Strona:PL Puszkin Aleksander - Eugeniusz Oniegin.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Co? zaproszenie? Oczywiście...
W trzech domach wieczór... Liczą nań...
Tam raut, tam bal, tam uczta dzieci...
Kędyż swawolnik mój poleci?
Pocóż wybierać?... Czasu dość...
Wszędzie się zjawi miły gość...
Tymczasem ranny strój dać każe;
Kładzie szeroki Boliwar,[1]
Amerykańskiej mody dar,
I chodzi długo po bulwarze,
Póki mu breget z piątą wraz
Nie dzwoni na obiadu czas.


XVI.

Do sani siada. Zmierzch już dobry...
»Jazda!« — zakrzyknie. Konie mkną...
Jego kołnierza świetne bobry
Mroźnego pyłu srebrem lśnią.
Do Talon droga niedaleka,[2]
A tam Kaweryn już nań czeka.
Wszedł — wnet się rozległ korków huk,
Prysną szampańskich krople strug...
Już stoi przed nim roast-beef krwawy
I trufle — zbytek młodych lat,
Francuskiej kuchni cenny kwiat;
Strasburski pasztet wiecznej sławy,
Ananas złoty pośród grusz
I ser limburski pachnie tuż...


  1. Kapelusz a là Bolivar. (p. a.).
  2. Talon — znany ówczesny restaurator. (p. a.).