Strona:PL Puszkin Aleksander - Eugeniusz Oniegin.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Zapala w zwiędłem sercu krew,
Czuję miłości tęskny wiew...
Lecz nadto sławi dumne dziewy
Ma gadatliwa lira, drżąc;
One nie warte są tych żądz,
Nie zasługują na te śpiewy:
Oczy i słowa bogiń tych
Zdradliwe są, jak nóżki ich!...


XXXV.

Cóż mój Oniegin? Nawpół senny,
Z balu do łóżka spieszy już...
A bęben, czas zwiastując dzienny,
Ze snu Petersburg budzi tuż...
Wstał kupiec, ledwie zwłóczy troszka,
Na stacyą wlecze się dorożka,
Dzbanek — mleczarki zwalnia bieg,
Pod nią poranny skrzypi śnieg...
Słychać szmer ranka powitalny;
W nim roznosiciel trzyma prym...
Z kominów buchnął siny dym...
I piekarz, Niemiec punktualny,
W szlafmycy spieszył w ranny czas
Otworzyć w oknie »was ist das«.


XXXVI.

Lecz gwarem balu zamęczone,
Z dnia czyniąc noc, zamknąwszy drzwi,