jednak szczęśliwy talent miał:
Umiał w dyspucie, pijąc wino,
Trącić splątanych kwestyi sznur,
A gdy poważny zawrzał spór,
Milczeć z uczoną znawcy miną,
Lub dam przychylny zyskać sąd
Przez niespodzianych żartów prąd.


VI.

Klasycyzm zwietrzał dziś bezsprzecznie,
Więc zadowolnić może wieść,
Że znał łacinę dostatecznie,
By epigrafów badać treść,
Wspomnieć Tacyty, Juwenale,
Na końcu listu dodać: Vale,
Pamiętał — (lecz cóż wiecznie trwa?)
Z Enejdy... błędnie wiersz lub dwa!
Dziwacznej nie czuł on ochoty
Z dziejowych ksiąg, z papieru brył,
Chronologiczny strząsać pył,
Lecz dni zamierzchłych anegdoty
Od Romulusa po dziś dzień
Znał — i odtwarzał w kilka mgnień!


VII.

Śmiejąc się z wieszczów, co ofiarą
Rymów czczą Muzę w noc — bez lamp —

Nie mógł odróżnić żadną miarą,
Co to jest trochej, a co jamb,
Ganił Homera, Teokryta,
Lecz czytać zwykł Adama Smitha,
O ekonomii powziął sąd;
Więc rozumować umiał stąd,
Jak się wzbogacać państwo zdolne,
Jak ubożeje, albo jak
Szkód mu nie zrządzi złota brak,
Jeżeli ma produkty rolne,
Ojciec go pojąć nie mógł i...
Oddawał w zastaw wieś po wsi.


VIII.

Wszystko, co umiał mój Eugeniusz
Opisać — byłby zbytni trud;
Lecz w czem okazał istny geniusz,
Co z wszystkich nauk poznał wprzód,
Co z młodu badał, co mu było
Rozkoszą, pracą, męką miłą,
Co zapełniało, niby w śnie,
Leniwo-tęskne jego dnie —
Ach, to nauka słodkich szałów,
Którą mistrz Nazon w pieśni wplótł,
Za co promienny życia wschód,
Opłacił kresem śród opałów,
Witając w stepach smutny skon,
Zdala od miłych włoskich stron.[2]

IX.

............

X.

Jak wcześnie umiał serca łudzić,
Zazdrościć, ogień w duszę tchnąć,
Zabijać wiarę, albo budzić,
Zdawać się chmurnym, z żalu schnąć,
Udać pokorę, lub namiętność,
Uwagę, dumę, obojętność...
Czasem wymowy lawą wrzał.
Czasem milcząco smutny stał...
W serdecznych listach był niedbały:
O jednem marząc, myśląc, śniąc,
Umiał się wyzbyć innych żądz...
Wzrok, to wstydliwy, to zuchwały,
Umiał wybuchnąć szału skrą,
Albo posłuszną błysnąć łzą!...


XI.

Gra uczuć zmienna czarowała;
Damy porywał ducha hart,
Gotowa rozpacz przerażała,
Dziewice bawił śmiały żart;
On serc zgadywał żywsze prądy
I młodocianych lat przesądy
Subtelnie niszczył; jak przez czar,
Wydzierał pierwszych wyznań dar;

I mimowolne rąk pieszczoty
Zdobywać umiał; mocą swą
Do rendez-vous mógł skusić ,
W sadzie, gdy miesiąc świeci złoty, —
A kiedy przyszła, z szczęścia drżąc —
Morały prawił jej, jak ksiądz.

XII.

Kokietki umiał on wytrawne
Zwodzić przez pochlebstw swoich szych,
Znajdował zawsze środki wprawne,
By konkurentów zgnębić swych.
Jakież im sieci stawiał skrycie!
Jak o nich mówił jadowicie!
A jednak mężów szczęsny ród
Śpiewał mu chwałę jakby z nut.
Ręce mu ściskał mąż sceptyczny,
Faublasa nieodrodny brat,
Starzec, co wszystkie zęby zjadł,
I rogonośca pompatyczny,
Który nie dojrzy żadnych plam
W żonie, w obiedzie, w sobie sam!


XIII, XIV.

............

XV.

Jeszcze jest w łóżku... List po liście
Niesie mu lokaj... Pismo pań...

Co? zaproszenie? Oczywiście...
W trzech domach wieczór... Liczą nań...
Tam raut, tam bal, tam uczta dzieci...
Kędyż swawolnik mój poleci?
Pocóż wybierać?... Czasu dość...
Wszędzie się zjawi miły gość...
Tymczasem ranny strój dać każe;
Kładzie szeroki Boliwar,[3]
Amerykańskiej mody dar,
I chodzi długo po bulwarze,
Póki mu breget z piątą wraz
Nie dzwoni na obiadu czas.


XVI.

Do sani siada. Zmierzch już dobry...
»Jazda!« — zakrzyknie. Konie mkną...
Jego kołnierza świetne bobry
Mroźnego pyłu srebrem lśnią.
Do Talon droga niedaleka,[4]
A tam Kaweryn już nań czeka.
Wszedł — wnet się rozległ korków huk,
Prysną szampańskich krople strug...
Już stoi przed nim roast-beef krwawy
I trufle — zbytek młodych lat,
Francuskiej kuchni cenny kwiat;
Strasburski pasztet wiecznej sławy,
Ananas złoty pośród grusz
I ser limburski pachnie tuż...


XVII.

Jeszcze przy winie rad gawędzić,
(Kotlet był nader tłusty snać);
Lecz do teatru musi pędzić,
Gdzie nowy balet mają dać.
Surowy sceny prawodawca,
Aktorek krasy wielki znawca,
Niestały druh baletu div,
Zakulisowych badacz niw,
Oniegin znalazł się w teatrze,
Gdzie byle krytyk — chytry lis —
Za entrechat wyć gotów: »bis!«
A sykać »Fedrze«, »Kleopatrze«,
Moinę wołać, sprawiać szum,
Aby go tylko słyszał tłum.


XVIII.

Czarowny kraj! Tam niegdyś wolny
Fon-Wizin wzniósł satyry miecz;
Tam Kniaźnin, naśladowca zdolny,
Niejedną cenną dał nam rzecz;
Ozierow tam zachwytów słowo
Z młodziutką dzielił Siemionową,
Od tłumów zbierał brawa, łzy;
Katienin tam, w północne mgły,
Z Zachodu przyniósł blask Kornela;
Szachowski wniósł tam dowcip swój

I swych komedyj gwarny rój;
Tam Didlot myśl swą w tańce wciela;[5]
Tam, tam, kulisów chłodził cień
Młodości mej gorący dzień.


XIX.

Boginie moje! Czy słyszycie
Ten tęskny liry mojej dźwięk?
Czy ruch gwiazd nowych po orbicie
Zastąpić zdoła dawnych wdzięk?
Jam zawsze patrzeć na was skory,
Lecz czy rosyjskiej Terpsychory
Zobaczę pełny ducha lot?
Lub zrozpaczonych oczu grot
Zmierzy ku obcej, nudnej scenie,
Przez szkło lornety przejdzie wzdłuż
Tych obojętnych rzędów lóż...
I pierś podniesie mi westchnienie?...
Ziewając wśród wesołych scen,
Będę wspominał pierzchły sen!


XX.

Już teatr pełny; błyszczą loże,
Wre parter; hałas z górnych sfer:
Paradyz czekać już nie może...
Wreszcie kurtyny słychać szmer.
Patrz, Istomina, jak królewna,
Albo bogini lśniąca, wiewna,

Na czele nimf, z szelestem szarf,
Posłuszna dźwiękom skrzypiec, arf,
Śród scenicznego dąży pola;
Stąpa... nie tyka ziemi krok...
Unosi nóżkę... jeden skok! —
Jak puch ulata z ust Eola...
Kibić się wije, niby wąż,
I nóżka nóżkę bije wciąż...


XXI.

Oklaski grzmią... Oniegin wchodzi,
Po nogach stąpa widzom... Siadł...
Po lożach krzywem okiem wodzi,
Obcym mu zdał się damski świat...
Obejrzał wszystkich piętr krawędzie,
W szatach i twarzach znalazł wszędzie
Błąd jakiś, lub fałszywy ton;
Mężczyznom oddał z wszystkich stron
Ukłony; potem ledwie raczył
Na scenę spojrzeć; już ma dość;
Ziewając, myśli: » Bierze złość,
Ze tego nikt nie przeinaczył...
Balet już na mnie nudą tchnie,
Ba, i Didlot już znudził mnie«...


XXII.

Chóry aniołów, czartów, cieni,
Jeszcze na scenie w pląsach mkną;

Jeszcze lokaje umęczeni
Przy futrach u podjazdów śpią;
Jeszcze w teatrze wrzask nie ścicha,
Tłum klaszcze, syka, kaszle, kicha;
Jeszcze i w gmachu i u drzwi
Szereg latarni jasno lśni;
Znudzone i zziębnięte konie
Przy dyszlach niecierpliwie drżą;
Stangreci panów swoich klną,
Bijąc w skostniałe swoje dłonie;
A już Oniegin jest u wrót...
Przebrać się każe kaprys mód.


XXIII.

Trudno wam obraz dać dokładny,
Tej dziwnej szatni oddać świat,
Gdzie wychowanek mód przykładny
Zajął się zmianą swoich szat.
Wszystko, czem Londyn pedantyczny
Spieszy nakarmić kaprys liczny,
I przez bałtyckiej fali grzbiet
Za las i sadło zwozi wnet;
Wszystko, co smak Paryża głodny,
(Praktyczne zyski ciągnąc stąd),
Znalazł, by zabaw wzmagać prąd,
By zadawalniać zbytek modny, —
Wszystko to, mody ceniąc szał,
Ów młody mędrzec tutaj miał...


XXIV.

Bursztyn na fajkach Carogrodu;
Tu porcelana, ówdzie bronz,
W krysztale rżniętym z róż ogrodu
Wonnych ekstraktów fiolet, pąs...
Grzebyczki i pilniki różne,
Nożyczki krzywe i podłużne;
I dla paznokci i dla ust
Kilka dziesiątków szczotek... Gust
Kazał tak... Tu zauważę:
Drwi Rousseau, że poważny Grimm,
Kiedy rozmawiał ongi z nim,
Paznokcie czyścił w dysput żarze!
Obrońca praw — zapewniam was —
Nie miał słuszności na ten raz.


XXV.

Boć można dzielnym być człowiekiem
I o paznokci piękność dbać:
Po co wojować próżno z wiekiem?
Obyczaj jest tyranem snać.
Eugeniusz mój, Kaweryn wtóry,
W stroju pedantem był z natury,
Przytyków świata nie mógł znieść —
Wolał, że »frantem« zwie go wieść.
Przez trzy godziny się przebiera,
Między lustrami spędza czas...

Lecz kiedy wyszedł, każdy wraz
Rzekłby: to wietrzna jest Wenera,
Kiedy włożywszy lekki strój,
W maskaradowy spieszy bój!


XXVI.

Tu, skoro Muza moja splata
Na cześć tualet — rymów rój,
Dla uczonego radbym świata
Opisać ściśle jego strój!
Ten temat byłby smacznym kąskiem,
(Opis jest moim obowiązkiem),
Lecz pantalony, albo frak,
Po rusku — takich słówek brak!
A i tak, nie śmiem się zapierać,
(Spostrzegam to od kilku chwil),
Że mój ubogi mógłby styl
Tych barbaryzmów mniej zawierać;
Toć jam, gdym ongi mores znał,
Akademicki słownik brał!


XXVII.

Zresztą i Muza stawia veto:
Daje mi nowy temat — bal...
Oniegin jedzie tam karetą,
Zdyszane konie pędzą w dal.
W ulicy sennej leżą śniegi...
Ściemniałych domów śpią szeregi...

Tam się wyciągnął karet rząd...
Z podwójnych latarń światła prąd
Na śnieg tęczowym blaskiem pada...
Oto wspaniały lśni się gmach...
Mnóstwo kagańców błyszczy w mgłach,
Na szybach cieniów drży gromada.
Profile główek snują tam:
Figury modnych panów, dam...


XXVIII.

Eugeniusz mknie przed gmach pochopnie...
Wysiadł... szwajcara minął już,
Na marmurowe wbiega stopnie,
Po włosach dłonią gładzi wzdłuż...
Wchodzi... Tłum w sali pląsa szybki...
Ledwie nadążyć mogą skrzypki...
Ognisty mazur długo trwa...
Gwar i ciasnota... Gości ćma...
Kawalerzysty ostróg brzęki
I trenów szelest... Nóżki pań...
Za niemi biegną, niby dań,
Spojrzenia pełne ognia, męki...
I głuszy skrzypiec ostry ton
Zazdrosne szepty młodych żon.


XXIX.

W wesołe dni mych młodych wierzeń,
Jakże mnie bawił każdy bal!

Wyborne miejsce to dla zwierzeń:
Tam wręczasz listy śród tych sal!
O wy, szanowni, cni mężowie,
Proszę przysłuchać się mej mowie:
Tutaj usłużność moją znać;
Ja wam przestrogę chciałbym dać!
I wy, o mamy, śpiące może, —
Śledźcie swych córek każdy krok,
Wspomóżcie binoklami wzrok, —
Ach, bo inaczej... O, broń Boże!...
Ja to dlatego piszę wam,
Że dawno już nie grzeszę sam!


XXX.

Ach, na zabawy, na widziadła,
Jam dużo życia stracił już, —
Gdyby moralność nie upadła,
Nie wyrzekłbym się świata burz!...
Lubię ja młodość, szał i tłumy,
Wymyślne stroje, blaski, szumy,
Damy w koronkach, w tiulu mgłach,
Lubię ich nóżki, — tylko, ach!
Czyliż się znajdą w Rosyi całej
Trzy pary zgrabnych damskich nóg?..
Długom pamiętać jeno mógł
Dwie nóżki!... Smutny i zbolały,
Ja wciąż je pomnę... nawet w śnie
One to dręczą serce me...


XXXI

Próżnom zapomnieć chciał je nieraz!
Szaleńca nie uleczył czas!
Ach, nóżki, nóżki, gdzie wy teraz,
Jaka dziś ziemia pieści was?
W rozkoszy wschodniej tonąc stale,
Nie zostawiły śladów wcale
Na smutnym śniegu naszych stref;
Dywan i wiatru wziął je wiew...
Ach, kiedym tylko spojrzał na nie,
Zapominałem wszystko wnet:
Pragnienie sławy, jarzmo bied,
I kraj rodzinny i wygnanie...
Lecz znikło szczęście młodych lat,
Jako wśród traw wasz lekki ślad.


XXXII.

Dyjany pierś, rumieniec Flory
Mogą miłosny budzić jęk...
Jednakże nóżka Terpsychory
Ma dla mnie stokroć większy wdzięk!
Ona to krew młodzieńczą burzy,
Ona nagrodę słodką wróży,
Ona to wzrok rozmarza twój,
Budząc swawolnych pragnień rój!
Lubię ja nóżki, o Elwinko!
Czy pod obrusem stołu drżą

Czy po wiosennej trawie mkną,
Czy spoczną w zimie na kominku;
W salach, gdzie tańców rządzi szał,
Nad morzem, na granicie skał...


XXXIII.

Pamiętam morze burzą wrzące,
Jak się przez zazdrość ból mój wzmógł,
Patrząc, jak fale biegły drżące
Spocząć z miłością u twych nóg...
Jakżem ja pragnął wraz z falami
Dotknąć się miłych nóg ustami!
Śród uciech młodych moich dni,
Gdy milion żądz szalało w krwi,
Nigdym nie pragnął z taką męką
Całować lica młodych dziew,
Gorących ust ich chwytać wiew,
Dotykać piersi drżącą ręką —
Nigdy namiętnej burzy znak
Nie targał duszy mojej tak!


XXXIV.

Myśl za wspomnieniem innem goni,
Czasem się snom porywać dam:
Szczęśliwe strzemię trzymam w dłoni
I zgrabną nóżkę w palcach mam!
Znów kipię w słodkich snów zamęcie,
Znów czarodziejskie to dotknięcie

Zapala w zwiędłem sercu krew,
Czuję miłości tęskny wiew...
Lecz nadto sławi dumne dziewy
Ma gadatliwa lira, drżąc;
One nie warte są tych żądz,
Nie zasługują na te śpiewy:
Oczy i słowa bogiń tych
Zdradliwe są, jak nóżki ich!...


XXXV.

Cóż mój Oniegin? Nawpół senny,
Z balu do łóżka spieszy już...
A bęben, czas zwiastując dzienny,
Ze snu Petersburg budzi tuż...
Wstał kupiec, ledwie zwłóczy troszka,
Na stacyą wlecze się dorożka,
Dzbanek — mleczarki zwalnia bieg,
Pod nią poranny skrzypi śnieg...
Słychać szmer ranka powitalny;
W nim roznosiciel trzyma prym...
Z kominów buchnął siny dym...
I piekarz, Niemiec punktualny,
W szlafmycy spieszył w ranny czas
Otworzyć w oknie »was ist das«.


XXXVI.

Lecz gwarem balu zamęczone,
Z dnia czyniąc noc, zamknąwszy drzwi,

Kotary cieniem otulone,
Zabawy dziecię słodko śpi.
Południe minie, nim się zbudzi...
I życia plan go nie utrudzi:
Barw niby wiele — jeden cień!
Jak wczoraj, dziś przeżyje dzień...
Lecz, śród powszednich zabaw niwy,
Wolny, w rozkwicie młodych sił,
Gdy z serc podboju sławnym był, —
Był-że Eugeniusz mój szczęśliwy?
Czyli ku ucztom wracał znów,
Choć lekkomyślny, zawsze zdrów?


XXXVII.

Nie! prędko dusza w nim ochłodła,
Znudził go świata pusty szum;
Kobiecy czar, Amorków godła
Przestały być przedmiotem dum;
Znużyły go i zdrady zgoła,
Nie rozjaśniała przyjaźń czoła,
Boć trudno było znaleźć moc,
Aby szampańskiem tak co noc
Zalewać pasztet, z równą siłą
Ciąć żartem, brać na słówek lep,
Kiedy go wściekle bolał łeb;
I chociaż wisus był, aż miło, —
Dojadł mu wreszcie szabel blask
I w pojedynkach kurków trzask.

XXXVIII.

Niemoc (właściwa mgłom Londynu),
Której przyczyny tajne są,
Która podobną jest do spleenu,
A którą u nas »chandrą« zwą,
Powoli tknęła jego duszę;
Wprawdzie na szczęście, przyznać muszę,
Nie czynił samobójczych prób,
Lecz — jakby z życiem zerwał ślub:
Niby Childe-Harold, chmurny, smętny,
W bawialniach wciąż w zadumie trwa;
I ani plotki, ani gra,
Westchnienie, uśmiech, wzrok ponętny —
Nie rozjaśniały jego lic;
Nie zauważał z tego nic.


XXXIX, XL, XLI.

............

XLII.

Wielkoświatowe kapryśnice,
Najsamprzód was porzucił on!
Przyznajmy, dawszy głos krytyce,
Że dość jest nudny wyższy ton.
I choć nie jedna dzisiaj dama
Wykłada Saya i Benthama, —

Lecz tych niewinnych rozmów bieg
Tworzy banialuk przykry stek.
Nadomiar tak bezgrzeszne, dumne,
Tak wzniosłe, tak ostrożne są,
I pobożnością taką tchną,
Tak akuratne, tak rozumne,
Tak mrożą cnotą swoich min,
Że sam ich widok rodzi spleen!


XLIII.

I was, młodziutkie swawolnice
Was, które niesie wichrem koń
Na lekkich fiakrach przez ulice,
Gdy noc rozpostrze ciemną dłoń, —
I was porzucił mój Eugeniusz,
Gdy go odstąpił zabaw geniusz.
Już się zamykać w domu jął,
Ziewając, w rękę pióro wziął.
Chciał pisać coś, — lecz pracy twardej,
Co zmusza siedzieć, nie mógł znieść...
Nie chciało nic z pod pióra leźć...
A przeto nie wszedł w cech ten hardy,
O którym sądzić, Boże broń!
Ponieważ sam należę doń...

XLIV.

Dni bezczynności bolą, nudzą,
Dręczy się wnętrzną pustką duch;

Wtem znalazł cel: chce myślą cudzą
Pobudzić własnej myśli ruch.
Na półkach księgi stawia rzędem,
Czyta, pochłania — gnan obłędem!
Tu znalazł podłość, głupstwo tam,
Ówdzie bredzenie, nudę, kłam...
Wszędy w kajdanach myśl, niestety!
Postarzał starych książek świat,
W nowych — starzyzny cuchnie ślad...
Więc rzucił książki, jak kobiety,
I półkę, rzędy książek, pył,
Czarną firanką wreszcie skrył.


XLV.

Zbrzydziwszy »świat« na zawsze, zda się,
I konwenansów długi spis,
Jam się przyjaźnił z nim w tym czasie;
W nim olśnił mnie niejeden rys:
Jakaś głąb marzeń nieprzejrzana,
Oryginalność nieudana,
Myśl zimna, ostra, jako stal...
W nim była chmurność, we mnie — żal;
Przeszliśmy obaj zmysłów szały,
Dla obu spłowiał życia czar,
W sercach obudwu przygasł żar,
Obu złośliwe szpony rwały
Ślepej fortuny w młodych dniach,
A z nimi — ludzkie szpony, ach!...

XLVI.

Kto żył i myślał, ten nie może
Nie gardzić ludźmi; ten, co czuł,
Wie, jak w zmienionej życia porze,
Żal niepowrotnych snów go skuł...
Nie wrócą dawne upojenia,
Serce zadławi wąż wspomnienia,
W duszy żałosny płacze dźwięk...
Wszystko to często nada wdzięk
Rozmowie... Zresztą mnie z początku
Raził Oniegin ostrzem słów...
Później przywykłem... Nęcił ów
Spór, trującego pełny wrzątku,
Jego żółciowych żartów moc
I szydzącego śmiechu noc.

XLVII.

Bywało czasem w noce letnie,
Gdy przeźroczyste niebo lśni,
Gdy szyba Newy błyszczy świetnie,
Gdy wkoło całe miasto śpi,
W uroki wspomnień pogrążeni,
Dawną miłością zachwyceni,
Pogodę w sercach czujem znów,
Siedzimy całą noc bez słów,
Wiosennym pojąc się oddechem...
Jak senny więzień w nocny czas,

Przeniesion z turmy w wonny las,
Budząc się, wita liść uśmiechem —
Takeśmy biegli w marzeń świat,
W zaranie naszych młodych lat.


XLVIII.

Owiany tęsknych dum urokiem,
O granitowy rzeki wał
Oparty, w cichem i głębokiem
Swem zamyśleniu druh mój stał.
Cisza, na krótki mig rozdarta,
Kiedy na zmianę zdąża warta,
Lub dojdzie głuchy fiakra huk,
Lub zapóźnionej stopy stuk...
A czasem tam z drzemiącej rzeki
Naraz doleciał wiosła szmer,
Plusnęła woda, skrzypnął ster
I piosnki nadbiegł głos daleki;
Drżała mi tęsknie serca cieśń,
Marząc Torkwata słodszą pieśń!


XLIX.

Adryjatyku boskie fale!
Brenta! Was ujrzeć da-ż mi los?
Wówczas natchnieniem się zapalę,
Wasz czarujący słysząc głos!
Tęsknoty ku wam nie zagaszę...
Byrona lira echa wasze

Przyniosła mi w ojczysty próg:
Więc kocha was Apolla wnuk!
Czyliż mi kiedyś los pozwoli
Wolność pod niebem włoskiem czuć,
Marzenia z Wenecyanką snuć,
Z nią w tajemniczej mknąć gondoli?!
Poznają usta w kilka chwil
Petrarki i miłości styl.


L.

Więc mi wolności bij godzino![6]
Już czas!... Nad morzem błądzę wciąż...
Czyż wszystkie żagle mnie ominą?!...
Hej, ty okręcie, po mnie dąż!
Z burzami walcząc, z fal potokiem,
Po tem bezdrożu wód szerokiem
Kiedyż rozpocznę wolny bieg?
Czas już porzucić nudny brzeg
Tej nieprzyjaznej dla mnie mocy
I pod palącym nieba tchem,
Pod afrykańskiem niebem mem,
O tej posępnej śnić Północy,
Gdziem kochał, wziął z cierpieniem ślub,
Gdziem swemu sercu wyrył grób!...


LI.

Oniegin rad był ze mną jechać,
Wołał go w podróż serca głos,

Lecz musiał planów tych zaniechać;
Na długo nas rozłączył los.
Ojciec mu umarł w owym czasie,
Ku spadkobierczej zbiegł się kasie
Wnet wierzycieli chciwy tłum...
Ogłuszył go pretensyj szum.
Eugeniusz nie mógł znieść procesów,
Ojcowski spadek oddał im,
Rad, że zawarli pokój z nim...
Może poprawę interesów
Przeczuł przez zmysł wewnętrzny swój;
Odgadł, że gaśnie stary wuj.


LII.

Wkrótce mu rządca przy raporcie
Doniósł, że wuj opuszcza świat
I że, w Letejskim stojąc porcie,
Pożegnać się z siostrzanem rad.
Eugeniusz smutną wieść wyczytał
Z wieczora i, gdy dzień zaświtał,
Już pędził od pocztowych wrót...
Jechał i ziewał, myśląc wprzód,
Że trzeba będzie chmurzyć czoło,
Wzdychać i rolę nudną grać,
Ażeby za to spadek brać!
Lecz nim w krewniaka wjechał sioło —
(Tem otworzyłem romans swój)
Na katafalku leżał wuj.


LIII.

W sieni moc służby, domownicy;
Goście wkraczali w domu próg,
Pogrzebów wielcy miłośnicy,
Sąsiadów tłum — i druh i wróg...
Popi i goście jedli, pili,
Potem do bryczek zawrócili,
Rozjechał się poważnie tłum;
I zamarł w domu zgiełk i szum...
Oniegin w wiejskim tym zakątku
Jest gospodarzem gruntów, wód,
Cegielni, lasów, on, co wprzód
Grosz trwonił, wrogiem był porządku!
Rad, że ma w życiu nowy wzór,
Że zmienił na coś stary tór.


LIV.

Przez dwa dni zdały mu się nowe
Strumienia szmery, wonność pól,
Wietrzyki, mknące przez dąbrowę,
I gwarem pszczół brzęczący ul.
Trzeciego dnia — las, śpiew ptaszęcy
Nie zajmowały go już więcej;
Sen nań napędzał polny kret,
Nużyło wzgórze: ujrzał wnet,
Ze nuda na wsi gospodarzy,
Jak w mieście, chociaż niema tam

Balów i wierszy, kart i dam;
»Chandra« czyhała nań na straży
I biegła za nim w noc i w dzień,
Jak wierna żona, albo cień.


LV.

Lecz ja o wiosce myślę wdzięczniej,
Mnie był przeznaczon żywot ten;
Toć w ciszy lira śpiewa dźwięczniej
I barwniej błyszczy twórczy sen.
Szczęśliw niewinną wczasu porą
Nad puste chodziłbym jezioro;
Far-niente — to mych marzeń szczyt!
I dziś mnie budzi każdy świt
Tylko na słodkie próżnowanie:
Niewiele czytam, wiele śpię,
Za sławą nie uganiam się,
Wspominam młodych dni zaranie,
Gdy na wsi dąb mnie cieniem krył...
Wtedym jedynie szczęśliw był!


LVI.

Wsi, ciebie kocham sercem szczerem,
Ja kocham każdy polny kwiat!
Różnicę w sobie z bohaterem
Jam zawsze tu podkreślić rad, —
Aby potwarczy jakiś krytyk,
Albo czytelnik, który przytyk

Rad będzie zrobić, — chytry lis, —
Sprawdzając tutaj każdy rys,
Nie drwił, rzucając w obieg zdanie,
Żem tu nabazgrał portret swój,
Jak Byron, wiodąc z światem bój...
Jakgdybyśmy nie byli w stanie
Znaleźć dla pieśni inną treść,
Tylko o sobie duby pleść!


LVII.

Lecz a propos: toć wszyscy wieszcze
Oddają snom miłosnym hołd...
Te sny niedawno snułem jeszcze,
Płacąc im w rymach znaczny żołd.
Muza, gdy drżały one we mnie,
Umiała zdobić je tajemnie
I opiewała »dziewę gór«,
Ideał piękna, cnoty wzór,
I niewolnice ze Salgiry.
Dziś, przyjaciele, po tym śnie!
Słyszę, jak chcecie pytać mnie:
»Po kim wzdychają struny liry?
»Czyją dziś nosisz z damskich szarf?
»Komuś poświęcił dźwięki harf?


LVIII.

»I dziś na jakiej cześć dziewoi
»Z kadzideł twoich wzlata dym?

»Kogoś ubóstwił w odzie swojej?
»Którąś uwiecznił przez swój rym?!«
— Nikogo, bracia, ach, na Boga!
Ucichł miłości szał i trwoga...
Kto burzy uczuć spłacił dług, —
Szczęśliw, gdy z nią połączyć mógł
Gorączkę rymów: On podwoił
Szaleństw poezyi święty żar
I Petrarkowy wznowił czar
I sławą — serca ból ukoił!...
Ja, gdy mnie uczuć porwał wir,
Zgłupiałem i nie tknąłem lir...


LIX.

Gdy miłość znikła, Muza — blizka,
Rozwiewa się mej myśli mrok,
Natchnienia źródło w sercu tryska
Płynie czarownych dźwięków tok...
Piszę... przestaje tęsknić dusza...
Pióro rysować nie przymusza
Obok przerwanej pieśni słów
Kobiecych nóżek, albo głów...
Zagasły popiół nie rozpłonie;
Nie płaczę już, choć tęsknię rad...
Lecz wkrótce, wkrótce, burzy ślad
W głębinach duszy mej zatonie.
Poemat pisać znajdę chęć...
Pieśni najmniej dwadzieścia pięć!

LX.

Mam plan już nawet, formę wierszy,
Wiem, jak bohater ma się zwad...
Tymczasem dość, że rozdział pierwszy
Tego romansu kończę snać...
Przejrzałem wszystko to surowo,
Sprzeczności mnóstwo... Daję słowo!
Poprawiać nie chcę, choćbym mógł.
Cenzurze pragnę spłacić dług;
I dziennikarzom na rozdarcie
Pracownej myśli oddam nić:
Ku newskim brzegom zatem idź,
Dziecię mej duszy!... Spiesz na starcie
I sławy dań mi przynieś stąd:
Wymysły, hałas, krzywy sąd!




Przypisy

  1. Żartobliwa aluzya do przymusowego wyjazdu autora na południe. (p. t.).
  2. Owidjusz oznacza miejsce swojego pobytu w mieście Tomy przy ujściu Dunaju. (p. t.).
  3. Kapelusz a là Bolivar. (p. a.).
  4. Talon — znany ówczesny restaurator. (p. a.).
  5. Didlot — znany twórca baletów w epoce Puszkina. Reszta nazwisk w tej strofie należy do autorów dramatycznych, prócz Siemienowej — aktorki. (p. t.).
  6. Pieśń I. pisaną była w Besarabii. — Autor po kądzieli jest pochodzenia afrykańskiego. Jego pradziad, Abraham Piotrowicz Annibal w 8-mym roku życia schwytany został w niewolę na wybrzeżach Afryki, przywieziony do Konstantynopola, kupiony przez posła rosyjskiego i podarowany przez niego Piotrowi W., który ochrzcił go w Wilnie. Car Piotr posłał go na służbę do armii regenta. Po powrocie długo osypywany łaskami przez Piotra W., za panowania Anny na skutek intryg Birona, zesłany został na Sybir, skąd wrócił samowolnie. Za Katarzyny W. został generałem. (p. t.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Puszkin i tłumacza: Leopold Blumental.