Eugeniusz Oniegin (Puszkin, 1902)/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Puszkin
Tytuł Eugeniusz Oniegin
Podtytuł Romans wierszem
Wydawca Księgarnia G. Gebethnera i Spółki
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyca i Spółki
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leopold Blumental
Tytuł orygin. Евгений Онегин
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ II.

O rus! 
Hor.
O Ruś! 
I.

Był to czarowny kącik ziemi —
Ta Eugeniusza mego wieś...
Kto sny się poisz niewinnemi,
W ustronie takie serce nieś!
Dwór od chat gwarnych oddalony,
Górą od wiatrów zasłoniony,
Nad rzeką stał; daleko wkrąg
Ciągnęły się dywany łąk,
Złociły w słońcu pola pszenne,
Migały wsie, błękitniał staw,
Stada błądziły pośród traw,
I rzucał gęsto cienie senne
Ogromny, zapuszczony sad,
Najmilszy smętnych Dryjad świat.

II.

Szanowny zamek był stawiany
Świetnie; dziś takich domów brak...
Komnaty ciche, mocne ściany,
Jak kazał mądry stary smak.
Salon z materyi miał obicie,
Sufit wysoki należycie.
Carskich portretów wisiał rząd,
Piec z barwnych kafli zdobił kąt.
Wszystko to dawno wyszło z mody.
Czemu? — doprawdy nie wiem sam...
Zresztą, gdy prawdę mówić mam,
Oniegin w tem nie widział szkody:
Jednako ziewał, patrząc w dal,
Śród starych i śród modnych sal.


III.

Penaty swe w tej izbie mieści,
Gdzie stary dziwak skromnie żył,
Z klucznicą darł się lat czterdzieści,
I placką zręcznie muchy bił.
Wszędzie tu stara prosta moda:
Mięka kanapa, stół, komoda...
Ni śladu z atramentu plam...
Oniegin w szafę zajrzał, tam
Znalazł wydatków rejestr... Za to,
W kredensie, dzierżąc stałą straż,


Stał z nalewkami szereg flasz;
Przy nich kalendarz z dawną datą...
Starzec miał dużo spraw; do rąk
Nie brał więc nigdy innych ksiąg.


IV.

Śród wielkich swoich dóbr samotny,
By w jakiś sposób spędzić czas,
Myślał mój druh — (miał umysł lotny)
Nowy porządek wnieść tu wraz.
Nasz mędrzec dobre miał natchnienia:
Na czynsz pańszczyznę starą zmienia,
Na lekki czynsz... Odetchnął rab,
Za pana modli się tłum bab.
Za to skrzywiono się w sąsiedztwie:
Bardziej praktycznych panów ród
Wróży z reformy mnóstwo szkód.
Szepnął o myśli któś kalectwie.
Wszyscy rozpaczny czynią gest:
»To dziwak niebezpieczny jest!«


V.

Wprzód każdy spieszył, jak pochlebca...
Na przyjaźń z nim liczono snadź! —
Lecz że dońskiego sobie źrebca
Przed tylną sień zalecał dać,
Kiedy na głównej drodze sioła
Zaturkotały tylko koła, —

Więc dąsów stąd się zrodził huk
I... zmilkł na drodze bryczek stuk!
»Nasz sąsiad nieuk z pyszną miną!
»Mason, — nie może być dwóch zdań!
»On nie całuje rączek pań!!
»Szklanką czerwone pija wino!!!
»Krótko tnie swoje: »nie!« lub »tak!«
Rzeczono w głos: »zwyczajów brak!«


VI.

Tak krążą plotki i pogłoski...
Aż znajdą nową rozmów oś...
Do swej rodzinnej wrócił wioski
W tym samym czasie jeszcze ktoś...
A zwał się on Włodzimierz Leński;
Był to duch iście Gettyngeński...
Młodzieniec piękny... Chociaż wieszcz,
Kant w nim podziwu budził dreszcz...
Przywiózł z Germanii mnóstwo znamion:
Marzenia mgliste — wiedzy plon,
Entuzyastyczny mowy ton,
Kędziory czarne aż do ramion,
Ognistą duszę mknącą hen! —
I o wolności luby sen...


VII.

Jeszcze nie zwiędnął... Nie zdołała
Wciągnąć rozpusty chłodnej toń

Tej duszy, którą mu rozgrzała
Pieszczota dziewic, druha dłoń...
Serce, niewiedzą miłą tchnące,
Snuło nadzieje czarujące...
Świata nieznany blask i szum
Ponętą były młodych dum...
Dusza ta była jeszcze gładką,
Cień zwątpień nie padł na jej biel;
Śniącemu słodko życia cel
Nęcącą zdawał się zagadką...
Nie łamał głowy nad nią, wprzód
Podejrzewając wzniosły cud!


VIII.

Wierzył, że duszę ma pokrewną,
Że tą tęsknocie płaci dań,
Że się połączy z nim napewno,
Że każdej chwili czeka nań...
Że za cześć jego — wierzył z góry —
Przyjaciel pójdzie na tortury,
I że dłoń druha ani drgnie,
Kiedy w potwarcze łono tnie;
Wierzył, że są wybrańcy losu,
Którzy prowadzą cały lud
Do ideału jasnych wrót,
Że nieśmiertelny dźwięk ich głosu
Powoła ludzkość aż na szczyt,
Że przyjdzie wieczny szczęścia świt!


IX.

Ta miłość, co przed dobrem klęka,
Nienawiść złego, święty gniew
I ona sławy słodka męka —
Wcześnie wzburzyły jego krew.
Niebo Goethego i Schillera
Jaśniało nad nim; atmosfera
Ich pieśni wlała w duszę szał...
Wówczas płomienną lirę brał,
Podniosłą Muzę przywoływał...
Szczęśliwych natchnień był w nim splot,
Nigdy nie spadał jego lot...
On w pieśniach dumnie zachowywał
Dziewiczych snów naiwny żar,
Powagę i prostoty czar...


X.

Miłość dobywał z duszy swojej,
A tak był czystym jego tren,
Jako niewinnej myśl dziewoi,
Jako dziecięcia słodki sen,
Jakoby Dyana w nieb pustyni —
Westchnień, tajemnic, snów bogini.
Nieokreślony śpiewał żal,
Nieznane »coś« i mglistą dal,
Opiewał róże romantyczne,
Rozłąki ból, daleki kraj,

Gdzie cicho w kwiatach stąpa Maj,
Gdzie płyną dziewic łzy mistyczne...
Śpiewał, że pobladł życia kwiat,
A nie miał... osiemnastu lat!


XI.

W pustyni, gdzie Eugeniusz jeden
Cenę talentu jego znał,
Sąsiedzkich uczt banalny Eden
Słaby dla niego urok miał...
Leński od gwarnej zbiegł zabawy...
Nie dziw! rozsądna treść rozprawy
O porze żniw, o węchu psim,
O wódce, nie budziła w nim
Zajęcia; w szczerej tej spowiedzi —
Przez dowcip, polot, albo smak,
Lub nieco żywszych uczuć znak,
Nie uderzyli go sąsiedzi;
A zaś ich miłych szczebiot żon
Niósł jeszcze słabszy myśli plon.


XII.

W pięknym młodzieńcu konkurenta
Czuł zabiegliwych matek chór...
Działa zasada na wsi święta:
Już wszystkie mamy dla swych cór
Śniły w nim zdobycz; próg przestąpi,
Już mu rozmowa nie poskąpi —

Niby to dalszą snując nić —
Żalów: »jak źle bez żony żyć!«
Na stole stanie wnet herbatka;
Na samowaru baczyć kran
Ma Dunia... »Duniu! pić chce pan«...
Tu jej gitarę poda matka
I już (o, Boże) słychać pisk:
»O przyjdź, gdzie złoty słonka błysk«...


XIII.

Jego — hymenu węzeł drażni,
Nie nęci jeszcze mirtu liść,
On marzy tylko o przyjaźni;
Do Oniegina woli iść...
Zeszli się... Dziwna!... Lód z płomieniem,
Proza z poezyą, wiatr z kamieniem —
Mniej różnic mają, niż ci dwaj...
Każdy, jak w obcy wchodząc kraj,
Niepewność odczuł w pierwszej chwili;
Potem nęciła różność ta,
Potem zjeżdżali się co dnia, —
Nierozłączeni wkrótce byli!
Niejeden z nas (ja pierwszy snadź)
Tak sobie serce gotów dać.


XIV.

Coraz jest rzadszą przyjaźń szczera!
Wszelkie przesądy zniszczył czas:

Dzisiaj we wszystkich widzim zera,
Chcąc, by jednostką zwano nas;
Każdy chce być Napoleonem
I jak narzędziem, tak milionem
Dwunogich stworzeń rządzić rad.
Śmieje się dzisiaj z uczuć świat!
Eugeniusz w nowych praw porządku
Znośniejszym był od wielu; znał
On ludzi, wzgardę dla nich miał,
Lecz (niema reguł bez wyjątku)
Umiał niektórym oddać cześć,
Szanował szczerą serca treść!


XV.

Z uśmiechem słuchał on poetę:
Ognisty młodych sądów skok,
Myśl, za doświadczeń mknąca metę,
I ten natchniony wiecznie wzrok —
Wszystko to było dlań tak nowem;
A więc mrożącem swojem słowem
Nie chciał tej młodej duszy truć...
Myślał: »toć głupio szczęście psuć,
I tak trwa ono krótką chwilę,
Życie otworzy oczy mu;
Tymczasem, szczęśliw z swego snu,
Niechajże wierzy dobra sile!
Wybacz gorączce młodych lat
Młodzieńczy żar i złudzeń kwiat«.


XVI.

Wszystko ich wlokło do rozmowy,
Budziło myśl, wzniecało spór:
Umarłych plemion szlak dziejowy,
Trwałych przesądów chiński mur,
Gra losu często niedorzeczna,
I tajemnica grobu wieczna,
I zło i dobro, prawda, błąd —
Wszystko podpadło pod ich sąd.
Leński, w dyspucie zapalczywy,
Zapomni się, bywało, tak,
Że głosi ustęp z szwedzkich sag,
A mój Eugeniusz pobłażliwy,
Chociaż bywała ciemną treść,
Wyrażał mu uwagą cześć.


XVII.

Lecz częściej dwaj anachoreci
Brali za treść — miłości świat;
Wyrwawszy się z jej władczej sieci,
Oniegin mówił o niej rad —
Z westchnieniem, z żalem mimowolnym.
Szczęśliw, kto był do tego zdolnym,
Że w burzę wszedłszy, uszedł tuż;
Szczęśliwszy ten, co nie znał burz,
Co miłość ziębił przez rozstanie,
Ból przez szyderstwo; szczędził sił,

Ziewając, kawkę z żoną pił,
Zazdrości w sercu tłumił granie,
Nie stawiał, aby chłodzić krew,
Majątku — na waleta tref!


XVIII.

Gdy nas rozsądek pod sztandary
Powoła swe, gdy w ciszy czas
Zgasną namiętnych pragnień żary,
Kiedy już tylko bawi nas
Kapryśna żądza swym oddechem,
Kiedy z spóźnionem serca echem
Walcząc, tłumimy krwi swej ruch, —
Wówczas nam jeszcze pieści słuch
Cudzej miłości powieść słodka,
W głębinach duszy ryjąc znak...
Ach! inwalida stary tak,
Kiedy wąsaczów młodych spotka,
Słyszy w swej chacie armat ryk,
O nowe boje pytać zwykł.


XIX.

Ale i młodość błąd milutki
Posiada: nie ukryje nic;
Nienawiść, miłość, radość, smutki,
Wygada wnet z rumieńcem lic.
Oniegin, niby inwalida
W kochaniu, bada, jak się wyda

Leńskiego miłość; ten był rad
Otworzyć przed nim serca świat,
Wybranki swej przymiotów dowieść...
Eugeniusz przeto poznał wnet
Szczegółów moc od A do Zet,
Całą miłości młodą powieść —
Ocean uczuć... Wyznać mam?
Nie było nic nowego tam!


XX.

Włodzimierz kochał... Ach, niestety,
Dzisiaj miłości takiej brak!
Tylko szalony duch poety
Jeszcze skazany kochać tak!
Wszędzie i zawsze myśl jedyna,
Pełna jej każda jest godzina,
Jedno marzenie, jeden żal!
Ani ziębiąca zwykle dal,
Ani rozłąki długie lata,
Nauki chłód i Muzy dar
I cudzoziemskich dziewoj czar,
Gwar uczt, wrażenia barwne świata, —
Nic nie zmieniło duszy tej,
Którą za młodu oddał Jej!


XXI.

Chłopięciem był... A już niewinne
Serce uderzył Olgi wdzięk...

I na zabawy jej dziecinne
Patrzył z zachwytem, czując lęk...
Zwolna się zbliżył; w cieniach gaju,
Dzieci bawiły się, jak w raju...
Widząc krzepnący związek ten,
Matki o ślubie snuły sen.
W ustroniu, w cienie brzóz spowita
W oczach rodziców szczęściem drżąc
I niewinności czarem tchnąc,
Jako konwalia kwitła skryta,
Której przez traw zielony gąszcz
Nie dojrzał motyl, ani chrząszcz.


XXII.

Tak pierwsze sny, zachwyty pierwsze
Dała Leńskiemu Olga... Wnet
Począł pisywać czułe wiersze,
Zabrzmiał elegią jego flet.
Żegnajcież gry dzieciństwa złote!
Pokochał ciszę i tęsknotę,
Samotność, gwiazdy, nocny czas
I tajemniczy gęsty las,
I lunę, cudną lampę nieba,
Której składaliśmy i my
Westchnienia nocne i te łzy,
Co je wypłakać z serca trzeba...
Dziś! — myślim, że jej świetlna gra
Latarki blask zastąpić ma!...


XXIII.

Zawsze posłuszna, skromna zawsze,
Wesoła zawsze, jako świt,
Miła, jak słówka najłaskawsze,
Prosta, jak młody wieszcza byt;
Oczka błękitne, jak niebiosy,
Uśmieszek, w płowych loczkach włosy,
Leciutka kibić, ustek mak, —
Wszystko to w Oldze... Ale wszak
Łacno jej portret odnajdziecie:
Dość pierwszy lepszy romans wziąć!
Sam mogłem ongi przy nim schnąć
Z miłości — lecz mnie znudził przecie!
Więc, czytelniku, — skończmy z nim...
O starszej siostrze składam rym!


XXIV.

Jej siostra zwała się Tatjaną...
Znajdziecie w tem zuchwały żart,
Żem śmiał wprowadzić takie miano
Do romansowych czułych kart...
Lecz wszakże mile dźwięczy w rymie...
Więc cóż, że razi was to imię
Czeladnej izby starym tchem...
Jeżeli chcecie, wyznać śmiem,
Że u nas mało smaku wszędzie,
Jak w mianach, które nosi lud...

(Że już nie wspomnę naszych ód)...
Z postępem iść nam trudno będzie!
Ba, od oświaty — z pudrem lic
Wzięliśmy pozę — więcej nic!


XXV.

A zatem zwano ją Tatjaną...
Nie wiem, w czem był jej wdzięku klucz?...
Świeżością siostry swej rumianą
Nie mogłaby pociągnąć ócz.
Dzika, milcząca, zbyt wrażliwa,
Jak łania leśna bojaźliwa,
Choć ją otaczał krewnych świat,
Rosła w nim, jako obcy kwiat.
Nie lubi pieszczot... Ojciec, matka
Nie mogli czytać w duszy tej,
Choć dziecię, — nie pociąga jej
Dzieci bawiących się gromadka.
I czasem w oknie cały dzień
Siedzi milcząca, jako cień.


XXVI.

Zaduma była od kołyski
Żywiołem jej, przyjaznym tchem,
Wczas wiejski, zawsze nudy blizki,
Barwiła jej ciekawym snem.
Jej delikatnej ręki palce
Nie znały igły; z nudą w walce

Nie zwykła do rąk kanwy brać,
By w nią jedwabiem życie wlać.
Gdy się w dziewczątku budzi władza,
Posłuszną lalkę pragnie mieć;
W konwenansową zmierza sieć,
Gdy lalkę żartem w świat wprowadza...
Dziewczynki lalkom — z taktem dam
Prawią morały swoich mam.


XXVII.

Ale w dziecinne nawet lata
Tatjana lalkę rzuca w kąt...
I z nią o modach, plotkach świata,
Nie toczy rozmów... Widać stąd,
Że są jej obce figle dziecka;
Strasznych powieści treść zdradziecka,
Zimą, gdy mroki rzuca noc,
Ma nad jej sercem większą moc...
A kiedy niania na spacerze
Zbierze dla Olgi dzieci rząd
I poprowadzi w parku kąt, —
Ona udziału w grach nie bierze...
Gwar ślepej babki, wietrzny śmiech —
Nie budzą w jej serduszku ech.


XXVIII.

Tatjana lubi na balkonie
Uprzedzać złoty jutrzni brzask,

Kiedy na bladem niebios łonie
Stopniowo gaśnie gwiazdek blask,
Kiedy na skraju ziemi dnieje,
I poseł ranka, wietrzyk, wieje,
I zwolna zdąża jasny dzień.
A zimą, kiedy nocny cień
Oblecze wszystko czarną smugą,
Gdy cała ziemia ciężko śni
I mglisty miesiąc blado lśni
I wschód ociąga się przydługo, —
Już nie potrafi w łóżku zwlec,
Ubiera się przy blasku świec.


XXIX.

Romanse ją zajęły właśnie;
One to dla niej wszystkiem są!
Ją czarowały z młodu baśnie
I Richardsona i Rousseau.
Ojciec jej był poczciwiec sobie,
Dość zapóźniony w zeszłej dobie,
Nie widział w druku szkodnych plam:
Prawda, nie czytał nigdy sam,
Ale w powagę ksiąg nie wierzy,
Nie daje ceny wieszczym snom,
Nie dba więc, jaki tajny tom
Pod poduszeczką córki leży.
A jego żona... Czyżbym śnił?
Richardson dla niej bóstwem był!


XXX.

Tak! uwielbiała Richardsona —
Nie, aby miała z dzieł go znać,
Lub, że stawiała Grandisona[1]
Nad Lowelasa wyżej snadź, —
Lecz ongi księżna Paulinka,
Słynna moskiewska jej kuzynka,
Mówiła właśnie o nim wciąż...
A wtedy jej obecny mąż
Był narzeczonym... wbrew jej chęci!
Bo inny ktoś, czyj piękny wąs
Na jej twarzyczce budził pąs,
Daleko mocniej tkwił w pamięci.
Ów Grandison... ba! graczem był,
Lecz mundur gwardyi na nim lśnił.


XXXI.

Oboje byli dziećmi mody;
W snach go widziała u swych stóp;
Ale się nikt nie pytał młodej,
Kiedy wieziono ją na ślub...
By ją rozłączyć z wspomnień zmorą,
Rozsądny mąż wyjechał skoro
Na wieś... Tu obcych ludzi gwar
Z początku wzmógł tęsknoty żar;
Rozwód — to było jej marzenie
We łzach, w nerwowych splotach rąk...

Lecz, w gospodarstwa wszedłszy krąg,
Znalazła wkrótce ukojenie.
Przyzwyczajenie Bóg dał sam,
Aby zastąpić szczęście nam.


XXXII.

Przywykła... Lżejsze było życie...
Powszedność sny daleko gna...
Aż tu zrobiła raz odkrycie,
Co pocieszyło ją do cna.
Zakwitła w myśli świeża płonka:
Jak pod pantofel wziąć małżonka,
Jak stworzyć samodzierżczy rząd!
I zawiał w domu nowy prąd:
Jeździ codziennie na roboty,
Łby goli, grzybów wielki kosz
Soli na zimę, liczy grosz,
Odwiedza łaźnię co soboty,
Służebne bije, wpadłszy w złość...
Mąż milczał... To dla męża dość!


XXXIII.

Kiedyś w albumy z czułą miną
Pisała, biorąc z palca krew,
Praskowję zwała Pauliną
Naśladowała mową śpiew.
O wiotką kibić bardzo dbała,
I »n« rosyjskie wymawiała

Zawsze z francuska, więc przez nos...
Teraz ją mocno zmienił los!
Album i księżna Paulina,
Gorset i kajet czułych słów
Poszły w niepamięć — oto znów
Akulką wabi się Celina.
Pani na głowie czepek ma,
O watowany szlafrok dba.


XXXIV.

Ale mąż kochał ją bez miary,
W szlafroku łaził, jadł i pił,
Na żonę patrzał, pełen wiary,
Że czyni wszystko wedle sił.
Życie płynęło tempem skorem;
Zajrzał czasami w dom wieczorem
Sąsiad; z nim żona, kilka cór...
Wesoła plotka, drobny spór
Skracają chwile do wieczerzy;
Bez ceremonij biegnie czas,
Olga herbatą służy wraz;
Wreszcie godzina snu uderzy,
Odjeżdża gość ku swoim wsiom...
I w ciszy tonie stary dom.


XXXV.

Stare zwyczaje, stare gusta
Regulowały każdy czyn:

Gdy »maślanica« przyszła tłusta,
Na stole ruski leżał blin;
Dwa razy w roku post — niewiele!
Lubili krągłe karuzele,
Za stołem pieśni, chłopski chór...
A w »Trójcy dzień«, gdy ludzi sznur
Do cerkwi ciągnął, przy mszy ziewał,
Czuli, jak serce w łonie drży,
Roniąc na wierzby łezki trzy...
Dom cały kwasem się zalewał...
W ucztach gość nie znał, co to szwank:
Noszono dania wedle rang.


XXXVI.

I tak starzeli się oboje, —
Aż oto wreszcie cichy grób
Przed mężem rozwarł swe podwoje,
Każąc mu zawrzeć z niebem ślub.
Umarł w godzinę po obiedzie...
Tyś go opłakał, cny sąsiedzie,
Wy, wierna żono, córy dwie —
A szczerą prawdą żal wasz tchnie!
Bo człek był prosty, pan wyborny,
I gdzie proch jego legł — na znak
Grobowy pomnik głosi tak:
»Śpi Dmitrij Laryn, grzesznik korny,
»Hospodni rab, brygadyer... Tu
»Zażywa wiecznej ciszy snu«.


XXXVII.

Leńskiemu po powrocie pilno
Było na drogie groby iść,
Sąsiada płytę nadmogilną
Westchnieniem uczcić, przybrać w liść.
»Poor Jorick« westchnął Leński smutnie,
»Śmierć mi wydarła go okrutnie!
»On mnie na ręce często brał...
»Pomnę mą radość, gdy mi dał
»Do gier swój medal oczakowski!
»On obrał mnie dla Olgi swej...
»Myśląc: »doczekam-ż chwili tej?«...
I Leński, pełny szczerej troski,
Nad tym kamieniem chyląc grzbiet,
Madrygał prochom stworzył wnet.


XXXVIII.

Nowy wiersz pisze dla pamiątki:
Ojca i matki, tonąc w łzach,
Uczcił śmiertelne drogie szczątki...
Na wielkim życia łanie, ach!
Z Woli Tajemnej zarządzenia,
Chwilowem żniwem pokolenia
Wschodzą, dojrzeją i wnet mrą ...
A śladem już je inne prą...
Tak samo nasze wietrzne plemię
Rośnie i kipi, z życiem ślub

Zawiera, pcha pradziadów w grób...
Lecz przyjdzie czas — rozewrze ziemię:
I wnuki nasze z biegiem lat
Wycisną nas na tamten świat!


XXXIX.

Ba! niech wam dni w uciechach biegą,
Nim śmierć nie zwali na was płyt!
Rozumiem marność życia tego
I mało cenię ziemski byt!
Mnie już blask życia nie owieje...
Lecz jeszcze jedną tkam nadzieję,
Jeszcze mnie jednem trzyma świat:
Chcę tu zostawić jakiś ślad.
Zgon byłby bezeń nazbyt smutny,
Więc żyję, piszę, — pochwał dym
Nie nęci mnie! Lecz celem mym —
Zaznaczyć żywot swój pokutny,
By kiedyś o mnie śród tych stron
Przypomniał choć jedyny ton!


XL.

I może rym mój kogoś wzruszy
Łacniej, niż dźwięk bojowych trąb,
I głosu strof mych nie zagłuszy
Chłonąca wszystko Lety głąb’!
Próżność mnie wabi na swe szlaki!
Marzę, że kiedyś nieuk jaki,


Widząc mój portret — w sercu dreszcz
Uczuwszy, rzeknie: »to był wieszcz!«
O, przyjmij słowo dziękczynienia
Ty, wielbicielu cichych Muz,
Który odwalisz czasu gruz,
Dobędziesz rym mój z zapomnienia,
Swoją życzliwą wzniesiesz dłoń,
Pogładzisz w laurach starca skroń!




Przypisy

  1. Grandison i Lowelas są bohaterami dwóch popularnych romansów Richardsona (p. t.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Puszkin i tłumacza: Leopold Blumental.