Bez państwa/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rafał Górski, Jan Sowa (Wstęp)
Tytuł Bez państwa
Podtytuł Demokracja uczestnicząca w działaniu
Data wydania 2007
Wydawnictwo Korporacja ha!art
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
polityka bez polityków
demokracja uczestnicząca i walki
społeczne w samorządach lokalnych

Będzie tu mowa o skracaniu odległości. O tym, jak może przebiegać droga od obywatela do decyzji o wymiarze społecznym, o różnicach między partycypacją a reprezentacją i o tym, jak demokracja pod wpływem różnych czynników ułatwia lub hamuje nadużycia ze strony rządzących i różnych grup wpływu.
Przyjrzymy się zatem, jakie mechanizmy ustrojowe faworyzują wybrane jednostki i grupy społeczne, marginalizując równocześnie inne. Weźmiemy pod uwagę konsekwencje tego, że liberalizm przeważa dziś nie tylko w świecie ekonomii, ale też narzuca swe reguły na arenie politycznej oraz na różnych polach aktywności społecznej. Warto przypomnieć, że pojęcia liberalnej wolności kształtowały się w ścisłym związku z ideą własności prywatnej. John Locke i inni klasyczni liberałowie uważali, że ludzie powinni mieć nierówne prawa do decydowania o władzy politycznej – w zależności od tego, czy są „niezależnymi”, czy „zależnymi” finansowo obywatelami. „Zależni”, tj. nieposiadający określonej własności, nie mogliby mieć prawa do głosowania czy też prawa do posiadania reprezentacji przed władzami państwa. Z kolei John Stuart Mill był za przyznaniem wykształconym i lepiej wykwalifikowanym podwójnego prawa głosu w wyborach oraz za pozbawieniem owego prawa osób ubogich (niebędących w stanie płacić podatków), a także niepiśmiennych. Z perspektywy liberalizmu prawo do głosowania było elitarnym zwyczajem, wyjątkowym i ograniczonym przywilejem. Przez wiele dziesięcioleci prawa głosu pozbawieni więc byli robotnicy zależni od pracodawców, kobiety zależne od mężów i ojców, czarni podporządkowani białym, autochtoni podlegający eksploatacji ze strony kolonizatorów. Polityczne systemy reprezentacji ukształtowały się, bazując właśnie na tym niedemokratycznym porządku społecznym. Zatem, mimo że z czasem prawa wyborcze uzyskali wszyscy obywatele – co przyjęli również liberałowie, tworząc koncepcję liberalnej demokracji – do dziś prawidła zakodowane w parlamentach i rządach pozostały te same. Przy urnie wyborczej wszyscy są równi, niemniej wpływ na działania przedstawicieli daleki jest od równości. Utrzymała się dominacja „niezależnych” nad „zależnymi”, o których mówi się obecnie „niezaradni”. Upadek muru berlińskiego fetowano jako tryumf demokracji liberalnej, jednak kilkanaście lat później opinie o kryzysie i wewnętrznych sprzecznościach tego systemu przestały być odosobnione. Krytyka dotyczy w pierwszym rzędzie traktowania polityki i samej demokracji w kategoriach porozumienia biznesowego. Wzrastająca potęga lobby biznesowego jest coraz bardziej zabezpieczana i honorowana. Grupy lobbystów są nie tylko uznawane, ale nawet poszukiwane, cenione i chwalone; silniej niż wyborcy determinują też decyzje rządu krajowego i struktur ponadnarodowych. Zasada wyborów powszechnych okazała się niewystarczająca do uniknięcia nadużyć władzy i wykształcenia kryteriów przejrzystości w procesach decyzyjnych. Drugi problem to globalna modyfikacja technik władzy, głównie jej koncentracja w rękach organów wykonawczych, które mają coraz większe uprawnienia, kosztem organów wybieralnych i samych wyborców. W sytuacji kryzysu zaufania do instytucji państwowych rządy spychają odpowiedzialność za niepopularne decyzje na rzekomo neutralne politycznie prawa ekonomii. Doświadczamy końca pewnej epoki i upadku modelu państwa jako narzędzia dystrybucji bogactwa. Rezultatem zachodzących zmian staje się masowa odmowa udziału w głosowaniu. Uporczywy spadek frekwencji wyborczej jest dla politycznych decydentów nieco kłopotliwy. Trudno jest wciąż przypisywać niską frekwencję wyborczą zwykłej obojętności na problemy polityczne lub też przeszkodom w dotarciu do lokali wyborczych. Media i politycy są zmuszeni przyznać – często niechętnie – że spadek frekwencji wyborczej wynika z rosnącego braku zaufania społeczeństwa do wybieranych, a bardziej ogólnie do całego systemu wyborczego, i że wskazuje to na poważny rozdźwięk między państwem a społeczeństwem. Francuski anarchista Paul Boino zwrócił uwagę, że strajk wyborców nie osłabia co prawda władzy państwa, ale wymierza cios w jego prawomocność i stopniowo podważa mit rządu jako demokratycznej reprezentacji narodu.
Publiczne dyskusje dotyczące kryzysu demokracji koncentrują się mimo wszystko na piętnowaniu poszczególnych polityków, pomijając niedostatki reprezentacji politycznej, która sama w sobie uniemożliwia realizację pokładanych w demokracji oczekiwań społecznych. Błąd tkwi w założeniu, że głównymi winowajcami są populiści, chociaż nie tworzą nowych patologii, a tylko czynią bardziej widocznymi stare grzechy władzy państwowej. Do wzrostu popularności fałszywych trybunów ludowych przyczynia się przede wszystkim rosnący dystans pomiędzy tymi, którzy tkwią u podstaw społecznej piramidy, a tymi, którzy wspięli się na jej szczyt. Większość zawodowych polityków zachowuje się autystycznie, ich kontakty z wyborcami są powierzchowne, mniej lub bardziej zapożyczone z technik marketingu, sama demokracja kojarzona jest zaś z neoliberalnymi reformami w stylu planu Balcerowicza. To tutaj czai się prawdziwe niebezpieczeństwo populizmu. Pierwszy lepszy demagog może zawładnąć niezadowoleniem wyborców, głosić, że niesie zbawienie uciśnionym, i sprawiać wrażenie bardziej wiarygodnego niż zawodowi politycy, którzy uzasadniają zamykanie zakładów pracy i likwidację osłon socjalnych wymogami demokratycznych przemian ustrojowych.
Mimo wszystko pojawiają się pierwsze zwiastuny nadchodzących zmian. Co znamienne, nie pochodzą one od gremiów państwowych, lecz od osób zaangażowanych w demokrację na poziomie lokalnym. O nich właśnie będzie mowa w niniejszym szkicu.


PO ODEJŚCIU OD URNY
REKLAMACJA NIE JEST UWZGLĘDNIANA

Jeśli celem przeprowadzanych w samorządzie terytorialnym reform było przekazanie władzy jak najniżej i wyzwolenie w ludziach tyle odpowiedzialności za własne miasta i gminy, ile tylko zechcą udźwignąć, to w widoczny sposób zakończyły się one fiaskiem. Wiele obiecywano sobie po lokalnych liderach, radnych i burmistrzach. Mieli się oni troszczyć o sprawy swych miejscowości znacznie lepiej od decydentów ze stolicy. Sprzyjać temu miało oddalenie ośrodków władzy – mierzone w metrach, a nie dziesiątkach kilometrów. Nadzieje pokładane w krótszej drodze od lokalnego urzędnika czy polityka do spraw i ludzi, o których decydują, okazały się jednak złudne. Układy partyjne i osobiste zobowiązania pozostały decydentom bliższe niż najbliżsi sąsiedzi. Pracę rad miejskich rozpoczęło, jak zawsze, konstruowanie i zrywanie partyjnych koalicji. Nieformalny nadzór nad działalnością radnych zaczęli sprawować posłowie, którzy należą do tych samych ugrupowań partyjnych, nadzór nad posłami sprawują zaś szefowie partii. Najważniejsze decyzje zapadają bez porozumienia z mieszkańcami. Radni są zakotwiczeni w partiach, nie w społeczeństwie, natomiast społeczeństwo wycofuje się z udziału w wyborach, ponieważ uznaje, że nie ma rzeczywistego wpływu na politykę – ograniczoną do walki o stołki i przywileje dla nielicznych[1]. To ułatwia korupcję, nepotyzm i wydawanie publicznych pieniędzy na inwestycje, których nie akceptują lokalne społeczności[2]. Rozbieżności między działaniami samorządów a oczekiwaniami obywateli uwidaczniają się najczęściej w konfliktach dotyczących likwidacji szkół, budowy nowej trasy szybkiego ruchu, lokalizacji spalarni śmieci lub stacji benzynowej, usytuowania masztu telefonii komórkowej czy też prywatyzacji przedszkoli.
Nie jest wcale trudne ustalenie momentu, w którym lokalna społeczność traci kontrolę nad swoimi przedstawicielami w strukturach władzy. Twórcy ordynacji wyborczych okazali brak zaufania do obywateli, przekazując uprawnienia przedstawicielom w radach i gabinetach, nie dając przy tym w zamian skutecznych procedur kontrolnych i odwoławczych ludziom na dole drabiny społecznej. Po raz kolejny powielono schemat wybierania przedstawicieli i rządzenia właściwy parlamentom i rządom, którego cechą wyróżniającą jest sankcjonowane przez Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej pozbawienie wyborców wpływu na dalsze postępowanie wybranych przez nich przedstawicieli: „Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców (art. 104.1)”. Podobny zapis o wyłączeniu wyborców po akcie głosowania z procesu podejmowania decyzji znalazł się w obowiązującej ustawie o samorządzie gminnym: „Radnych nie wiążą instrukcje wyborców (art. 23.1)”. Powstały w ten sposób miniaturowe wersje naczelnych organów państwa, z obowiązującym w nich podziałem na wyposażoną w zasoby materialne i organizacyjne elitę władzy oraz zbiorowość mieszkańców, podejmujących jedynie ograniczone próby samoorganizacji. Hierarchiczna struktura władzy lokalnej daje o sobie znać przede wszystkim podczas tworzenia planów inwestycyjno-finansowych. W badaniach dotyczących kwestii komunikacji z mieszkańcami w sprawie budżetu stwierdzono w Polsce w latach dziewięćdziesiątych XX w. następującą gradację siły wpływów we władzach lokalnych: najpierw zarząd gminy, następnie radni i burmistrz, wydział finansowy urzędu i kierownicy innych wydziałów tego urzędu. Najbardziej aktywne w forsowaniu swych interesów grupy mieszkańców znajdowały się dopiero na szóstej pozycji[3].
Jaki ma w takim razie sens stwierdzenie, że lokalna społeczność jest właściwym podmiotem samorządu? Jeżeli potraktujemy poważnie ideę samorządności, dojdziemy do wniosku, że wszyscy mieszkańcy mają prawo do wpływania na proces rozwoju lokalnej wspólnoty oraz do podziału owoców tego rozwoju. Dlatego potrzebujemy czegoś zupełnie innego od pionowości struktur decydowania. Na pewno nie stać nas dłużej na powierzanie losów naszej dzielnicy, gminy czy miasta kolejnym politykom i urzędnikom, nad którymi nie ma oddolnej kontroli. Spróbujmy zastosować w praktyce oficjalne deklaracje polityków o „aktywnym” uczestnictwie obywateli w samorządzie lokalnym. Faktyczne uczestnictwo ma miejsce tylko wtedy, gdy mieszkańcy mogą rzeczywiście decydować o przeznaczeniu i sposobie wydatkowania ich pieniędzy.
Jednym ze sposobów odbierania politykom i urzędnikom władzy nad finansami publicznymi jest procedura określana mianem demokracji uczestniczącej. Demokracja uczestnicząca to swego rodzaju kompromis pomiędzy zwolennikami demokracji bezpośredniej i obrońcami demokracji przedstawicielskiej. W miastach, w których została wprowadzona, lokalna administracja przestaje rządzić, a zaczyna w coraz większym stopniu służyć społeczności. Powoli eliminowane są zbędne hierarchie i struktury autorytarne, natomiast poszerzane swobody i demokratyczny wybór. Dzięki temu ludzie sami zaczynają kierować sprawami faktycznie wpływającymi na ich życie, nawet jeśli nie uczestniczą w wyborach. Pierwsze było miasto Porto Alegre w południowej Brazylii. Działający tam od lat ruch społeczny skłonił nowego burmistrza do przekazania władzy nad budżetem miejskim zgromadzeniom mieszkańców. Od tej pory to nie radni i urzędnicy, lecz sami obywatele zaczęli decydować o nowych inwestycjach. Podczas rocznego cyklu zgromadzeń mieszkańcy układają „listę sprawunków” dla władz i pilnują jej realizacji. Porto Alegre, liczące ponad 1,3 mln mieszkańców, stało się największym na świecie poligonem doświadczalnym demokracji bezpośredniej. W latach 2000–2004 wszystkie oficjalne i nieoficjalne zebrania mieszkańców gromadziły od 150 do 200 tys. osób[4]. Po raz pierwszy w dziejach instytucji samorządowych, pomijając okresy rewolucyjne, powstała sytuacja dwuwładzy: powołano do życia równoległe wobec Rady Miasta instytucje demokracji bezpośredniej, tj. zgromadzenia mieszkańców, Fora Delegatów i Radę Budżetu Partycypacyjnego. Wbrew wcześniejszym obawom nie powstały ani rządy tłumu, ani chaos. Wręcz przeciwnie, po raz pierwszy przestał istnieć rozdźwięk między pracą administracji i rady miejskiej a oczekiwaniami obywateli. Udało się wyrugować korupcję. Konferencja ONZ Habitat II w Stambule w 1996 r. uznała tę formę demokracji za wzorcową dla samorządów lokalnych.
Porto Alegre zaczęło być miejscem spotkań uczestników międzynarodowego ruchu przeciwników neoliberalnej globalizacji. Za przykładem Porto Alegre postanowiły pójść inne miasta w Brazylii: Belo Horizonte, Belém, Recife, Santo André i setki miejscowości w stanie Rio Grande do Sul. Próby przebudowania samorządów na podstawie powyższych doświadczeń podejmowano z różnym powodzeniem w Ekwadorze, Peru, Argentynie, Chile, Boliwii, Wenezueli i w Europie Zachodniej. W roku 2000 Korporacja Mieszkań Socjalnych Toronto stała się pierwszym zarządem budowlanym w Ameryce Północnej, który wprowadził budżet partycypacyjny w stylu Porto Alegre. 164 tys. lokatorów zaczęło decydować o przeznaczeniu 10 mln dolarów rocznych wydatków. Z kolei w liczącym 100 tys. mieszkańców Guelph (w kanadyjskim stanie Ontario) uczestnicy stowarzyszeń dzielnicowych decydują o losach projektów planowanych w ich okolicy. Stanowią one stały procent budżetu gminy. Władze nie mogą odrzucić żadnego z proponowanych przedsięwzięć, które mieści się w granicach wydzielonego budżetu. W Guelph zorganizowano też warsztaty i grupy fokusowe z udziałem 1 200 mieszkańców, których poproszono o ustalenie wytycznych polityki miejskiej. Do stowarzyszeń sąsiedzkich należy ponad 10 tys. obywateli miasta.
Budżet partycypacyjny stał się modnym hasłem podczas kampanii wyborczych do władz municypalnych we Francji, Hiszpanii, Włoszech, Belgii. W latach 1999–2006 wprowadzono budżety partycypacyjne w miastach: Kordoba, Jerez, Sevilla, Getafe, Rubi, Saint Denis, Morsang sur Orge, Bobigny, Ivry sur Seine, Grigny, Mons, Modena, Grottamare, Balsamo, Piacenza, Brancolini i Pieve Emanuele. Samorząd Porto Alegre, gdzie mieszkańcy uzyskali prawo do decydowania o przeznaczeniu 100% funduszy inwestycyjnych, należy jednak do wyjątków. W Belo Horizonte mieszkańcom pozwolono decydować o zaledwie 50% budżetu inwestycyjnego, a zebrania budżetowe odbywają się tam co dwa lata. Podobne ograniczenia istnieją w większości wspomnianych miast. W tym samym Belo Horizonte wprowadzono w roku 2006 kolejną innowację: oprócz zebrań dzielnicowych odbyło się po raz pierwszy elektroniczne głosowanie nad budżetem miejskim.
Sam termin „budżet partycypacyjny” może odnosić się do czasem nawet dość odmiennych lokalnych realiów. Ważne są różnice kulturowe, tradycje polityczne, okoliczności gwałtownych lub ewolucyjnych przemian społecznych: czy partycypację mieszkańców ustanowiono pod presją silnego ruchu społecznego (Rosario w Argentynie, Porto Alegre w Brazylii), czy też stroną inicjującą przemiany w samorządzie były władze lokalne (Europa Zachodnia). Na przykład w podparyskim Bobigny, liczącym 45 tys. mieszkańców, eksperyment z partycypacją społeczną rozpoczęto wraz ze zwycięstwem partii komunistycznej, która w roku 1995 orzymała 51% głosów w wyborach municypalnych, a w 2001 r. odniosła kolejny sukces, zdobywając 66% poparcia wyborców. W 1998 r. przeprowadzono konsultacje społeczne – kilka tysięcy mieszkańców wypełniło ankiety dotyczące przyszłości miasta, powstały również grupy wolontariuszy monitorujące pracę administracji. Od tej pory, w odstępie dwóch lat, zwoływane są „konferencje miejskie”, gromadzące od 4 do ponad 7 tys. dyskutantów i słuchaczy, co roku odbywają się zebrania sąsiedzkie z udziałem od sześciuset do tysiąca osób, zaś od roku 2003 funkcjonuje w mieście budżet partycypacyjny[5]. W Ivry (56 tys. mieszkańców), innym mieście wchodzącym w skład paryskiej aglomeracji, zebrania budżetu partycypacyjnego gromadzą ponad 4 tys. osób. W Saint Denis (89 tys. mieszkańców), oprócz rady miasta, obradują raz w miesiącu zebrania sąsiedzkie, odbywa się seria corocznych imprez „Dzień dobry sąsiedzie”, część budżetu miejskiego jest opracowywana z udziałem mieszkańców. W Modenie, podobnie jak w kilkunastu innych włoskich miastach, w zebraniach budżetu partycypacyjnego uczestniczy po kilkaset osób. Ogromna różnorodność narzędzi służących partycypacji wynika również z różnorodności struktur prawnych, na podstawie których zbudowano w danym kraju instytucje demokracji uczestniczącej.
Próby umiejscowienia projektu demokracji uczestniczącej na mapie politycznych idei utrudnia fakt, że jego zwolennicy nigdy nie stanowili jednolitej politycznie grupy. Każda realizacja społecznej partycypacji jest traktowana przez część uczestników jako argument przemawiający za wprowadzeniem pełnej demokracji bezpośredniej, niemniej nadal dominują zwolennicy ograniczenia społecznej partycypacji do funkcji organu konsultacyjnego, podporządkowanego instytucjom demokracji przedstawicielskiej. Za przykład mogą posłużyć rządy Ségolène Royal z Partii Socjalistycznej we francuskim regionie Poitou-Charentes, który ogłosiła głównym laboratorium idei demokracji uczestniczącej we Francji[6]. Mieszkańcy nie mogą się wypowiadać o całokształcie budżetu, przyznano natomiast prawo do decydowania o 10% budżetu liceów społecznościom szkolnym, tj. nauczycielom, uczniom, rodzicom i administracji, które mogą w ten sposób określać i głosować nad własnymi priorytetami. Wydatki na szkolnictwo wynosiły 247 mln euro w roku 2006, z tego zaledwie 10 mln euro stanowił Budżet Partycypacyjny Liceów (Budget Participatif des Lycées). W roku szkolnym 2005/2006 w 168 zgromadzeniach i głosowaniach wzięło udział 10 tys. uczniów, nauczycieli i rodziców. Druga strona medalu jest taka, że przewodnicząca regionu i jej gabinet sami ustalają reguły partycypacji i jej granice. Pani Royal nie konsultuje z mieszkańcami wysokości budżetu regionalnego na edukację i kształcenie, a nawet postępuje wbrew ich oczekiwaniom[7]. Przewodnicząca regionu stara się pozyskać niezależne ruchy społeczne obietnicą oddolnej samorządności, a przeciwników radykalnych zmian uspokaja ostrożnością reform, nadal odgórnie limitowanych.
Trudno jest dzisiaj ocenić, czy limitowana partycypacja przyczyni się do rozbudzenia społecznych żądań bardziej radykalnych i bezkompromisowych niż przewidują programy partii politycznych. Czytelne są natomiast intencje elit politycznych, które starają się wykorzystać projekt radykalnej demokracji do korumpowania nowych ruchów społecznych i umocnienia swojej pozycji w strukturach władzy. Doświadczenia ostatnich lat wskazują jednak, że bardziej prawdopodobna jest konfrontacja aniżeli konsensus, zaś demokracja uczestnicząca nie przyczynia się do pogodzenia elit ze społeczeństwem. Instytucje demokracji przedstawicielskiej okazują się w ostatecznym rozrachunku przeszkodą w rozwoju oddolnej samorządności. Kres projektom bezkonfliktowej i zgodnej współpracy demokracji bezpośredniej z organami demokracji przedstawicielskiej położył wynik wyborów samorządowych w Porto Alegre z listopada 2004 r. Mieszkańcy odmówili wtedy swojego poparcia dotychczasowym władzom miejskim, jednak nie zaprzestali organizowania się w ramach budżetu partycypacyjnego. Na propozycję likwidacji oddolnych struktur samorządowych odpowiedzieli protestami. Nowe władze miejskie nie odważyły się zlikwidować organów społecznej partycypacji, lecz starają się od tej pory ograniczać uprawnienia zebrań mieszkańców i utrudniać realizację ich postanowień. Odebrano mieszkańcom prawo do decydowania o podatkach. Budżet partycypacyjny okazał się niebezpieczny, ponieważ dziesiątki tysięcy obywateli doświadczyło praktycznego działania demokracji bezpośredniej.
Działalność w legalnych strukturach samorządowych stanowi tylko jeden ze sposobów walki o bezpośredni udział wszystkich obywateli w tworzeniu polityki. Coraz liczniejsze są przypadki otwartej rewolty przeciwko instytucjom państwa i kapitału. Powstanie zapatystów w meksykańskim Chiapas w styczniu 1994 r., rewolta uliczna w Argentynie w grudniu 2001 r., zgromadzenia miejskie we włoskim Spezzano Albanese i bunt mieszkańców meksykańskiego miasta Oaxaca jesienią 2006 r., to wszystko przykłady tworzenia alternatywnych struktur samorządowych z całkowitym pominięciem legalnych instytucji.
Obydwa nurty mogą się wzajemnie uzupełniać albo też stanowić różne etapy tego samego dążenia do pozbawienia polityków monopolu decyzyjnego. Tego, w jaki sposób zachowają się uczestnicy otwartych zgromadzeń i debat, nie sposób do końca przewidzieć ani kontrolować. Wbrew nadziejom ekspertów Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) okazało się, iż procedury demokracji uczestniczącej można wykorzystać do blokowania polityki prywatyzacji. Wraz z powstrzymaniem planów prywatyzacji zasobów wody w brazylijskim stanie Rio Grande do Sul instytucje budżetu partycypacyjnego stały się w tym regionie zagrożeniem dla państwowego i wolnorynkowego ładu, wspieranego pieniędzmi i autorytetem Banku Światowego oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Z kolei we francuskim mieście Ivry zorganizowano w listopadzie 2006 r. referendum w sprawie dalszego istnienia szpitala położniczego, chociaż głosowanie było niezgodne z przepisami prawa, o przyszłości szpitala decyduje bowiem ministerstwo zdrowia. Powstała w ten sposób zupełnie nowa przestrzeń konfrontacji, w jawny sposób naruszono ustaloną granicę pomiędzy kompetencjami obywateli, samorządu i struktur państwa. Okazuje się, że nawet legalna partycypacja stanowi zagrożenie dla zawodowych polityków, którzy nie chcą dzielić się władzą z innymi. Wystarczy posłuchać wypowiedzi mieszkańców Porto Alegre, którzy w roku 2001 udzielali wywiadów francuskiej stacji telewizyjnej:

Sergio Amaral: Tutaj nie tylko konsultuje się z ludźmi. Oni rzeczywiście decydują! To jest sekret ich uczestnictwa.
Maria Iolanda Calvaho: Od początku nie wierzę w polityków. Widzę sytuację i otwarcie mówię do ludzi. Dużo szczęścia daje nam to, że jesteśmy tego częścią. Teraz zaczęliśmy wreszcie mówić do siebie. My sami najlepiej wiemy, czego chcemy. […] Im mniej władzy dzierżą posłowie, burmistrzowie, gubernatorzy, tym więcej władzy ma lud. Chcemy bardziej demokratycznego społeczeństwa, którego nie tłamszą władza ekonomiczna ani media, jak to się dzieje w większości demokratycznych państw świata[8].



PRZY URNIE CZY NA ZEBRANIU?

Przywykliśmy już do tego, że terminu „demokracja” używa się współcześnie do opisu kombinacji wybieralnych instytucji przedstawicielskich i niewybieralnego aparatu urzędniczego. Prawodawcy dopuszczają czasem formy demokracji bezpośredniej, jednak mają one charakter wyłącznie uzupełniający i ograniczony. Współczesna demokracja bezpośrednia działa, opierając się na referendach i obywatelskich inicjatywach ustawodawczych. Inne jej formy, takie jak demokracja uczestnicząca, w zasadzie nie występują w praktyce państwowej. Samorządy oparte na zasadach demokracji uczestniczącej należą ciągle do wyjątków. Łączą one w sobie cechy demokracji deliberacyjnej (opartej na tworzeniu przestrzeni wspólnego dialogu, namysłu i negocjacji bez podlegania zewnętrznym naciskom), bezpośredniej (polegającej na głosowaniu podczas zgromadzenia) i mandatowej (wyposażającej delegatów w instrukcje od wyborców). System demokracji uczestniczącej określany jest jako przykład tzw. grassroots democracy, czyli demokratycznego podejmowania decyzji w sposób bezpośredni, na poziomie zwykłych obywateli[9]. Najprościej można opisać cechy demokracji uczestniczącej, porównując je z innymi formami sprawowania rządów.
Zacznijmy od najbardziej rozpowszechnionej w świecie demokracji pośredniej, partyjnej. Polega ona zasadniczo na przekazaniu całej władzy reprezentantom w parlamencie, radzie miasta itp., nie zaś na rządzeniu osobiście. Wyborca oddający głos na posła nie odgrywa samodzielnej roli w polityce, wszelkie programy partyjne i projekty ustaw tworzy się bez jego udziału. Demokracja ograniczona do aktu głosowania na przedstawicieli prowadzi do wykluczenia z demokratycznej wspólnoty obywateli, którzy nie uczestniczą w akcie głosowania, świadomie oddają głos nieważny lub głosują na przegranych kandydatów. Czy można dobrze rządzić, ignorując opinie tych osób? Każdy obywatel ma formalne prawo do współdecydowania o przyszłości swojego miasta, powiatu i kraju, wyrażane symbolicznie i praktycznie poprzez kartkę do głosowania, ale to prawo zostaje zawieszone w chwili wrzucenia kartki do urny, przekazane zwycięzcy zmagań wyborczych na cały czas trwania jego mandatu, aż do następnego głosowania. Zwycięzca wyborów ma prawo przez cały czas swojej kadencji realizować dowolną politykę, bez porozumienia i uzgodnienia swojego postępowania z wolą mieszkańców swego okręgu wyborczego[10]. W krańcowej sytuacji wybrany może nigdy nie spotkać się z tymi, którzy go wybrali ani też nie zdać im sprawozdania z tego, co robił podczas trwania kadencji, bez żadnych sankcji. Kolejne ograniczenie samodzielności wyborcy polega na tym, że obywatel utożsamiający się tylko z częścią programu partii politycznej nie może wyrazić swojego stanowiska w akcie głosowania. Jeśli wyborca popiera politykę ekonomiczną jednej partii, politykę zagraniczną drugiej partii i pomysły, których brak w programie jakiejkolwiek partii, to nie może głosować zgodnie ze swymi poglądami i musi wyrzec się części z nich lub bojkotować wybory. Wybory mogą też prowadzić do efektu „marnowania głosów”, kiedy opinie wyrażone w akcie głosowania nie liczą się równo w późniejszym procesie decyzyjnym. Posłużę się znanym przykładem z Kanady, gdzie w wyborach z 1988 r. Partia Konserwatywna uzyskała 43% głosów, utworzyła rząd i wcieliła w życie Wolną Umowę Handlową (Free Trade Agreement – FTA) USA i Kanady, jakkolwiek większość głosujących (w sumie 52%) opowiedziało się za partiami przeciwnymi Wolnej Umowie Handlowej[11]. Z drugiej strony treści programów partyjnych stają się stopniowo coraz bardziej ogólnikowe, niezwykle podobne do siebie, pełne sloganów lub niezrozumiałe i chaotyczne, dlatego program przestaje być głównym kryterium decyzji wyborców, ich uwaga skupia się raczej na cechach osobowych liderów poszczególnych partii. Kwestia reprezentacji politycznej określonych grup społecznych coraz rzadziej jest tematem kampanii wyborczych. Poseł, burmistrz czy radny mają rzekomo reprezentować ogół mieszkańców swojego okręgu, nawet jeśli ci ostatni wykazują sprzeczne dążenia. Czy można być równocześnie przedstawicielem lokatorów i właścicieli nieruchomości, osób z klasy średniej i bezdomnych, pracodawców i pracowników? W rezultacie przedstawiciel sam decyduje, kogo będzie reprezentował w pierwszej kolejności, kto zaś pozostanie bez wpływu na bieg spraw publicznych. Obywatele pozbawieni są także kontroli nad finansami publicznymi. Wolno im nie wybierać określonych polityków na drugą kadencję, ale nie mogą przeciwdziałać marnotrawieniu funduszy publicznych, nikt spośród przedstawicieli nie ponosi majątkowej odpowiedzialności za błędne decyzje. Również programy grantowe i dotacje nie stanowią gwarancji udziału społeczności w tworzeniu lokalnej polityki. Większość grantów przyznawana jest organizacjom o nastawieniu zachowawczym lub też tym, które utrzymują dobre stosunki z urzędnikami, radnymi czy posłami. Powstaje w ten sposób bariera dla wprowadzania innowacji, reform oraz zaspokajania potrzeb nowych społeczności.
Natomiast demokracja uczestnicząca realizuje się przez samorząd rozumiany jako samodzielne sprawowanie zarządu nad sprawami lokalnymi przez samych mieszkańców. Jeśli w demokracji przedstawicielskiej cele i zasady polityki oraz większość projektów reform powstają w zaciszu gabinetów, to w demokracji uczestniczącej inicjatywa znajduje się w rękach społeczności lokalnej. Demokracja przedstawicielska bazuje na pasywnym i posłusznym w swej masie elektoracie, który periodycznie uczestniczy w wyborach, lecz traci wszelkie pozory władzy po zakończeniu akcji wyborczej. W odróżnieniu od niej nie sposób wyobrazić sobie funkcjonowania demokracji uczestniczącej bez aktywności obywatelskiej. Szkielet zasad ustrojowych tworzą w tym wypadku zgromadzenia obywatelskie, a rola ciał przedstawicielskich ogranicza się do funkcji pomocniczych i koordynujących.
Czy nie prościej byłoby jednak przeprowadzać regularnie referenda i na tej podstawie wytyczać kierunki polityki lokalnej i krajowej? Otóż zwolennicy demokracji uczestniczącej utrzymują, że „uczestnictwo wyborcze” nie jest prawdziwą ani właściwą formą aktywności obywatelskiej. Chodzi bowiem o coś więcej niż wrzucanie kartki do urny. W mocnym, jak mówią, nierozcieńczonym znaczeniu tego słowa, uczestnictwo polegać ma na byciu panem samego siebie, samorealizacji i samokształceniu przez udział w publicznej debacie i kreowanie wspólnej polityki[12].
Inna sprawa, że realne uczestnictwo najlepiej sprawdza się w grupie względnie małej, nieprzekraczającej wielkości zgromadzenia o charakterze lokalnym. Przypomina o tym Patrycja Satora w swej pracy o Porto Alegre, pisząc, że „wpływ każdego uczestnika na wspólne decyzje jest odwrotnie proporcjonalny do wielkości zgromadzenia”[13]. Z drugiej strony od masowego udziału mieszkańców zależy w dłuższej perspektywie powodzenie budżetu partycypacyjnego. Duże znaczenie ma jednak też sprawność organizacyjna. Nieumiejętne prowadzenie zebrań może zniechęcać do aktywnego w nich udziału. Zebrania nie mogą być chaotyczne. Wielka liczba uczestników zebrań stwarza pewne trudności organizacyjne. Może zabraknąć czasu na podejmowanie decyzji, jeśli wszyscy zechcą zabrać głos. Są dwa sposoby radzenia sobie z tymi niedogodnościami. Uczestnicy masowych zebrań dzielnicowych mogą się podzielić na mniejsze grupy. W niewielkich grupach łatwiej zorganizować regularną wymianę opinii między uczestnikami. Kryterium podziału może być zainteresowanie szczegółowym zagadnieniem, różnice poglądów lub adres zamieszkania. Drugim punktem porządku obrad zebrania dzielnicowego będzie wówczas przedstawienie wyników debat wewnątrz tych mniejszych grup. Innym sposobem jest organizowanie serii zebrań przygotowawczych, które odbywają się we wspólnotach mieszkaniowych, w gronie mieszkańców jednej ulicy, w zakładzie pracy lub zwoływane są przez stowarzyszenia. W zebraniach dzielnicowych uczestniczą wówczas delegaci, którzy otrzymali ściśle określone pełnomocnictwa od uczestników zebrań przygotowawczych. Jeden delegat jest wybierany na każdych dziesięciu lub dwudziestu uczestników zebrań przygotowawczych, żeby zachować proporcjonalny udział w rządzeniu. Delegaci muszą uzgadniać wszelkie decyzje z ludźmi, którzy ich wybrali. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by osoby nigdzie niestowarzyszone przedstawiały własne propozycje w trakcie zgromadzeń dzielnicowych i tematycznych. W każdym razie ważne jest, aby móc korzystać z jasnych zasad i procedur, które regulują sytuacje konfliktowe lub takie, w jakich nie ma konsensusu. To właśnie od jakości procedur zależy jakość dyskusji: improwizacja i chaos nie sprzyjają partycypacji. Istotnym aspektem realizującej się w małych grupach demokracji uczestniczącej jest możliwość obserwacji poszczególnych uczestników zgromadzeń, ich reakcji na wystąpienia innych. Kształtowane są umiejętności ujawniania i opisywania własnych potrzeb oraz uzgadniania ich z pozostałymi osobami. To odróżnia demokrację uczestniczącą od demokracji bezpośredniej, pozbawionej możliwości wzajemnych oddziaływań, jak w przypadku referendum czy głosowania elektronicznego.
W demokracji bezpośredniej przez referendum społeczeństwo podejmuje decyzje bezpośrednio, ale nie przez wspólne zgromadzenie. Uczestnik referendum działa w osamotnieniu, bez uczestnictwa w dyskusji, zatem jego przemyślenia nie są kształtowane przez dialog. Głosujący pozostaje słuchaczem biernym, nieuczestniczącym w debacie. Przede wszystkim demokracja przez referendum oznacza bezwzględne i dosłowne rządy większości, która zgarnia wszystko, podczas gdy mniejszość wszystko traci. Uzyskujemy w ten sposób systemową tyranię większości, kolejny statystyczny akt masowy. Stąd już blisko do przekonania, że społeczeństwo składa się z odizolowanych jednostek, które nie potrafią dobrowolnie kooperować, a łączy je tylko arytmetyka wyborcza.
Następny problem to zakres spraw objętych procesem decyzyjnym. Przedmiot referendum może być formułowany przez samych obywateli w postaci inicjatywy ludowej, znacznie częściej jednak określany jest przez rządy i parlamenty jako część politycznej strategii. Głosowania dotyczą zwykle konstytucji, ich ratyfikacji bądź zmian. Coraz częściej pojawiają się kwestie związane z przystąpieniem do struktur ponadpaństwowych i ratyfikacją traktatów międzynarodowych, lecz rządy narodowe nie zawsze respektują zasadę równego traktowania obywatelskich preferencji w procesie decyzyjnym. W ten sposób postąpił rząd Danii po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie traktatu z Maastricht w 1993 r. oraz rząd Irlandii w kwestii traktatu nicejskiego z 2001 r. – ponawiając głosowanie, kiedy okazało się, że zakładany przez władze rezultat nie został osiągnięty. Nie odnotowano natomiast powtórzenia głosowania w przypadku wyniku zgodnego z oczekiwaniami rządzących. Czasem pod głosowanie poddawane są kwestie związane z obyczajowością: rozwody i aborcja w Irlandii, Szwajcarii, Portugalii oraz we Włoszech. Ogół wyborców głosuje nad kwestiami obyczajowymi, które powinny być rozstrzygane indywidualnie, przez każdą jednostkę w jej własnym sumieniu. W wielu istotnych dla obywateli kwestiach w ogóle rezygnuje się z konsultacji społecznej. Podczas debaty kandydatów na prezydenta Krakowa jesienią 2006 r. jeden z nich, Tomasz Szczypiński, poseł Platformy Obywatelskiej (PO), deklarował poparcie dla propozycji organizowania referendów wśród mieszkańców, jednak na pytanie o plebiscyt w sprawie finansowania z budżetu bezpłatnej komunikacji miejskiej odpowiedział, że nie zgodzi się na podobne głosowanie, ponieważ „samorząd nie jest od robienia prezentów mieszkańcom”. Innym przykładem jest udział w wojnie, nawet tej planowanej przez rządzących z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. To rząd lub parlament, a nie ogół obywateli, podejmuje decyzję, kiedy i w jakiej sprawie społeczeństwo ma zabrać głos. Referenda siłą rzeczy ograniczają więc uczestnictwo obywateli w procesie ustawodawczym do ram określonych przez gremia rządzące.
Pojawiają się także inne zagrożenia. Co najmniej niepokojące są doświadczenia z totalną demokracją bezpośrednią w społeczeństwach tradycyjnych, nawet w skali lokalnej. Dobrym przykładem są indyjskie Panczajaty, gdzie zebraniom ogółu mieszkańców wioski dano prawo rządzenia, sądzenia, kształtowania sumień i egzekwowania nakazów moralnych. Lokalny despotyzm w niczym nie ustępuje tam okropieństwom totalitarnych systemów państwowych. Jest tak, ponieważ nie wytyczono rozsądnej granicy między uprawnieniami demokratycznej wspólnoty a prawem do niezawisłości poszczególnych jednostek.
W demokracji uczestniczącej nie powtórzono tego błędu. Głosowania i negocjacje dotyczą tutaj raczej sfery ekonomicznej i administracyjnej oraz kształtowania najbliższego otoczenia. Przychodząc na zgromadzenie obywatelskie, można ustosunkować się do określonej kwestii w sposób częściowy lub na bieżąco dokonać korekt, co w referendum nie jest możliwe. Do wyjątków należą referenda, podczas których głosujący mają możliwość wyboru spośród większej liczby proponowanych rozwiązań, co przecież jest normą w demokracji uczestniczącej. W systemie tym stworzono mechanizm zapewniający, że głos żadnej grupy nie zostanie zignorowany. Niewiele wspólnego z samorządnością ma bowiem partycypacja ograniczona do respektowania opinii wyłącznie jednej grupy obywateli. Przykładem nierówności obywatelskiej partycypacji była w roku 2006 dyskusja wokół budowy osiedla komunalnego w jednej z dzielnic Krakowa. Wśród dotychczasowych mieszkańców pojawiły się obawy, że ich mieszkania stracą na wartości, a zagrożenie przestępczością wzrośnie. Zaczęły się protesty, zebrano 2 500 podpisów przeciwko planowanej od 2004 r. inwestycji. Konflikt wokół tej lokalizacji zainteresował kandydatów na urząd prezydenta Krakowa. Prezydent Jacek Majchrowski bronił swojej decyzji o lokalizacji osiedla, gdy tymczasem kandydaci prawicy: Ryszard Terlecki (PiS) i Tomasz Szczypiński (PO) ogłosili się rzecznikami dotychczasowych mieszkańców, straszyli powstaniem getta biedy, przypominali o potrzebie konsultacji z wyborcami. W całym tym zamieszaniu zapomniano o osobach bezpośrednio zainteresowanych przyznaniem mieszkań socjalnych. Nikt nie pomyślał o umożliwieniu przyszłym lokatorom wyrażenia własnego zdania na temat miejsca, w którym decyzją władz mają być osiedleni. Żaden z kandydatów startujących w wyborach nie wspomniał nawet o potrzebie takich rozmów, chociaż przez dwa lata od podjęcia decyzji było dość czasu na zorganizowanie spotkań z potencjalnymi lokatorami. Przez dwa lata było również dość czasu, żeby zaplanować spotkanie lub piknik przyszłych lokatorów z zasiedziałymi już mieszkańcami dzielnicy. Podjąć przynajmniej próbę mediacji w celu przełamania uprzedzeń. Czyżby ludzie biedni stali się obywatelami drugiej kategorii, z którymi nie warto rozmawiać? Dodajmy, że po ogłoszeniu wyników wyborów problem przestał interesować lokalnych polityków[14].
W projekcie partycypacyjnym nie chodzi bynajmniej o to, by na siłę dążyć do osiągnięcia zgody wyrażonej przez wszystkich, co mogłoby prowadzić do zafałszowania obrazu społeczeństwa, lecz o to, aby nikt nie został wykluczony z dyskusji i decydowania o swoim losie. W odróżnieniu od demokracji przedstawicielskiej, wytwarzającej pozorną zgodę społeczną co do kierunków wspólnej polityki lub podsyca konflikty, które można wykorzystać w rozgrywkach pomiędzy różnymi elitami, partycypacja sprzyja ujawnianiu realnie istniejących sprzeczności interesów i konfliktów. Konflikty i różnice interesów nie wykluczają przecież dialogu. Ludzie mogą się spotykać, dyskutować i decydować bez udziału polityków o inwestycjach na terenie swojego osiedla lub całej dzielnicy i miasta. Dochodzi wtedy do bezpośredniej konfrontacji różnych stanowisk, dają o sobie znać wszelkie antagonizmy i aspiracje społeczne. Stąd rozwiązywanie spraw emancypacji poszczególnych grup i zaspokojenia najpilniejszych potrzeb staje się bardziej widoczne jako warunek funkcjonowania społeczeństwa. Należy uznać za naturalne to, iż obywatele są często dla siebie konkurentami, ale istnieją wspólne problemy, które można wspólnie regulować. Wystarczy, że przy rozdziale środków budżetowych oraz w trakcie podejmowania innych decyzji uwzględnia się postulaty i pomysły, które uzyskały poparcie mniejszości. Znajdują one swoje miejsce we wspólnej polityce proporcjonalnie do liczby osób, które wyraziły zainteresowanie ich realizacją, braków w określonym sektorze i liczby mieszkańców żyjących w danej dzielnicy. Jeśli demokracja przedstawicielska stara się, przynajmniej w założeniach, faworyzować pogląd większości, to w demokracji uczestniczącej proces decyzyjny uwzględnia w sposób bardziej kompleksowy złożoność interesów, nadzieje i różnorodne potrzeby społeczne.
Wreszcie, w przypadku demokracji przez referendum pieniądze, mimo założenia równości pozostałych warunków, stanowią czynnik determinujący rezultat bezpośredniego ustawodawstwa. Zebranie podpisów wymaganych do wniosku o referendum czy inicjatywę ustawodawczą, stworzenie efektywnej organizacji dla przeprowadzenia odpowiedniej kampanii, finansowanie akcji propagandowej czy przyciągnięcie uwagi mediów wymaga sporych nakładów finansowych. Na przykład w Szwajcarii, gdzie przeprowadza się najwięcej referendów, podobnie jak podczas kampanii w USA, strona wydająca duże sumy wygrywa 80–90% kampanii. Deformujący wpływ pieniędzy wraz z dyktatem większości stanowią prawdopodobnie najbardziej poważny niedostatek demokracji bezpośredniej realizowanej poprzez referendum. Różne wydatki na kampanię stoją w sprzeczności z demokratyczną formułą „jeden człowiek, jeden głos”. Można w tym miejscu zaryzykować analogię z zebraniem sąsiedzkim czy telewizyjną debatą, gdzie jedna ze stron mogłaby dochodzić do głosu kilka razy częściej niż druga, zawdzięczając to wykupieniu miejsca na podium, opłaceniu mikrofonu lub czasu antenowego. W przypadku braku odpowiedniej przeciwwagi zwiększa się ryzyko manipulacji i niedoinformowania społeczeństwa. Uniemożliwia to obywatelom dokonanie prawidłowej oceny danej sprawy[15]. Tylko w wyjątkowych sytuacjach słabsi wygrywają z „dużymi pieniędzmi”. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na wynik referendów, które zostały zorganizowane pod naciskiem masowych ruchów społecznych. W dniach 1–7 września 2002 r. przeprowadzono w Brazylii plebiscyt w sprawie negocjowania przez ten kraj układu o wolnym handlu Free Trade Area of the Americas (FTAA) oraz utworzenia na terytorium tego państwa amerykańskiej bazy wojskowej w Alcántara. Plebiscyt był inicjatywą wielu organizacji: związku zawodowego Jednolita Centrala Pracujących (CUT), Brazylijskiej Sieci dla Integracji Ludów, Ruchu Ludzi Bez Ziemi (Movimento de los Trabalhadore Sem Terra – MST), pewnej liczby organizacji pozarządowych i partii politycznych. 100 tys. wolontariuszy przez osiem miesięcy prowadziło kampanię informacyjną w sprawie negatywnych następstw ratyfikowania przez rząd wspomnianych propozycji. W rezultacie przytłaczająca większość spośród ponad 10 mln głosujących opowiedziała się przeciw udziałowi rządu w negocjacjach na temat układu stowarzyszeniowego i utworzenia bazy wojskowej[16]. Również meksykański ruch zapatystów[17] udowodnił, że jest w stanie mobilizować wielu ludzi – w marcu 1999 r. w zorganizowanym bez pomocy państwa plebiscycie dotyczącym uznania ludów indiańskich i zakończenia ludobójczej wojny (por el Reconocimiento de los Pueblos Indios y por el fin de la Guerra de Exterminio) wzięło udział 2,5 mln Meksykanów. Rząd Meksyku musiał w związku ze społecznym poparciem dla zapatystów wycofać większość wojsk z regionu Chiapas, uwolnić więźniów politycznych i rozpocząć negocjacje.
Ostatnim problemem są różne szczeble decyzyjne. Jak obywatele mogą uczestniczyć w podejmowaniu decyzji na szczeblach tak różnych geograficznie jak poziom lokalny, krajowy czy europejski? Usprawiedliwieniem demokracji przedstawicielskiej jest oddalenie obywateli od miejsc obrad i podejmowania uchwał: za tym argumentem geograficznym (mało istotnym w przypadku demokracji lokalnej) kryje się argument o wiele poważniejszy, a mianowicie oddalenie kulturowe. Jeśli ograniczy się demokrację uczestniczącą do szczebla lokalnego, ryzykuje się brak szerszego zainteresowania i efekt znany w Stanach Zjednoczonych pod nazwą: „nie w moim ogródku” (Nimby – not in my backyard). A z drugiej strony, czy uczestnictwo nie traci trochę na jakości decyzyjnej w miarę, jak zwiększa się jego zasięg? Czy znajomość realiów i poczucie przynależności lokalnej, które wspierają partycypację na szczeblu miasta, nie tracą trochę na znaczeniu w skali państwowej? Patriotyzm lokalny towarzyszy często demokracji uczestniczącej na szczeblu lokalnym, ale zamiast widzieć w nim zagrożenie dla rozmiarów demokracji uczestniczącej, lepiej potraktować go raczej jako trampolinę. Chodzi tu o takie zorganizowanie dyskusji w mniejszych grupach i wprowadzenie takich procedur, aby mieszkańcy mogli przejść od swojej wiedzy dotyczącej życia codziennego do dyskusji o sprawach obywatelskich, od interesów jednostkowych do interesu społecznego. Przedmiotem obrad mogą być również zagadnienia związane ze spłatą krajowych długów, udziałem w wojnie czy polityką zagraniczną. Narzędzia takie jak regionalny budżet partycypacyjny, międzyregionalne fora delegatów i miejskie konferencje programowe udowadniają w praktyce, że nawet wspinanie się na wyższy szczebel pozwala zachować jakość obrad i motywację obywateli, aby w tym uczestniczyć. To jednakże staje się niemożliwe, jeśli podział kompetencji zachowuje sprawy dotyczące interesu ogólnego dla radnych lub posłów, a dla zwykłych obywateli pozostawia kwestie dotykające tylko ich samych. Szczeble wyższe w demokracji uczestniczącej nie mogą być organami nadrzędnej władzy nad szczeblami niższymi. Szczeble wyższe powinny być uzależnione od szczebli niższych, gdyż składają się z przedstawicieli działających w granicach wyraźnych dyrektyw i doraźnych upoważnień swoich wyborców. W systemie wielostopniowej partycypacji nie ma w ogóle organów nadrzędnych i podległych. Jest natomiast wyraźny podział zadań i odpowiedzialności. Sprawy o znaczeniu szerszym, wykraczające poza zakres wyłącznych zainteresowań i kompetencji obradującego zebrania mieszkańców, nie są od razu definitywnie rozstrzygane, lecz przekazuje się je (wraz z opiniami i propozycjami obywateli) przez delegata lub radnego do ogniwa wyższego rzędu, gdzie zasiadają przedstawiciele innych samorządów z miasta, regionu czy nawet całego kraju. Przedstawiciel staje się wyrazicielem opinii i woli delegującego go zebrania mieszkańców w radzie miasta lub sejmiku wojewódzkim. Obowiązuje zasada ciągłej możliwości odwołania przedstawiciela. Zebranie mieszkańców ma prawo w dowolnym momencie cofnąć mandat swojemu przedstawicielowi, co jest niezwykle skomplikowaną procedurą w przypadku demokracji pośredniej. W zasadzie każdorazowej odwoływalności przedstawiciela upatrywać należy zabezpieczenia przed korupcją i nadużyciem władzy. Jest to chyba najważniejsze wyzwanie dla demokracji uczestniczącej.
Ideał nie istnieje, jednak opisana forma demokracji wydaje się najlepiej odpowiadać wizji społeczeństwa pluralistycznego, w którym można realizować różne cele i wyznawać różne systemy wartości, a równocześnie nie odbierać innym prawa do swobód i autonomii. Dylematy teoretyczne najlepiej rozstrzygnąć, odwołując się do praktyki i dlatego poniżej chciałbym przedstawić przykłady funkcjonowania demokracji uczestniczącej, które są rezultatem wygranych wyborów samorządowych, tworzenia struktur równoległych lub zbrojnego powstania.


REALUTOPIA[18] W PORTO ALEGRE

Nazwa miasta w tłumaczeniu na język polski oznacza „Spokojny Port”. Oficjalnie używa się również skrótu PoA lub POA. Porto Alegre jest stolicą stanu Rio Grande do Sul na południowym wschodzie Brazylii, nad rzeką Guaiba. Ten najbardziej wysunięty na południe stan, graniczący z Urugwajem, zamieszkuje ludność tradycyjnie pasterska. Mieszkańcy są nazywani do dziś gauchos, czyli pastuchami[19]. Według danych spisu powszechnego z roku 1991 aż 84,2% populacji miasta stanowią biali, 7,2% czarni, 0,2% Azjaci, 0,2% Indianie.
Porto Alegre założyli około 1742 r. imigranci z należących do Portugalii Wysp Azorskich. W XIX w. do jego rozwoju przyczynili się osadnicy z Niemiec i Włoch. W latach 1835–1845 miasto stało się głównym ośrodkiem separatystycznej „rebelii oberwańców”, stan Rio Grande do Sul ogłosił się wówczas niepodległą republiką. W końcu XIX w., wraz z napływem nowej fali emigrantów z Europy, pojawiły się w Porto Alegre organizacje anarchistyczne i socjalistyczne, przyczyniając się do wzrostu liczby strajków i zamieszek. W roku 1930, a następnie w 1953 wybuchały tutaj antyrządowe powstania. W latach 1960–80 miasto doświadczyło przyspieszonego procesu industrializacji, powstały też gigantyczne slumsy.
Liczące 1,4 mln mieszkańców[20] Porto Alegre wypracowywało w latach dziewięćdziesiątych ponad 12,4% brazylijskiej produkcji przemysłowej i przynosiło jedną trzecią zysków w sektorze usług. Miasto stanowi też główny port rzeczny obsługujący eksport produktów rolnych. Znajdują się tutaj dwa duże uniwersytety: federalny i katolicki. Cały region ma dziś jedne z najlepszych wskaźników społecznych (mniejsza śmiertelność niemowląt, dłuższe życie, więcej szkół) w Brazylii. Mimo to jest tu duże bezrobocie i pojawiają się problemy z rozwiązaniem kwestii mieszkaniowej, ponieważ około piętnastu rodzin posiada całość terenów miejskich nadających się pod dalszą zabudowę. Według szacunkowych danych od 25 do 30% ludności miasta żyje na nielegalnie zajmowanych gruntach, w nielegalnie wzniesionych budynkach, które tworzą całe osiedla zwane vilas i favelas. Samorząd nie może zgodnie z przepisami realizować inwestycji na tych terenach[21].
Dyktatura wojskowa panująca w Brazylii w latach 1964–1985 spotkała się w tym mieście z silnym oporem ze strony mieszkańców. Doszło do tego, że w opinii policji więźniowie polityczni nie mogli być „bezpiecznie więzieni” w mieście i musieli być często wysyłani gdzie indziej. Oprócz opozycji politycznej powstawały też stowarzyszenia obywatelskie. Pierwsze stowarzyszenia sąsiedzkie (po portugalsku associações de bairro) powstały w Porto Alegre już w 1945 r. Rządy wojskowych próbowały pozyskać ich przychylność, organizując roboty publiczne w wybranych rejonach miasta. Polityka „klientelizmu”, sprowadzająca się do nagradzania lojalnych wobec rządu społeczności, nie przyniosła spodziewanego rezultatu – większość organizacji sąsiedzkich, chociaż oczywiście nie wszystkie, odrzuciła ofertę współpracy z rządem, polityka represji sprowokowała zaś mieszkańców biednych dzielnic do udziału w antyrządowych wystąpieniach. Prawdziwy boom aktywności społecznej nastąpił jednak po upadku władzy wojskowych w 1984 r. Obok coraz liczniejszych stowarzyszeń sąsiedzkich zaczęły powstawać kluby matek, lokalne kluby sportowe, szkoły samby, spółdzielnie, wzrastało znaczenie związków zawodowych. Jak w wielu innych krajach (podobną działalność prowadziły palestyńskie komitety ludowe czy komitety uliczne w RPA) organizacje dzielnicowe prowadziły na szczeblu lokalnym walkę o budowę wodociągów, oczyszczalni, tworzenie transportu miejskiego lub samodzielnie realizowały projekty dotyczące zagospodarowania dzielnicy. Organizacje sąsiedzkie prowadziły też edukację ludową inspirowaną przez Paulo Freire[22]. Współpracowały z nimi organizacje lewicowe i katolickie wspólnoty podstawowe (comunidades de base), organizujące czytania Biblii, sąsiedzką pomoc wzajemną i dyskusje o polityce społecznej. Wspólnoty podstawowe zaliczane do teologii wyzwolenia i nazywane „kościołem ubogich” powstawały wśród mieszkańców slumsów. W połowie lat osiemdziesiątych nastąpiła zasadnicza zmiana w ich działalności: stowarzyszenia utworzyły związki, najpierw na poziomie dzielnic, następnie na poziomie miasta i regionu. Cel był podwójny. Chodziło nie tylko o zbudowanie ruchu i złączenie sił, ale również o wysiłek jakościowy mający na celu przekroczenie lokalnego, dzielnicowego poziomu i uzyskanie możliwości działania na poziomie aglomeracji. W ten sposób narodziła się Federacja Stowarzyszeń Sąsiedzkich Porto Alegre (Uniăo das Associações dos Moradores de PoA – UAMPA).
W 1984 r. odbyły się pierwsze wolne wybory samorządowe. Zwycięstwo w nich odniósł kandydat populistycznej Demokratycznej Partii Pracy (Partido Democratico Trabalhista – PDT), który fotel burmistrza zawdzięczał obietnicy spełnienia postulatów organizacji sąsiedzkich[23]. Te ostatnie uważały, że cała polityka miejska powinna być opracowywana i zatwierdzana nie przez radnych, ale bezpośrednio przez mieszkańców, jednak zwycięzcy szybko zapomnieli o obietnicach złożonych w trakcie kampanii wyborczej. Mieszkańcy nie czekali z założonymi rękami: w 1985 r. trzystu delegatów na kongres Federacji Stowarzyszeń Sąsiedzkich Porto Alegre (UAMPA) przedstawiło projekt wprowadzenia w mieście budżetu partycypacyjnego[24], od roku 1987 zaczęły się pojawiać w biednych dzielnicach nieformalne rady ludowe, które żądały decentralizacji, jawności pracy administracji i przeniesienia procesu decyzyjnego bliżej obywateli. Do spadku popularności władz lokalnych przyczyniła się coraz trudniejsza sytuacja mieszkaniowa ludności. Lata osiemdziesiąte były pod tym względem jedną z najgorszych dekad w dziejach miasta, liczba mieszkańców żyjących w lokalach niespełniających najniższych standardów wzrosła od 15% w 1980 do 28% w 1989 r.[25]. W roku 1989 Demokratyczna Partia Pracy (PDT) zamieszana w afery korupcyjne i malwersacje finansowe przegrała wybory, a jej miejsce zajęła Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores – PT), założona w 1981 r. przez przywódców związkowych, organizatorów brutalnie stłumionego przez rząd strajku 300 tys. robotników w Sao Paulo w 1978 r. Współtworzyły ją również kluby lewicy chrześcijańskiej, socjaldemokraci, marksiści, w tym szczególnie silni w Porto Alegre trockiści. W chwili przejęcia władzy w mieście przez burmistrza z ramienia PT w administracji panował kompletny chaos: pracownicy komunalni nie otrzymywali pensji od ponad dwóch miesięcy, 98% budżetu miejskiego pochłaniały wynagrodzenia pracowników samorządowych, wstrzymano realizację wszystkich inwestycji[26]. Sytuacja gospodarcza w kraju też nie była najlepsza, hiperinflacja w roku 1989 wynosiła 1774%. Historia jednak się nie powtórzyła, gdyż radni i burmistrz z PT nie popełnili takich błędów, jak ich poprzednicy. Świadomi frustracji w ruchu stowarzyszeniowym spowodowanej niedotrzymaniem obietnic oraz tym, że stowarzyszenia chciały naprawdę i poważnie być brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji dotyczących sposobu, w jaki miasto będzie zarządzane, burmistrz i radni z ramienia PT zdecydowali o wprowadzeniu w życie struktur pozwalających na uczestnictwo mieszkańców w opracowywaniu budżetu miejskiego.
Pierwszy rok funkcjonowania demokracji uczestniczącej nie skłaniał jeszcze do entuzjazmu. Administracji miejskiej brakowało doświadczenia i jasnych procedur postępowania. Część organizacji pozarządowych i stowarzyszeń wciąż tkwiła w dawnych przyzwyczajeniach, szukano protektorów i możliwości zapewnienia sobie przywilejów. Zgromadzenia dzielnicowe przygotowały listę żądań, nie wyznaczając żadnych priorytetów ani też nie dokonując osądu propozycji, które czasami były zbyt daleko idące, a nawet antagonistyczne, chociaż stan finansów miejskich daleki był od możliwości zaspokojenia wszystkich oczekiwań. Ponieważ zgromadzenia dzielnicowe zaniechały selekcji propozycji, to służby techniczne miasta podzieliły tematy z listy przekazanej im przez mieszkańców na trzy grupy: te, które miały być zrealizowane w pierwszej kolejności, te, których realizacja miała być odłożona na później, oraz te, które w ogóle nie będą brane pod uwagę. Wybory dokonywane przez służby techniczne nie zawsze odpowiadały mieszkańcom. Władze miejskie stanęły przed bardzo prostą alternatywą: zlikwidować struktury uczestnictwa, które w takim stanie nie zadowalały nikogo lub najwyżej nielicznych, ryzykując, że znajdą się w tej samej sytuacji, co kilka lat wcześniej Demokratyczna Partia Pracy, lub też ustąpić przed żądaniami mieszkańców, pozwalając, aby społeczeństwo samo ustalało priorytety budżetowe, a tym samym politykę miejską z oczywistym ryzykiem otwartego konfliktu z obowiązującym w Brazylii ustawodawstwem.
Pierwotne propozycje PT z roku 1988 polegały na tworzeniu rad pracowniczych i wybieraniu radnych do ratusza. Jedni delegaci rad pracowniczych mieli wybierać kolejnych. Stowarzyszenia sąsiedzkie widziały inne rozwiązanie: lokalne zgromadzenia wszystkich zainteresowanych i kontrola decyzji budżetowych przez samych mieszkańców oparta na bezpośrednich dyskusjach i głosowaniach. PT zdecydowała się w końcu na współistnienie demokracji bezpośredniej (zebrania mieszkańców, wybór delegatów oraz radnych do Rady Budżetu Partycypacyjnego – Conselho do Orçamento Participativo) i pośredniej: rada miasta i burmistrz. To właśnie wprowadzenie demokracji uczestniczącej i budżetu partycypacyjnego zapewniło PT kolejne sukcesy wyborcze. Postanowiono zreformować całkowicie proces uczestnictwa i przekazać uroczyście władzę w kwestii opracowania i decydowania o budżecie miejskim tak w zakresie inwestycji, jak i funkcjonowania miasta zebraniom mieszkańców. Projekt przygotowanego przez mieszkańców budżetu, aby spełnić kryteria legalności, miał być przedstawiany burmistrzowi (Prefeitura) i zatwierdzany oficjalnie przez Radę Miasta (Câmara de Vereadores). Burmistrz i radni PT złożyli deklarację, że ostatni etap zatwierdzania budżetu będzie wyłącznie formalnością. W roku 1990 wprowadzono budżet partycypacyjny (Orçamento Participativo – OP) i zorganizowano pierwsze rundy zebrań sąsiedzkich w pięciu dzielnicach. Utworzono Gabinet Planowania Miasta (Gabinete Planejamento – GAPLAN), którego zadaniem stało się przekładanie postulatów mieszkańców na technicznie i ekonomicznie wykonalne działania miasta. W następnym roku, w wyniku konsultacji wśród mieszkańców, zarząd miasta zmienił podział administracyjny miasta. Powstało szesnaście społecznie i kulturowo jednorodnych dzielnic. W roku 1994, zgodnie z życzeniami mieszkańców, powstały zgromadzenia tematyczne. Dalej, w odpowiedzi na presję obywateli, utworzono Komisję Trójstronną (Tripartite Commissăo) – złożoną z dwóch reprezentantów związku zawodowego pracowników administracji, dwóch reprezentantów Rady Budżetu Partycypacyjnego i dwóch reprezentantów zarządu miasta. Głównym jej zadaniem stało się wpływanie na zatrudnienie urzędników.
Struktura organizacyjna budżetu partycypacyjnego, którą postaram się teraz omówić, obowiązywała w Porto Alegre od 1990 do 2004. Nowe władze miejskie wprowadziły w ostatnich latach wiele istotnych zmian: ograniczono autonomię zgromadzeń miejskich i zaprzestano współpracy z instytucjami budżetu partycypacyjnego. Przyczyny i konsekwencje kryzysu demokracji uczestniczącej w Porto Alegre omówię w końcowej części tego rozdziału.
Naczelną zasadą demokracji uczestniczącej był w latach 1990–2004 udział mieszkańców w tworzeniu budżetu partycypacyjnego, który dokonywał się przez zgromadzenia sąsiedzkie i tematyczne. Proces decyzyjny w systemie budżetu partycypacyjnego rozpoczynał się na przełomie marca i kwietnia. Inicjowane były wtedy zgromadzenia sąsiedzkie w każdej z dzielnic i w każdym z pięciu obszarów tematycznych. Tworzenie budżetu i planu inwestycyjnego przebiegało w trzech wymiarach:
1) baza geograficzna (zgromadzenia sąsiedzkie);
2) baza tematyczna (odpowiada wizji całościowej miasta);
3) baza techniczno-programowa (administracja miasta).
Wszyscy mieszkańcy, którzy ukończyli szesnaście lat, zostali uprawnieni do udziału w zgromadzeniach, zgłaszania pomysłów i głosowania. Stowarzyszenia nie były w żaden sposób uprzywilejowane.
Informacje o zebraniach sąsiedzkich (Assembleias Plenarias Regionais) i pięciu zebraniach tematycznych (Assembleias Plenarias Tematicas) o charakterze ogólnomiejskim ogłaszano przez radio, telewizję, za pomocą plakatów, a nawet z jeżdżących po mieście samochodów wyposażonych w głośniki. Powstała również sieć punktów informacyjnych, gdzie mieszkańcy mogli dowiedzieć się więcej o procesie budżetu partycypacyjnego. W pierwszym roku funkcjonowania systemu pracownicy administracji chodzili dosłownie od domu do domu, namawiając do uczestnictwa w zgromadzeniach. Pierwsze wiosenne zgromadzenia miały przede wszystkim charakter mobilizujący, służąc w pierwszej kolejności przyciągnięciu nowych osób. Przeprowadzano właśnie wtedy zajęcia instruktażowe wyjaśniające idee i zasady planowania budżetu. Podczas spotkań w każdej z szesnastu dzielnic miały miejsce projekcje filmów pokazujących funkcjonowanie demokracji uczestniczącej, podstawowe składniki budżetu oraz prezentujących najważniejsze inwestycje

Schemat. Funkcjonowanie dzielnicowych i tematycznych zgromadzeń w ramach budżetu partycypacyjnego w Porto Alegre, na podstawie: Rualdo Menegat, Participatory Democracy and Sustainable Development: Integrated Urban Environmental Management in Porto Alegre, Local Agenda 21 in Porto Alegre, „Environment & Urbanisation” 2002, vol. 14, nr 2, s. 191.
podjęte przez miasto w poprzednim roku. Każdy mógł wtedy wyrazić własne opinie o administracji i całym systemie. W tym samym czasie odbywały się zebrania przygotowawcze mieszkańców zainteresowanych udziałem w zebraniach tematycznych, gdzie dyskutuje się problematykę związaną z interesem ogólnym miasta. Pomysł wprowadzenia podziału na zebrania dzielnicowe i tematyczne wyłonił się podczas rozmów między mieszkańcami, którzy dostrzegli potrzebę stworzenia ram dla wypracowania planu inwestycji przekraczających granice dzielnic[27]. Zebrania dotyczyły transportu i ruchu miejskiego, kultury, rozwoju ekonomicznego i podatków, edukacji, sportu i wypoczynku, zdrowia i pomocy społecznej oraz planowania, rozwoju miasta, przestrzeni publicznych i ochrony środowiska. Następnie, w kwietniu, pracownicy administracji przedstawiali zgromadzonym sprawozdanie budżetowe za poprzedni rok oraz postęp prac nad wykonaniem tegorocznego budżetu i planu inwestycyjnego. Trwały wstępne dyskusje, mieszkańcy zaczynali identyfikować swoje potrzeby priorytetowe dotyczące oczekiwanych inwestycji w ramach ustalonych wcześniej obszarów tematycznych i polityk sektorowych (polityka mieszkaniowa, ochrona zdrowia, rozwój infrastruktury, kultura itd.), a następnie wybierali delegatów do dzielnicowego Forum Delegatów Regionalnych i pięciu Forów Delegatów Tematycznych według kryteriów liczby uczestników zebrań[28].

Fora Delegatów to organy kolegialne, pełniące funkcje konsultacyjne, kontrolne i mobilizujące mieszkańców do udziału w kolejnych zgromadzeniach. Zbierały się raz w miesiącu, a ich podstawowymi zadaniami były nadzór, monitorowanie wykonania inwestycji oraz pośredniczenie między Radą Budżetu Partycypacyjnego a obszarami tematycznymi i dzielnicami. Ponieważ większość delegatów należała do różnych organizacji społecznych, za ich pośrednictwem odbywały się również negocjacje w kwestii poszczególnych projektów. Dodać jeszcze należy, że spotkania delegatów otwarte były dla wszystkich, choć prawo głosu mieli tylko zarejestrowani mieszkańcy dzielnicy. W przypadku opóźnień i zmian, delegaci mieli bezpośredni dostęp do biura burmistrza i mogli żądać wyjaśnień. Interweniowali dość często podczas prac budowlanych, kontrolując dotrzymywanie terminów, przeglądając księgi rachunkowe, sprawdzając ceny oraz jakość i kolejność wykonywanych prac.
Ewolucja kryteriów decydujących o liczbie delegatów była związana ze wzrastającym zainteresowaniem mieszkańców. I tak, początkowo kryterium mówiło o jednym delegacie na każdych pięciu uczestników zgromadzenia. Na początku lat dziewięćdziesiątych jeden delegat przypadał już na każdych dziesięciu uczestników, a od 1996 r. na każdych dwudziestu. Najczęściej do Forum Delegatów wybierani byli reprezentanci różnych stowarzyszeń (artystycznych, politycznych, socjalnych), grup, spółdzielni, klubów (kluby matek, kluby piłkarskie), związków zawodowych itp. Delegatami nie mogły być osoby pełniące funkcje urzędnicze lub posiadające mandat radnego. Delegaci nie otrzymywali wynagrodzenia, ich kadencja trwała rok.
Drugi etap trwał od połowy kwietnia do 23 maja. Był to czas tzw. spotkań pośrednich (reuniones intermediarias) z udziałem delegatów i mieszkańców. Zbierano postulaty i prośby, a także ustalano potrzeby indywidualnych mieszkańców, ruchów i grup dotyczące braków w infrastrukturze i pomysłów reorganizacji służb komunalnych. Wybierano również dodatkowych delegatów wyposażonych w instrukcje od zgromadzeń. Spotkania na poziomie dzielnicy i niższym (np. w obrębie ulicy, osiedla) trwały mniej więcej dwie godziny. Ocenia się, że właśnie zebrania pośrednie przyciągały największą liczbę uczestników. Uczestnicy zgromadzeń regionalnych i tematycznych układali hierarchię postulatów zgodnie z priorytetami i kryteriami ogólnymi. Powstawały w ten sposób listy priorytetowe. Miały wtedy miejsce gorące dyskusje i często przeprowadzano głosowania. Jednak najważniejsze negocjacje, prowadzące do ustalenia propozycji, odbywały się niejako na zapleczu oficjalnych zgromadzeń i rozgrywały się podczas spotkań różnych organizacji i stowarzyszeń.
Podczas spotkań pośrednich każde forum dzielnicowe i tematyczne dokonywało hierarchizacji priorytetów sektorowych. Należały do nich: gospodarka ściekowa, gospodarka mieszkaniowa, brukowanie, pomoc społeczna, zdrowie, edukacja, transport i komunikacja miejska, organizacja miasta. W roku 1998 dodano do tej listy: czas wolny, sport i turystykę, rozwój ekonomiczny oraz kulturę. Priorytety ustalano, przypisując każdej propozycji odpowiednią liczbę punktów zgodnie z kryteriami przedstawionymi w tabeli 1.

Tabela 1. Kryteria miejskie służące ustalaniu priorytetów inwestycyjnych. Stan z roku 2000 (punktacja ulegała zmianom w różnych okresach funkcjonowania budżetu partycypacyjnego).
Kryteria Liczba, przez którą mnożona jest punktacja ustalona przez mieszkańców
Procent mieszkańców zgłaszających zapotrzebowanie na daną inwestycję Mnożone przez 4
Ponad 80% 5 punktów
61–79,99% 4 punkty
41–60,99% 3 punkty
21–40,99% 2 punkty
0,01–20,99% 1 punkt
Liczba mieszkańców dzielnicy Mnożone przez 2
Ponad 120 000 4 punkty
61 000–119 999 3 punkty
31 000–60 999 2 punkty
Poniżej 30 999 1 punkt
Priorytet przyznany przez mieszkańców Mnożone przez 4
Pierwszy priorytet 5 punktów
Drugi priorytet 4 punkty
Trzeci priorytet 3 punkty
Czwarty priorytet 2 punkty
Piąty priorytet i niższe 1 punkt

Każdy sektor programowy rozważany na zgromadzeniu pośrednim podzielony został na podtematy. Na przykład w zagadnieniu „gospodarka mieszkaniowa” mieściły się: wykup gruntów pod zabudowę komunalną, dofinansowanie przeprowadzek, budowa mieszkań komunalnych, remonty mieszkań, spółdzielni mieszkaniowych i budynków zabytkowych oraz urbanizacja terenów niezabudowanych. Przykładowe uporządkowanie pod względem ważności priorytetów w ramach sektora programowego mogło wyglądać w następujący sposób:

Pierwszy priorytet: budowa mieszkań
Drugi priorytet: urbanizacja
Trzeci priorytet: wykup gruntów
Czwarty priorytet: remonty
Piąty priorytet: przeprowadzki
Głosowania dotyczyły zatem uszeregowania priorytetów i wyznaczenia konkretnych miejsc realizacji inwestycji. W przypadku określonego sektora mieszkańcy ustalali, które ulice i osiedla mają pierwszeństwo. Spisywano konkretne projekty, które uzyskały poparcie zebranych, np.: kontynuacja budowy osiedla Verde, wykup gruntów w rejonie ulic San Fernando i Miramey, dofinansowanie przeprowadzki mieszkańców vilas do mieszkań komunalnych, remont elewacji bloków spółdzielni „Cuzco” i zabytkowego browaru. Wskaźnikiem potrzeb w sektorze „gospodarka mieszkaniowa” była liczba mieszkańców, którzy oczekiwali na własne lokum oraz stan zachowania istniejącej zabudowy. Uszeregowane priorytety wskazujące ważność konkretnych zadań były następnie przesyłane do władz wykonawczych, które mogły w ten sposób ustalić wstępnie priorytety do propozycji budżetowej. Na przykład w 1997 r. najwięcej głosów mieszkańców otrzymały: gospodarka mieszkaniowa (44 punkty w skali miasta), brukowanie ulic (42 punkty) oraz gospodarka ściekowa (30 punktów).
Tabela 2. Priorytety budżetu Porto Alegre w latach 1996–2003, na podstawie: Prefeitura Municipal Porto Alegre 2003, http://www.portoalegre.rs.gov.br/.
Rok
Pierwszy priorytet Drugi priorytet Trzeci priorytet
2003
mieszkania edukacja brukowanie ulic
2002
mieszkania edukacja brukowanie ulic
2001
brukowanie ulic mieszkania kanalizacja, ścieki
2000
mieszkania brukowanie ulic ochrona zdrowia
1999
kanalizacja, ścieki brukowanie ulic mieszkania
1998
brukowanie ulic mieszkania kanalizacja, ścieki
1997
mieszkania brukowanie ulic kanalizacja, ścieki
1996
brukowanie ulic kanalizacja, ścieki regulacje podstawowe
Jak widać z porównania priorytetów, ulegały one co roku zmianie, ale polityka mieszkaniowa, edukacja, budowa ulic w biednych dzielnicach i kanalizacja niezmiennie należały w opinii mieszkańców do najważniejszych zadań samorządu. Na przykład podczas zebrań w roku 2004 mieszkańcy dokonali następującego uszeregowania zadań: mieszkania (pierwszy priorytet), edukacja (drugi), pomoc społeczna (trzeci), brukowanie ulic (czwarty), rozwój ekonomiczny (piąty), turystyka i transport miejski (obydwa zagadnienia uzyskały jednakową ilość punktów i zostały zakwalifikowane jako szósty priorytet).

W celu wyjaśnienia mechanizmu dystrybucji funduszy miejskich posłużyć się można przykładem sektora brukowania ulic w roku 1997 i dwoma kontrastowo różnymi dzielnicami opisanymi przez Boaventurę de Sousę Santosa. Dzielnica Extremo Sul w Porto Alegre ma małą populację i otrzymuje tylko jeden z czterech możliwych punktów. Dzielnicy Centro przysługuje maksymalna liczba czterech punktów w tym samym dziale. Każdy z uzyskanych wyników mnożony jest przez dwa. Jednak potrzeby mniejszej dzielnicy wynosiły ponad 75%, co było wartościowane czterema punktami. W tym samym czasie potrzeby Centro wynosiły mniej niż 25%, czyli jeden punkt. Oba wyniki były mnożone przez trzy. Mieszkańcy Extremo Sul umieścili brukowanie na pierwszym miejscu listy i uzyskali w ten sposób cztery punkty. Obywatele dzielnicy Centro umieścili ten sektor na ostatnim miejscu listy uzyskując zero punktów. Wyniki pomnożono przez trzy. W rezultacie mniejsza dzielnica zebrała 26 punktów, a ludniejsze Centro 11 punktów. Po obliczeniu wyników ze wszystkich szesnaście dzielnic okazało się, że sektor brukowania uzyskał łączną liczbę 262 punktów, co przełożyło się na sfinansowanie 20 km dróg w całym mieście. Extremo Sul otrzymało 9,9% tej sumy (262: 26 = 9,9%), natomiast Centro 4,2% (262 : 11 = 4,2%). W praktyce oznaczało to 1 985 metrów ulic dla mniejszej dzielnicy i 840 metrów dla większej. Mieszkańcy ustalili następnie, które ulice mają pierwszeństwo.

Tabela 3. Kryteria dystrybucji inwestycji w sektorze brukowania pomiędzy dzielnicami Extremo Sul i Centro w roku 1997.
Dzielnica populacja (x2) potrzeby (x3) priorytet (x3) suma punktów ogólna liczba punktów inwestycje (w%) metry ulic
Extremo-Sul punkty
1
4
4
9,9
1985
wynik mnożenia
2
12
12
26
262
Centro punkty
4
1
0
4,2
840
wynik mnożenia
8
3
0
11

Dzielnica
Ulice (w metrach)
Brukowane
Niebrukowane
Potrzeby (w%)
Humaita/Navegantes
111 704
100 808
16 896
14,35
Noroeste
147 375
146 345
1 030
0,70
Leste
154 545
136 402
18 143
11,74
Lomba do Pinheiro
90 310
39 818
50 492
55,91
Norte
130 910
110 819
20 091
15,35
Nordeste
56 470
37 233
19 237
34,07
Partenon
122 080
98 969
23 111
18,93
Tabela 4. Metoda obliczania potrzeb w sektorze brukowania ulic w Budżecie Partycypacyjnym w Porto Alegre w roku 1999, na podstawie: Prefeitura Porto Alegre 2003, http://www.portoalegre.rs.gov.br/.
Restinga
73 109
65 110
7 999
10,94
Gloria
77 665
45 517
30 148
38,82
Cruzeiro
71 658
62 325
9 333
13,02
Cristal
28 590
27 420
1 170
4,09
Centro-Sul
178 710
128 710
50 000
27,98
Extremo-Sul
183 290
40 148
143 142
78,10
Eixo da Baltazar
83 145
81 555
1 590
1,91
Sul
147 015
130 446
16 569
11,27
Centro
346 155
345 015
1 140
0,33
Ogólna liczba
2 008 731
1 598 640
410 091

Trzeci etap trwał od końca maja do lipca. Podczas dzielnicowych i tematycznych zgromadzeń mieszkańców reprezentanci zarządu miasta przedstawiali szacunkowe wpływy do przyszłorocznego budżetu oraz największe wydatki, które zawsze muszą być ponoszone: pensje sektora publicznego, kontynuacja bieżących inwestycji oraz inne koszty stałe wynikające z konstytucyjnie określonych sum łożonych przez samorząd na służbę zdrowia, transport i edukację, zwykle jest to w sumie 75–80% rocznego budżetu. Wysokość lokalnych podatków uzgadniano z uczestnikami zebrań mieszkańców, natomiast decyzje dotyczące płatności podatkowych na rzecz władz stanowych i federalnych należały do kompetencji burmistrza i rady miasta. Podatki miejskie, zawierające podatek od użytkowania gruntów (IPTU), podatek od usług (ISS) i podatek od nieruchomości (ITBI), stanowią w Brazylii 15% dochodów budżetowych samorządu, pozostałe źródła dochodu pochodzą z przekazywania miastom części podatków federalnych i stanowych. Od roku 1994 rząd centralny uzyskał możliwość kontrolowania budżetów samorządowych poprzez wprowadzenie nowego podatku od transferu federalnych i stanowych podatków na lokalne inwestycje. Jest to tak zwane prawo o odpowiedzialności fiskalnej (LRF), które doprowadziło do ponownej centralizacji państwa. Porto Alegre stało się względnym zwycięzcą dzięki temu, że jest stolicą bogatego stanu i ma zdolność uzyskania przychodów wystarczających do utrzymania tempa zwiększonych wydatków i związanych z tym obciążeń fiskalnych[29].
Dyskusje i głosowania podczas letniej tury zebrań dotyczyły wybranych wcześniej przez zebrania pośrednie projektów. W trakcie tych zgromadzeń wybierano radnych do Rady Budżetu Partycypacyjnego (COP), po dwóch z każdej dzielnicy, wraz z dwoma zastępcami, po dwóch z każdego zgromadzenia tematycznego, oraz ich dwóch zastępców. Radni COP zaczynali opracowywać projekt budżetu i plan inwestycji na podstawie dyrektyw uchwalonych przez mieszkańców. W skład Rady wchodziło 32 radnych dzielnicowych, dziesięciu tematycznych, jeden przedstawiciel UAMPA, jeden przedstawiciel związku zawodowego pracowników samorządowych SIMPA (Sindicato dos Municipários de PoA) oraz dwóch przedstawicieli zarządu miasta (bez prawa głosu). W drugiej połowie lipca nowi radni przejmowali stanowiska i od tego momentu do pierwszej połowy września brali udział w szkoleniu na temat budżetu. Radny nie otrzymywał pieniędzy i mógł być wybrany tylko dwa razy. Rotacja radnych miała zapobiegać ich alienacji oraz zapewnić przyrost doświadczonych działaczy społecznych. Mandat radnego był odwoływalny w każdej chwili, a decyzja o tym zapadała podczas zwoływanego specjalnie w tej sprawie zgromadzenia mieszkańców. Informacja o zebraniu odwoławczym musiała być ogłoszona z wyprzedzeniem piętnastu dni, radny odwoływany był większością dwóch trzecich głosów w obecności quorum, które wynosiło 50% liczby osób wybierających radnego plus jeden. Każdy z radnych był wyposażony w pisemne instrukcje od zebrania mieszkańców, które go wybrało.
Rada koordynowała i organizowała proces tworzenia budżetu według wskazań obywateli. Odbywały się cotygodniowe spotkania, a Gabinet Planowania Miasta (GAPLAN) pomagał w sumowaniu i grupowaniu dyrektyw uchwalonych na zebraniach mieszkańców. Rada COP musiała informować Fora Regionalne i Fora Tematyczne o przebiegu dyskusji oraz prosić je o pisemne opinie na temat konkretnych decyzji. Radni badali, opiniowali i wysuwali propozycje dotyczące zmian w całości albo części polityki podatkowej miasta. Uporządkowywano priorytety mieszkańców, preferowane przez nich inwestycje zestawiano w listy dzielnicowe i tematyczne, a następnie porównano z możliwościami finansowymi i prawnymi. W Radzie Budżetu Partycypacyjnego najbardziej zagorzałe dyskusje toczyły się w sprawach dotyczących rozłożenia inwestycji w mniejszych okręgach i w dzielnicach. Oczywiście, ustalenie krótkoterminowych priorytetów lokalnych i sektorowych na najbliższy rok nie tworzyły polityki ogólnej, nawet wtedy, gdy priorytety zostały ustalone bardzo starannie. Ustalanie polityki ogólnej, strategicznej i długoterminowej, dotyczącej struktury i organizacji miasta, odbywało się w związku z tym podczas zebrań tematycznych. Większość środków z budżetu partycypacyjnego przeznaczano na bieżące inwestycje, np. w 1991 r. 70% zasobów przekazano na zaspokojenie pilnych potrzeb w dzielnicach uznanych za priorytetowe[30]. Z kolei Delegaci Forów Regionalnych i Forów Tematycznych, którzy przekazywali informacje od Rady Budżetu Partycypacyjnego mieszkańcom swych regionów i członkom stowarzyszeń, zbierali ich uwagi i przekazywali je Radzie.
Postulaty były analizowane przez GAPLAN pod względem technicznym, finansowym i prawnym. Uwzględniano trzy wskaźniki planowania: pierwszy wspomagał podział zasobów między dzielnice, ulice, osiedla; drugi dotyczył strukturalnych i wieloletnich inwestycji obejmujących swym zasięgiem całe miasto i wymagających finansowania w przyszłości; natomiast trzeci wskaźnik pochodził od zarządu miasta i określał potrzeby administracji. Każda propozycja została szczegółowo opisana. W sierpniu i wrześniu radni COP poddawali projekt budżetu pod dyskusję na zebraniach z mieszkańcami dzielnic. Zbierano komentarze i sugestie osób, których dotyczył dany problem, i nanoszono ostatnie poprawki. Następnie COP przyjmowała je, głosowała nad projektem budżetu i przekazywała go burmistrzowi. Jego zadaniem było przedstawienie projektu radzie miasta, która wstępnie określała przychody na następny rok. Wprowadzanie budżetu pod obrady rady miasta miało miejsce 30 września. Do końca listopada trwała dyskusja nad jego przyjęciem, choć z racji popularności systemu partycypacji nie zdarzyło się, aby rada odrzuciła uchwalony wcześniej projekt budżetowy. Był on zatwierdzany przed 30 listopada.
Następnym krokiem było zdefiniowanie Planu Inwestycyjnego (Plano de Investimentos e Serviços), co odbywało się między 30 października a 30 grudnia i kończyło proces decyzyjny. Od września do grudnia COP przygotowywała Plan Inwestycyjny wedle kryteriów zgromadzeń dzielnicowych i tematycznych, liczby mieszkańców w poszczególnych dzielnicach i stwierdzonych braków w infrastrukturze. Radni COP brali udział w debacie rady miasta i przypominali im o zwierzchności zgromadzeń mieszkańców nad władzą wykonawczą przez zachęcanie tych ostatnich do przychodzenia na obrady i organizowania demonstracji przed salą obrad. W tym miejscu demokracja bezpośrednia spotykała się z przedstawicielską, choć w całym procesie budżetowym to zorganizowani tematycznie i geograficznie mieszkańcy wskazywali organom administracji zakres ich przyszłorocznego działania.
Oprócz zgromadzeń budżetu partycypacyjnego w Porto Alegre organizowano również kongresy programowe. Ponieważ większość dyskusji w ramach spotkań budżetowych koncentrowała się na infrastrukturze, wprowadzono dodatkowe konferencje poświęcone rozważeniu innych problemów. Tematem były zwykle dalsze kierunki rozwoju miasta. Pierwszy kongres odbył się w grudniu 1993 r., zgromadził 1 500 uczestników i 548 wydelegowanych przedstawicieli różnych organizacji. Tematem były zmiany w administracji, finanse i nowe formy partycypacji. Jego rezultatem był m.in. nowy podział miasta, wprowadzenie zebrań tematycznych i nowa polityka podatkowa. Drugi kongres miejski odbył się w 1995 r. z udziałem 2 700 uczestników i 331 delegatów organizacji. Tematem było zdrowie, planowanie przestrzenne i polityka mieszkaniowa. Trzeci kongres, z udziałem 8 780 osób, zorganizowano w czerwcu 2000 r.[31]. Dyskutowano nad problematyką edukacji, turystyki i praw człowieka. Konferencje dotyczące edukacji odbyły się w tym samym czasie w całym stanie Rio Grande do Sul, angażując 60 tys. ludzi, którzy przedyskutowali projekt demokratyzacji szkolnictwa i wybrali 9 tys. delegatów na regionalne i miejskie konferencje, podzielone na ponad sto grup roboczych. Konferencje dały wynik w postaci programu Samodzielności Wyborczej Szkoły, polegającego na demokratyzacji zarządu poszczególnych szkół, upowszechnieniu dostępu do nich i zmianach w programie nauczania. Okazało się, że koszty stałe samorządu też można uspołecznić. Demokratyzacja zarządu szkół przybrała formę bezpośredniego wyboru dyrektora i wicedyrektora oraz rady szkoły przez nauczycieli, pracowników technicznych, rodziców i uczniów. Proces konstruowania polityki lokalnej poprzez partycypację nie był pozbawiony konfliktów. Na przykład projekt Samodzielności Wyborczej Szkoły napotkał na opór ze strony tych nauczycieli, którzy chcieli trzymać się tradycyjnych metod, natomiast ministerstwo edukacji zakwestionowało wydatki szkolne na materiały dotyczące samorządności[32].
W latach 1997–1999 Gianpaolo Baiocchi z Uniwersytetu Wisconsin-Madison przeprowadził, na reprezentatywnej grupie 1 039 uczestników, badania socjologiczne mieszkańców Porto Alegre mające na celu ustalenie profilu przeciętnego uczestnika systemu budżetu partycypacyjnego[33]. Próbował też wyjaśnić kwestię ewentualnych możliwości zdominowania procesu decyzyjnego przez dane grupy uczestników oraz ich rzeczywisty udział w zgromadzeniach. Jeden z głosów krytycznych wobec demokracji uczestniczącej zwraca bowiem uwagę na to, że istniejące przykłady nierówności społecznych mogą być reprodukowane jako nierówności w uczestniczeniu i że proces uczestnictwa może nawet posłużyć jako uzasadnienie tych nierówności. Okazało się, że szczególnie liczną grupę uczestników stanowią mieszkańcy biednych dzielnic, w 1998 r. aż 14 tys. uczestników oficjalnych zgromadzeń wywodziło się ze środowisk niezamożnych. Osoby o najniższych dochodach stanowiły 29% populacji miasta i 43% uczestników zgromadzeń. Nie było to specjalnie zaskakujące, ponieważ poziom zorganizowania był najwyższy właśnie wśród najuboższych i to oni stali się pionierami demokracji uczestniczącej.
Kobiety stanowią 53% mieszkańców Porto Alegre i ponad 50% uczestników zgromadzeń. O ile badania ankietowe wykazały, że pomiędzy biednymi i bogatszymi uczestnikami występuje niewielka różnica, to daje się jednak zauważyć wyraźną dysproporcję między kobietami i mężczyznami. I tak:

na 362 bogatszych mężczyzn – 153 zabiera głos
na 136 biednych mężczyzn – 54 zabiera głos
na 339 bogatszych kobiet – 114 zabiera głos
na 178 biednych kobiet – 55 zabiera głos.

Inną determinantą przesądzającą o tym, czy dana osoba zabiera głos, okazał się staż, czyli kilkuletnie zaangażowanie w budżet partycypacyjny. Okazało się, że:

wśród 49 bogatszych mężczyzn z minimum pięcioletnim stażem – 35 zabiera głos
wśród analogicznej grupy 44 bogatszych kobiet – 23 zabiera głos wśród 15 biednych mężczyzn z dłuższym stażem – 12 zabiera głos
wśród 16 biednych kobiet z dłuższym stażem – 9 zabiera głos.

Pozwala to zaobserwować, że każdy kolejny rok uczestnictwa ośmielał ludzi do brania aktywnego udziału w zgromadzeniach. Choć płeć pozostaje czynnikiem determinującym aktywność, to jednak udział kobiet w dyskusjach zwiększała się wprost proporcjonalnie do liczby lat spędzonych przy pracach nad budżetem partycypacyjnym, rosnąc z każdym rokiem o 7%. Baiocchi odkrył niewielką, ale znaczącą tendencję faworyzowania mężczyzn, tych lepiej sytuowanych i lepiej wykształconych. Zostało to jednak w dużym stopniu zniwelowane przez doświadczenie uczestnictwa: pomiędzy tymi wybranymi, którzy mieli pięć lub więcej lat doświadczenia w uczestnictwie, rozbieżność klasy i płci przestawała odgrywać decydującą rolę. Dla porównania, w niewielkim szwajcarskim kantonie Glarus, gdzie zgromadzenie wszystkich dorosłych obywateli odbywa się raz do roku, kobiety stanowią zaledwie jedną trzecią uczestników. Podobnie jak w kilku innych kantonach, zebranie mieszkańców przegłosowuje lokalne przepisy (np. kwestie polowań), podatki, wybiera sędziów oraz decyduje o większych inwestycjach. Jeśli chodzi o frekwencję, to np. w 1996 r. stawiła się jedna czwarta ogółu uprawnionych. W podobny sposób mieszkańcy stanowią tam prawa od XIV w. (do połowy lat siedemdziesiątych XX w. bez udziału kobiet), spotykając się w jedną z wiosennych niedziel na wielkiej łące[34]. Baiocchi stwierdził również, że koszty psychologiczne uczestnictwa, a dokładniej zabierania głosu, są większe dla osób ubogich i niewykształconych, które w sytuacji zabierania głosu po osobach wykształconych czują się niepewnie i obawiają się ośmieszenia. Znaczącym czynnikiem okazał się kapitał kulturowy w rozumieniu poziomu edukacji: osoby z podstawowym wykształceniem dominowały podczas zebrań dzielnicowych, osoby ze średnim lub wyższym wykształceniem były liczniej reprezentowane podczas zebrań tematycznych. Z kolei Adalmir Marquetti odkrył, że „Fora Delegatów w Porto Alegre składają się głównie z ludzi z niskimi kwalifikacjami, emerytów i nauczycieli”[35]. Rebecca Abers, opisując funkcjonowanie budżetu partycypacyjnego, oceniła, że 60% uczestników zebrań żyje w sześciu dzielnicach Porto Alegre, które mają długą tradycję protestów antyrządowych i sąsiedzkiego aktywizmu[36]. Okazało się, że bieżące projekty związane z małą infrastrukturą budziły większe zainteresowanie mieszkańców niż długoterminowa polityka miejska. Pomimo wskazanych ograniczeń, zgromadzenia tematyczne i konferencje miejskie uzyskały w następnych latach rozsądne poziomy uczestnictwa (od kilku do 10 tys. osób), chociaż nie koncentrowały się na zadaniach osiąganych w krótkim czasie.
Początkowo we wspólnotowym zarządzaniu Porto Alegre brało udział zaledwie 976 osób (rok 1990), choć już w następnym roku liczba ta wzrosła do 3 tys. Poziom uczestnictwa obywatelskiego wzrastał z każdym rokiem, w roku 1993: było to 12 tys., w 1997 r. 16 tys., w 1999 r. 20 tys., w 2000 r. ponad 27 tys.[37], w 2002 r. 30 tys.[38], by w 2004 r. osiągnąć liczbę 50 tys. zarejestrowanych uczestników[39], z których ponad 20 tys. spotkało się podczas wiosennej rundy zebrań[40]. Szacuje się, że grono osób zaangażowanych w ten proces było kilkakrotnie większe, gdyż obejmowało uczestników spotkań nieformalnych na poziomie kamienicy, ulicy, osiedla czy stowarzyszenia, co nie zostało ujęte w statystykach. Boaventura de Sousa Santos oceniał, że w roku 1998 w zebraniach pośrednich uczestniczyło w sumie około 100 tys. mieszkańców[41]. W roku 2000 było to już około 150 tys. osób[42], zaś w latach 2001–2004 we wszystkich zebraniach oficjalnych i pośrednich uczestniczyło za każdym razem od 150 do 200 tys. mieszkańców[43]. Ich opinie reprezentowali na oficjalnych zebraniach wybrani delegaci. Prawdą jest, że stosunkowo mały procent ogółu uprawnionych do głosowania uczestniczył we wszystkich zebraniach, ale równocześnie sondaże opinii publicznej wskazywały, że 85% ankietowanych mieszkańców uważało nową formę demokracji uczestniczącej za „dobrą rzecz”[44]. Wkrótce miało się okazać, że aprobata dla budżetu partycypacyjnego była większa niż poparcie dla władz lokalnych.
Ponieważ mieszkańcy sami ustalali, które obiekty infrastruktury chcą ulepszyć czy zbudować, a także kontrolowali wydawanie pieniędzy miejskich, mogli oczekiwać, że ich potrzeby będą lepiej zaspokajane. Stopniowo miasto stało się czystsze i bogatsze. Rynsztoki, w których płynęły ścieki, zostały zastąpione przez rury kanalizacyjne. Wiadomo, że dostęp gospodarstw domowych do wody bieżącej wzrósł z 78% w 1989 r. w skali miasta do 99% w roku 1999. Dostęp do sieci kanalizacyjnej wzrósł z 46% w 1989 do 83% w 2000 r. Brukowanie ulic osiągnęło 30 km rocznie. Liczba dzieci objęta systemem edukacji wzrosła do 100%. W 1988 r. funkcjonowało zaledwie 29 miejskich szkół publicznych, w 2004 r. było ich 92[45]. Wywóz śmieci, przed rokiem 1989 jeden z największych problemów, został zapewniony wszystkim mieszkańcom. Miasto umożliwiło 98% populacji dostęp do energii elektrycznej, a 44% ścieków zagospodarowywanych jest ponownie. W 1988 r. było zaledwie trzynaście społecznych centrów zdrowia, w 2004 r. funkcjonowało ich 164[46]. W latach 1989–2000 liczba realizowanych inwestycji mieszkaniowych wzrosła o 335%[47]. Finansowano wiele wspólnotowych żłobków i przedszkoli, a także amatorskich inicjatyw kulturalnych i sportowych, powstały osiedla komunalne. Skończono z amnestiami podatkowymi dla najlepiej zarabiających. Wcześniej podatki były praktycznie na jednakowym poziomie dla wszystkich mieszkańców miasta. Nowe podatki, progresywne, rosły odtąd wraz ze wzrostem poziomu dochodów i standardu mieszkania. Dzięki temu dochody do kasy miejskiej wzrosły o 142%. Prywatni przedsiębiorcy musieli wziąć odpowiedzialność za społeczne konsekwencje swej działalności. Kiedy grupa Multiplan chciała wybudować centrum handlowe i rozrywkowe „Shopping Center” na obszarze 52 tys. metrów kwadratowych, musiała wcześniej na własny koszt postawić mieszkania dla 600 rodzin zamieszkujących obszar, gdzie miała powstać inwestycja. Co więcej, na budowie musieli zostać zatrudnieni bezrobotni z tej właśnie dzielnicy. Delegacje przyszłych lokatorów co tydzień kontrolowały postępy i poziom prac budowlanych. Wzrosły wydatki inwestycyjne miasta, w związku z tym sekretariat municypalny SECAR musiał zaciągnąć kredyty. W latach 1993–2000 pożyczono 300 mln dolarów od międzynarodowych instytucji finansowych, 103 mln od Inter-American Development Bank (IADB) oraz 31 mln od regionalnego funduszu FONPLATA[48].
Demokracja uczestnicząca nie jest systemem idealnym. Zasadniczym problemem okazał się fakt, że proces partycypacyjny nie pozwala zgromadzeniom lokalnym na przeprowadzanie własnej ekspertyzy, tzn. ustalenie samemu, co jest technicznie wykonalne i korzystne. Służby techniczne pozostały zależne od władz miejskich. Własne ekspertyzy sporządzały tylko duże stowarzyszenia i związki zawodowe, które mogły sobie pozwolić na wynajęcie odpowiednich specjalistów. Inżynierowie, architekci, urbaniści i prawnicy interweniowali regularnie, oczywiście nie w kwestiach polityki ogólnej i podziału funduszy, ale w sprawach dotyczących poprawności lub wykonalności tego czy innego projektu. Zebrania mieszkańców przyjmowały uchwały o natychmiastowej budowie domów lub innych inwestycjach na terenach, które od lat są zajmowane przez nielegalne osiedla (favelas i vilas), lecz w dalszym ciągu stanowią wyłączną własność kilku zamożnych rodów. Budżet partycypacyjny nie dawał jednak obywatelom władzy decydowania o wywłaszczeniu pod zabudowę mieszkaniową terenów, które nie są użytkowane przez prywatnych właścicieli. Prawnicy miejscy anulowali podobne uchwały, niemniej rozpoczęto żmudne i długotrwale procedury wykupu gruntów. Zdarzało się, szczególnie we wczesnych latach funkcjonowania partycypacji, podejmowanie przez mieszkańców decyzji o realizacji projektów bez konsultacji ze specjalistami. Niestety, zapominano czasem zwrócić uwagę na niektóre aspekty planowania. Na przykład wybór opcji asfaltowania ulic spowodował, że wiele nawierzchni stało się nieprzepuszczalnych, więc w porze deszczowej w okolicach zdarzały się powodzie. Pojawił się też problem kanalizacji: stworzono wiele kilometrów rur kanalizacyjnych, ale zabrakło środków na stację uzdatniania ścieków. Wspomniane błędy udało się naprawić w kolejnych latach[49].
Podczas kadencji burmistrza Tarso Genro miasto położyło większy nacisk na rozważenie technicznych możliwości wykonalności propozycji, a specjaliści starali się przedstawić mieszkańcom w jasny sposób różne opcje i przewidywane oddziaływanie projektów na inne dzielnice. Profesjonaliści musieli w związku z tym modyfikować swój żargon techniczny, aby stał się zrozumiały dla mieszkańców, którzy przez to mogli lepiej zrozumieć pewne zagadnienia i przyjąć odpowiednie dla swoich potrzeb stanowiska. Zgromadzenia tematyczne dla całego miasta, podczas których rozważano wieloletnie plany inwestycyjne – bardziej skomplikowane, wymagające większej liczby ekspertyz – umożliwiały jednak burmistrzowi i administracji promowanie własnych pomysłów na rozwój miasta. Techniczna złożoność kwestii dyskutowanych na otwartych zebraniach tematycznych przeszkadzała w aktywnym uczestnictwie osób i grup, którym brakowało wystarczającego wykształcenia lub doświadczenia. Brian Wampler[50] wskazał, że mieszkańcy uczestniczący w tych spotkaniach zwykle nie proponowali i nie dyskutowali na temat spraw własnego pomysłu, ale najczęściej debatowali i głosowali nad propozycjami administracji lub rzeczników danej polityki, dużego związku czy federacji stowarzyszeń. Rozwiązaniem problemu byłoby uniezależnienie zebrań mieszkańców od ekspertyz służb miejskich. Mieszkańcy potrzebowali niezależnych, chociaż finansowanych z budżetu, ośrodków doradczych, które powinnyby opiniować możliwości techniczne zrealizowania jakiegoś projektu lub możliwości utrzymania i zarządzania taką czy inną infrastrukturą. To prawdopodobnie jedno z największych zaniedbań administracji Porto Alegre.
W pierwszych latach funkcjonowania budżetu partycypacyjnego jednym ze źródeł konfliktów stały się również ograniczone środki finansowe, które nie sprzyjały promowaniu postaw solidarnych. Żądania podwyżki pensji dla nauczycieli oznaczały ograniczenie sum pieniędzy dostępnych dla programu partycypacji mieszkańców[51]. Kolejnym wyzwaniem był problem czasu, który trzeba poświęcić na organizowanie spotkań, akcje informacyjne i edukacyjne, debaty, negocjacje i kolejne tury głosowań. Demokracja uczestnicząca usprawniła proces podejmowania decyzji, ale niekoniecznie przyspieszała. Rosnący stopień uczestnictwa obywateli zwiększał jednak prawdopodobieństwo, że dany problem znajdzie właściwe rozwiązanie. Działo się tak, ponieważ system partycypacyjny uwzględnia opinie ludzi, którzy z danym problemem borykają się na co dzień. W ten sposób biedni najlepiej przyczyniali się do diagnozy ubóstwa, uczniowie oraz ich rodzice oceniali szkoły, pracownicy mogli dzielić się trafnymi spostrzeżeniami na temat podniesienia efektywności przedsięwzięć gospodarczych. Nie ma dowodów na to, by proces partycypacji sam w sobie powodował opóźnianie prac inwestycyjnych. Rebecca Abers zanotowała następującą wypowiedź delegata mieszkańców:

Wiesz, zanim zaczęto się dokładnie rozliczać z postanowień budżetu partycypacyjnego, nikt nie wiedział, co pójdzie do realizacji w tym roku. Nie było wcześniej żadnych opóźnień, ponieważ nie było terminu ukończenia prac[52].

Innymi słowy, przejrzystość budżetu partycypacyjnego dała ludziom świadomość opóźnień, które i tak mogłyby powstać i być o wiele groźniejsze.
System demokracji uczestniczącej w Porto Alegre nie był nigdy uważany za ukończony – pozostawał w fazie nieustannej rozbudowy, ulegał ciągłym przemianom. Dzięki aktywności obywateli, jawności działań, rzeczowej informacji o dochodach i wydatkach, jak również posłuszeństwu administracji decyzjom obywateli, wydawał się ciągle projektem rozwojowym, który nie ujawnił jeszcze wszystkich swoich możliwości. Dowodem sukcesu systemu demokracji uczestniczącej stały się wskaźniki jakości życia, znacznie wyższe dla Porto Alegre w stosunku do reszty Brazylii w roku 1999:

Tabela 5. (Opracowała Patrycja Satora na podstawie: stron internetowych stanu Rio Grande do Sul, http://www.estado.gov.br, Rady Miasta Porto Alegre, http://www.portoalegre.rs.gov.br oraz Banku Światowego, http://www.urbanweb.worldbank.org/. Zob. P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 75).
Porto Alegre
cała Brazylia
długość życia
71,4 lat
67,3 lat
śmiertelność niemowląt
14,84 na 1000 urodzeń
33 na 1000 urodzeń
alfabetyzacja
91%
86%
dostęp do wody
99%
72%

Partia Pracowników (PT) czterokrotnie wygrała wybory do ratusza. W 1992 i 1996 PT wybierała własnego burmistrza w zarządzie miasta. Tarso Genro, zastępca burmistrza w pierwszej kadencji, został wybrany burmistrzem w następnej, a Raul Pont (przewodniczący związku nauczycieli i członek PT), jego dotychczasowy zastępca w dwóch kadencjach, sam stanął na czele władzy wykonawczej w trzeciej kadencji Partii Pracowników. W wyborach samorządowych 29 października 2000 r. PT wygrała w trzynastu z szesnastu dużych miast, w których startowała (włączając Sao Paulo) i rozpoczęła rządy w sześciu stolicach stanowych.
Sukcesy w mieście spowodowały, że w roku 1999 projekt został rozszerzony na cały stan Rio Grande do Sul. Zasady demokracji uczestniczącej zaczęto wprowadzać w innych miastach Brazylii: Belo Horizonte, San Andre, Sao Paulo, Diadema, Minas Gerais, Londrina, Recife. Przed rokiem 2004 było już w tym kraju ponad 120 miast z budżetem partycypacyjnym, ale tylko w jednej trzeciej przypadków oddano mieszkańcom 100% środków budżetowych na inwestycje, jak w Porto Alegre. W Belo Horizonte było to 50%, w Recife tylko 10%.
Efekty wprowadzenia partycypacji w mieście Belo Horizonte opisał miejscowy dziennikarz Renan Antunes de Oliveira:

Liczba uczestników zgromadzeń była tak duża, że politycy zaakceptowali ich decyzje. Po tych zgromadzeniach nastąpiła prawdziwa rewolucja bez jednego wystrzału. Przez ponad dwanaście lat kolejni burmistrzowie zarzucali przedsięwzięcia na wielką skalę, by zainwestować w ponad tysiąc małych i średnich projektów – z których 75% zostało już ukończonych[53].

Z wyborem Luiza Inacio da Silvy, zwanego Lulą, kandydata Partii Pracowników, na prezydenta Brazylii jesienią 2002 r. łączono nadzieje na radykalną poprawę sytuacji najbiedniejszych obywateli i demokratyzację państwa, ale, niestety, przeliczono się. Rząd wyłoniony przez PT nie oznaczał przełomu. Nawet inicjatywy i pomysły mieszkańców Porto Alegre, które sprawiły, że wpływy z lokalnych podatków wzrosły o 142%[54], okazały się niewystarczające dla zaspokojenia olbrzymich potrzeb i oczekiwań mniej zamożnych obywateli. Rządząca państwem Partia Pracowników kontynuowała politykę zgodną z dyrektywami Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Przy tak licznych ograniczeniach ze strony władzy centralnej pojawiło się ryzyko, że demokracja uczestnicząca stanie się alibi dla antyspołecznej polityki rządu, rodzajem niewielkiego getta dla aktywności społecznej. Partia Pracowników przez piętnaście lat wygrywała wybory samorządowe w Porto Alegre, ponieważ prezentowała się wyborcom jako gwarant budżetu partycypacyjnego. Po wielu latach utrzymywania się przy władzy, koncentrując się na społecznych i politycznych wymiarach rządów miejskich, lewica nie zwróciła dostatecznej uwagi na finansową samowystarczalność miasta i pojawiające się problemy w procesie decyzyjnym. PT zaczęła tracić sympatyków, najpierw wśród klasy średniej, potem wśród tych, którzy byli głównymi beneficjantami strategii „odwróconych priorytetów inwestycyjnych”, czyli dawania pierwszeństwa biedniejszym dzielnicom i sektorom publicznym. Kandydat Partii Pracowników na burmistrza, poprzedni burmistrz (obecny sekretarz generalny PT), Raul Pont, wskazał na rozczarowanie rządem federalnym jako jedną z przyczyn utraty społecznego poparcia. Jesienią 2004 r. ogłosił on, że pozostaje rzecznikiem demokracji uczestniczącej, ale „krytycznie popiera” politykę prezydenta Luli i kierownictwa partii. Powiązanie demokracji uczestniczącej z polityką na szczeblu federalnym okazało się chybionym pomysłem. Dotychczasowi zwolennicy odpowiedzieli bojkotem lub oddaniem głosów na inne ugrupowania w wyborach samorządowych. Wybory zakończyły się porażką partii. Kandydat PT otrzymał 46% głosów w drugiej turze, chociaż prowadził w pierwszej. Burmistrzem został senator José Fogaça z Ludowej Partii Socjalistycznej (53, 32% głosów), znany krytyk demokracji uczestniczącej Porto Alegre i Światowych Forów Społecznych. Ludowa Partia Socjalistyczna została założona przez komunistów i do roku 2004 pozostawała w koalicji z PT. Podczas kampanii wyborczej Fogaça obiecał, że uszanuje zasady demokracji uczestniczącej. W ten sposób odebrał jeden z argumentów swojemu rywalowi i uniknął konfrontacji z setkami organizacji obywatelskich.
Konflikt dotyczący perspektyw i potencjału demokratycznego uczestnictwa obywateli dał o sobie znać wkrótce po ogłoszeniu wyników wyborów. Centrolewicowa koalicja kilkunastu partii, która objęła władzę po porażce PT, wylansowała nowy układ zwany lokalnym zarządem solidarnym (governanca solidaria local), chwalony przez Bank Światowy i Unię Europejską, ale silnie krytykowany przez lokalne organizacje sąsiedzkie, związki zawodowe, organizacje pozarządowe i wielu najbardziej aktywnych uczestników partycypacyjnej procedury budżetowej. Podczas kampanii wyborczej nowy burmistrz zobowiązał się do utrzymania programu społecznej partycypacji, a także do politycznego i logistycznego wsparcia dla Światowych Forów Społecznych. Hasłem burmistrza było „utrzymajmy to, co się sprawdziło, i zmieńmy to, co nie działa”[55]. Pierwsza próba likwidacji budżetu partycypacyjnego w początkach roku 2005 spotkała się z protestami mieszkańców, więc burmistrz wycofał się z tego pomysłu. Zadeklarowane zaangażowanie nowych władz w kontynuowanie procesu partycypacji nigdy jednak nie znalazło potwierdzenia w praktyce administracji miejskiej. Artykuł opublikowany w grudniowym wydaniu „De Olho no Orçamento” („Pilnowanie Budżetu” ) z 2005 r., biuletynie Centro de Assesoria e Estudo Urbanos (CIDADE), najbardziej aktywnej na polu polityki miejskiej organizacji pozarządowej, podsumowuje to w ten sposób: „Formalne zasady zachowane, ale bez gwarancji dla bezpośredniego uczestnictwa”[56]. Artykuł dokumentuje poważne pogorszenie się procesu partycypacji. Członkowie Rady Budżetu Partycypacyjnego skarżą się, że administracja miejska nie dostarcza im wystarczających informacji, że wybrani i nominowani urzędnicy nie przychodzą na lokalne zebrania i że generalnie w całej administracji odnotowuje się spadek odpowiedzialności dotyczący zasobów finansowych i wykonywania robót publicznych. Mieszkańcom odebrano prawo decydowania o podatkach i opłatach miejskich, przestali też współdecydować o polityce zatrudnienia w administracji. Nowym koordynatorem polityki miasta został mianowany Cesar Busatto, były sekretarz finansów rządu Brazylii w latach 1995–1998, który odpowiadał za rozległe prywatyzacje i hojne zachęty podatkowe dla wielkich korporacji. Powróciły stare praktyki klientelizmu, czyli załatwiania prywatnych interesów i przydzielania kontraktów publicznych w zamian za polityczną wierność.
Innym przejawem tego, że przyszłość budżetu partycypacyjnego nie jest bezpieczna w rękach nowej administracji, stała się ponowna centralizacja władzy decyzyjnej w rękach urzędników. Felisberto Luisi, aktywista społeczny z ponaddziesięcioletnim stażem w procesie tworzenia budżetu partycypacyjnego, przedstawił następujący przykład:

Przedtem Wieloletni Plan Inwestycyjny (Plano Plurianual) [Plan Wieloletni dotyczy ustalenia kierunków i strategii polityki miasta określanych raz na cztery lata – R.G.] był dyskutowany przez zebrania tematyczne mieszkańców i Radę Budżetu Partycypacyjnego, ale w roku 2005 gotowy plan został przysłany radnym przez burmistrza, a nam pozwolono jedynie na dwa spotkania w celu rozważenia tego budżetu. Biuro burmistrza i rada miasta zaczynają odbierać władzę wcześniej przyznaną ludziom[57].

Urzędnicy odpierają te zarzuty, twierdząc, że nowa strategia ma na celu włączenie wszystkich wcześniej „wyłączonych” z procesu decyzyjnego – mając na myśli firmy prywatne, fundacje, uniwersytety, kościoły, stanowe i federalne agencje publiczne oraz zarząd miejski. Organizacja CIDADE argumentuje, że jest to „równoznaczne z odrzuceniem władzy ludu, która zawsze charakteryzowała budżet partycypacyjny w Porto Alegre”. Jednocześnie burmistrz Fogaça wdrożył nową politykę, która przedkłada stabilność finansową nad potrzeby społeczne wykluczonych. Usługi publiczne zostały powierzone korporacjom (włącznie z wydziałami mieszkalnictwa, wodociągów i usługami sanitarnymi), które coraz częściej działają jako prywatne spółki. Miasto oferuje ulgi podatkowe wielkim firmom i promuje partnerstwo publiczno-prywatne jako sposób na wsparcie rozwoju miasta. Pomimo wysiłków zarządu miejskiego, mających na celu spacyfikowanie oporu społeczeństwa, mieszkańcy biednych dzielnic wykorzystują publiczne zebrania jako miejsce konfrontacji z nowym burmistrzem i jego zespołem, żądają, by spełnili postulaty obywateli wyrażone podczas zebrań budżetowych. Forom Delegatów i Radzie Budżetu Partycypacyjnego udało się zachować wiarygodność w oczach mieszkańców mniej zamożnych dzielnic, czego nie można powiedzieć o burmistrzu i radzie miasta. Zwolennicy budżetu partycypacyjnego są jednak podzieleni, a nowa administracja pozyskała wielu uczestników niezależnych ruchów miejskich, oferując im dobrze płatne stanowiska w urzędzie miasta i nowych ciałach doradczych, gdzie – jak przyznaje Cesaro Busatto – „nie ma konfliktów, nie ma wyborów ani delegatów”. Zawiedli radni z ramienia PT, którzy stanowiąc nadal ponad 40% członków rady miasta, nie potrafili wypracować wspólnej strategii; podzieleni po klęsce wyborczej przestali tworzyć liczącą się grupę wsparcia dla uczestników zebrań budżetowych.
W Porto Alegre istnieją obecnie konkurencyjne ośrodki władzy: po jednej stronie barykady znajduje się burmistrz z radą miasta, po drugiej stronie Fora Delegatów z Radą Budżetu Partycypacyjnego, których logika funkcjonowania wyklucza współpracę z nową władzą. Oczywiście, potrzeba stawienia oporu i walki z administracją nie stanowi dla większości obywateli wystarczającej motywacji do udziału w zgromadzeniach publicznych, stąd w roku 2005 w oficjalnych zebraniach budżetu partycypacyjnego uczestniczyło zaledwie 14 tys. zarejestrowanych osób. Z drugiej strony charakter relacji pomiędzy Forami Delegatów, Radą Budżetu Partycypacyjnego i zarządem miasta stał się widoczny, co może się przyczynić do tego, że zwolennicy demokracji bezpośredniej przekonają się o konieczności wypracowania nowej strategii działań. Już teraz uczestnicy zebrań i delegaci zapowiadają organizowanie akcji protestacyjnych pod hasłem: „Oddajcie nam budżet partycypacyjny”. Jednym z proponowanych działań będzie prawdopodobnie przeprowadzenie w przyszłości bardziej radykalnej reformy miejskiego samorządu, porzucenie legalnych procedur lub wymuszenie zmian na poziomie konstytucji. Potrafili to przewidzieć sygnatariusze deklaracji międzynarodowego seminarium poświęconego demokracji uczestniczącej, które odbyło się w Porto Alegre w dniach 10–13 listopada 1999 r. Czytamy w niej m.in.:

Widzimy, że sukces naszych doświadczeń polega na zagwarantowaniu obywatelom bezwarunkowego udziału w procesie społecznej samoorganizacji. Podkreślamy, że konieczna jest obrona autonomii lokalnej władzy, a także zapewnienie, że zasoby budżetowe będą się znajdować w jej gestii. Uczestnictwo obywateli w rządach lokalnych implikuje jednocześnie prawo do decydowania o podatkach jako podstawowy warunek umacniający lokalną autonomię. Chcemy podejmować nowe przedsięwzięcia tego rodzaju, które łączyć będzie przyjaźń, współpraca i solidarność między społeczeństwami[58].
W tym samym czasie pierwsze elementy demokracji uczestniczącej zaczęto adaptować w różnych miastach Ameryki Południowej, Kanady i Europy, lecz nigdzie na tak wielką skalę jak wcześniej w stolicy stanu Rio Grande.



HYDRODEMOKRACJA W STANIE
RIO GRANDE DO SUL

Historia Rio Grande do Sul, najbardziej wysuniętego na południe stanu Brazylii, od stuleci była pełna rebelii, ruchów społecznych, powstań i konstruktywnych utopii. W roku 1998 inspirując się doświadczeniami Porto Alegre, decyzją nowych władz stanowych wprowadzono budżet partycypacyjny. Począwszy od 1999 r. w 497 gminach (municypiach) stanu odbyły się zgromadzenia mieszkańców w celu określenia, jakie inwestycje zostaną podjęte w ich dystrykcie, mieście i całym stanie. Po raz pierwszy na tak dużym obszarze wyznaczano w podobny sposób cele lokalnej polityki. W roku 1999 w 600 zgromadzeniach w ramach budżetu partycypacyjnego wzięło udział ponad 188 tys. obywateli, którzy wybrali 8 469 delegatów, w następnym roku było już blisko 282 tys. uczestników i 14 tys. delegatów. W każdym roku wybierano 204 radnych do stanowej Rady Budżetu Partycypacyjnego[59]. W 2001 r. w bezpośrednich rządach uczestniczyło 378 tys. zarejestrowanych uczestników 670 zebrań, decydując o priorytetach wykorzystania środków publicznych, zaś w roku 2002 około 340 tys. uczestników. Po wdrożeniu partycypacji podniesiono liczbę projektów edukacyjnych i zdrowotnych odpowiednio o 20 i 14%, dofinansowano spółdzielnie rolnicze i spółki wodne.
Historia partycypacyjnego eksperymentu na skalę stanu rozpoczęła się od próby wdrożenia przez władze stanowe i rząd federalny zaleceń ekspertów Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) dotyczących prywatyzacji Companha Riograndense de Saneamento – Stanowej Spółki Oczyszczania CORSAN, świadczącej usługi wodnokanalizacyjne. Była to spółka publiczna zarządzająca dostarczaniem wody uzdatnianej i czystej dla dwóch trzecich populacji stanu, tj. około 6,5 mln ludzi[60]. W tym czasie CORSAN był w złej kondycji, nieudolnie kierowany; obsługa długu zabierała 35% przychodów operacyjnych. Naruszano prawa konsumenta poprzez usuwanie liczników wody w razie niepłacenia rachunków. Były również nadużycia związane z pobieraniem opłat za przyłączenie do sieci kanalizacyjnej. W styczniu 1999 r. połowa z 324 gmin obsługiwanych przez CORSAN miała problemy z niedoborami wody. Przekazanie spółki prywatnemu sektorowi przedstawiano jako jedyną szansę na uratowanie firmy. Na podstawie memorandum dotyczącego polityki ekonomicznej, podpisanego pomiędzy federalną administracją Brazylii i MFW, rząd brazylijski próbował oprzeć państwową politykę oczyszczania na zlikwidowaniu dotacji, na prywatyzacji usług i redukcji ryzyka dla prywatnych inwestorów. Informacje o kolejnej podwyżce opłat za wodę zmobilizowały użytkowników do stawienia oporu planom prywatyzacji. Mieszkańcy Rio Grande do Sul wykorzystali w tym celu zebrania budżetu partycypacyjnego, zażądali odwołania dotychczasowego zarządu CORSAN i wprowadzenia partycypacyjnego zarządzania zasobami wody. W końcu roku 1999 władze stanowe zatwierdziły uchwały zebrań budżetowych i rozpoczęto eksperyment z oddolną kontrolą spółki. CORSAN pozostał w 100% własnością państwową, lecz ustanowiono fora dyskusyjne: Komitety Obywateli-Użytkowników z zadaniem działania na rzecz demokratyzacji informacji i społecznej kontroli nad oczyszczaniem i dystrybucją wody. Celem stało się również promowanie postawy etycznego i świadomego konsumenta, który uczestniczy w zarządzaniu ochroną środowiska i zdrowiem publicznym. Wszelkie programy były od tej pory przygotowywane przez najmniejsze komórki instytucji, omawiane przez pracowników, którzy mają bezpośredni kontakt z osobami korzystającymi z ich usług, następnie uzgadniane z zebraniami użytkowników. Do połowy roku 2002 powstały 84 komitety skupiające 75% użytkowników w całym regionie. Zebrania mieszkańców postanowiły dofinansować spółkę z budżetów gminnych w celu przyłączenia do sieci 700 tys. użytkowników w miastach i 150 tys. na wsi. Zainstalowano liczniki wody w 80% gospodarstw domowych (dwukrotnie więcej niż wynosi średnia krajowa: 40,5%, według raportu Narodowego Systemu Informacji o Oczyszczaniu Środowiska). Systemy kanalizacyjne, które były od lat zapomniane i zaniedbane przez kolejne administracje, podwoiły teraz swoją wydajność przetwarzania ścieków. W 1998 r. ujemny wynik finansowy spółki wynosił 53,6 mln reali brazylijskich, czyli około 27 mln dolarów amerykańskich. Trzy lata później, w 2001 r., CORSAN zamknął rok zyskiem 7,1 mln reali.
W roku 2001 przeprowadzono kolejną mobilizację społeczną przeciw rządowym planom prywatyzacji, założono Narodowy Front dla Publicznego Oczyszczania Środowiska. Podczas zebrań budżetu partycypacyjnego wśród członków związków zawodowych, a nawet w kościołach zbierano podpisy przeciwko rządowemu projektowi Ustawy nr 4147/01 o podporządkowaniu Narodowej Polityki Oczyszczania Środowiska zasadom wolnej konkurencji. 80% uczestników zgromadzeń stwierdziło, że CORSAN powinien pozostać spółką publiczną, tylko 5% uznało, że firmę należy sprywatyzować. Pod protestem podpisało się w ciągu kilku tygodni 720 tys. mieszkańców stanu Rio Grande do Sul, co doprowadziło do odłożenia głosowania nad wyżej wspomnianym projektem ustawy. Niemniej rząd znalazł inny sposób realizacji własnych zamierzeń: w roku 2002 środki na oczyszczanie wody w Brazylii zostały obcięte o 96%[61].
Rząd centralny nie był jedynym problemem. Uczestnicy budżetu partycypacyjnego musieli się zmierzyć z lokalnymi elitami, które walczyły o swój status polityczny niemal od samego początku. Na poziomie stanowym opozycja była bardzo dobrze zorganizowana i wziąwszy pod uwagę niewielkie środki przeznaczone w budżecie stanowym na inwestycje, społeczna partycypacja w Rio Grande do Sul nie była łatwym procesem. Niestety, wiele wskazuje na to, że władze stanowe przestraszyły się radykalizmu wprowadzanych zmian i postanowiły ograniczyć inicjatywę mieszkańców. Poważnym błędem, przyczyną konfliktów i rozczarowania wielu uczestników okazał się fakt, że twórcy stanowego budżetu partycypacyjnego zatrzymali się w pół drogi. W odróżnieniu od Porto Alegre zgromadzenia mieszkańców Rio Grande do Sul nie uzyskały prawa do decydowania o polityce podatkowej stanu. W związku z tym stan ten w dalszym ciągu płacił ponad 15% swojego rocznego budżetu rządowi federalnemu w ramach składki na rzecz obsługi długu zewnętrznego państwa. Kiedy stan Minas Gerais zaproponował moratorium na spłatę długów na początku drugiej kadencji prezydenta Fernando Henrique Cardoso, gubernator Rio Grande do Sul, Olivio Dutra, znany wcześniej z radykalnych wystąpień działacz związkowy i członek PT, odmówił poparcia moratorium. Wbrew żądaniom uczestników budżetu partycypacyjnego, gubernator stanu sprzeciwił się zniesieniu ulg podatkowych wielkim firmom międzynarodowym, takim jak General Motors, Dell, Gerda i innym. Chociaż unikanie płacenia podatków przez firmy jest znacznym problemem, władze stanowe odrzuciły też wniosek dotyczący opublikowania listy firm, które zalegają z płatnościami[62]. Wicegubernator Miguel Rosetto argumentował, że odmowa spłacenia długu spowodowałaby izolację stanu i byłaby uzasadnieniem dla interwencji rządu. Olivio Dutra przekonywał, że najpierw trzeba zbudować szeroki ruch na rzecz renegocjowania długów zaciągniętych przed rokiem 1984 przez dyktaturę wojskową. Wielu wyborców PT było rozczarowanych postępowaniem gubernatora. Reputacji władz stanowych nie uratowała nawet decyzja o odrzuceniu oferty Microsoftu i wprowadzeniu przepisu zobowiązującego instytucje i przedsiębiorstwa stanowe oraz szkoły do korzystania z oprogramowania typu open source.
W październiku 2002 r. Partia Pracowników przegrała wybory stanowe w Rio Grande do Sul. Wygrała centrowa Partia Demokratycznego Ruchu Brazylijskiego (Partido Movimento Democratico Brasileiro – PMDB), obiecując zredukowanie budżetu na promocje, podróże gubernatora, wynajem samochodów i kongresy o 80%, co zresztą zrealizowano, obcinając całkowite koszty administracji o 30%. Nowy gubernator postanowił jednak zlikwidować przy okazji struktury budżetu partycypacyjnego i zastąpić go od roku 2003 programem Consulta Popular, czyli po prostu konsultacjami społecznymi. Różnice pomiędzy partycypacją i procedurami konsultacyjnymi okazały się ogromne. Konsultacje ze społeczeństwem ograniczają się do kontaktów władz z liderami społeczności lub organizacji. Możliwość uczestniczenia w grupie konsultantów jest odgórnie limitowana. Społeczni partnerzy władz są zazwyczaj sprawdzeni i przetestowani – to ci obywatele, którzy mają silną pozycję, są powszechnie znani lub cieszą się rekomendacjami różnych instytucji. Innymi słowy, uczestnictwo w konsultowaniu decyzji ograniczone jest zawsze do pewnej elity. Władze stanowe dysponują niezwykle skromnym zestawem kanałów komunikacji z obywatelami. Są to bezpośrednie spotkania z wybranymi osobami, uroczystości i ciała doradcze. Komunikacja społeczna odbywa się zazwyczaj w jedną stronę. Podobnie jest z udostępnianiem gotowego planu rządowego lub samorządowego do publicznego wglądu i oczekiwaniem na uwagi obywateli. Wyłącznie najsilniejsze lub najbardziej hałaśliwe organizacje i grupy interesów mają szansę na skuteczną interwencję w proces decyzyjny, co zresztą odnosi się do praktyki konsultacji społecznych w niemal wszystkich krajach. Obywatel uczestniczący w procedurze konsultacji społecznej może być recenzentem projektów partyjnych i urzędniczych, ale nigdy ich współautorem.


PARTYCYPACJA WYCENIONA NA 30 ZŁOTYCH

Zabierzów to licząca ponad 5 tys. mieszkańców wieś położona kilka kilometrów na zachód od Krakowa. O tej niewielkiej miejscowości zrobiło się głośno, kiedy władze gminy ogłosiły zamiar przeistoczenia wsi w miasto, poparły pomysł utworzenia pierwszego w Polsce prywatnego dworca kolejowego oraz zamówiły projekt budowy rynku i ratusza. Jedna z inicjatyw zabierzowskiego samorządu została też nazwana „dobrą praktyką” i miała polegać na uspołecznieniu budżetu gminy przy aktywnym udziale mieszkańców. „Systematyczne uspołecznianie budżetu gminy, dokonywane zwyczajowo, spowodowało dostrzeżenie potrzeby stworzenia regulacji prawnych dotyczących włączania się społeczeństwa w tworzenie budżetu. Poważne traktowanie organizacji społecznych i środowisk lokalnych przez radnych i zarząd gminy podczas tworzenia budżetu zaktywizowało mieszkańców gminy i zdopingowało ich do tworzenia organizacji, będących partnerem dla władz gminy” – przekonuje Jan Bereza w artykule pt. Partycypacja społeczna i stymulowanie rozwoju społecznego[63]. Czyżby narodziny polskiego odpowiednika budżetu partycypacyjnego?
Pierwsze wątpliwości pojawiają się podczas wizyty w urzędzie gminy przy ulicy Kolejowej 11, gdzie bardzo trudno zasięgnąć informacji o zebraniach wiejskich i deklarowanej przez władze współpracy z mieszkańcami. Być może jednak nie ma takiej potrzeby, ponieważ obywatele są świetnie poinformowani o działaniach gminnego samorządu? Niestety, z rozmów przeprowadzonych w zakładzie fryzjerskim, w sklepach spożywczych i wśród przypadkowych przechodniów wynika, że prawie nikt nie słyszał o zebraniach mieszkańców i otwartych głosowaniach nad budżetem. Z ponad dwudziestu osób zapytanych o zebrania wiejskie, tylko jedna wiedziała, o czym mówię, i poradziła mi odwiedzenie domu kultury, gdzie mieści się redakcja lokalnej gazety „Znad Rudawy” i gdzie odbywa się większość spotkań. Samorządowe Centrum Kultury i Promocji jest rzeczywiście miejscem, w którym mieszkańcy Zabierzowa spotykają się z sołtysem, czasem z wójtem, i głosują nad lokalnymi inwestycjami. To tutaj dopuszcza się do głosu mieszkańców nie tylko w dniu wyborów. Pytanie brzmi, czy lokalna społeczność wie o tym wszystkim?
Faktem jest, że w roku 1995 po raz pierwszy wyłączono z budżetu gminy fundusze będące do tej pory w dyspozycji wójta i rady gminy. Powstały w ten sposób fundusze sołeckie, stanowiące zazwyczaj od 1 do 2% budżetu gminy. Fundusz sołecki wydzielany jest w zależności od liczby mieszkańców sołectwa – w 2001 r. było to 20 złotych na jednego mieszkańca, w 2002 r. – 25 złotych, w chwili obecnej jest to 30 złotych. Zgodnie z zapisem uchwały Rady Gminy Zabierzów z 28 sierpnia 1996 r. (uchwała nr XXVIII 165/96), regulującej tworzenie ram budżetowych (czynności przygotowawcze do opracowywania projektu budżetu), „rady sołeckie, społeczne komitety, organizacje społeczne, mogą składać wnioski i materiały planistyczne do biura rady gminy w terminie do 15 września roku poprzedzającego rok budżetowy”. Wspomniana uchwała miała dać początek procesowi „uspołeczniania budżetu”. Od tej pory przynajmniej dwa razy do roku organizowane są zebrania wiejskie, którym każdorazowo przewodniczy sołtys. W zebraniach uczestniczy przedstawiciel urzędu gminy, a ich treść jest protokołowana. Zebrania budżetowe odbywają się we wrześniu lub w październiku, mieszkańcy poszczególnych miejscowości zgłaszają i opiniują propozycje wydatków na przyszły rok poprzez uszeregowanie różnych propozycji pod względem ważności lub oznaczanie krzyżykiem akceptowanych projektów. Sołtys wyświetla na ekranie poszczególne propozycje wraz z szacunkowymi kosztami przedsięwzięcia. Zebranie wiejskie zwoływane jest również na wniosek co najmniej jednej piątej mieszkańców mających czynne prawo wyborcze. Z rozmów przeprowadzonych z pracownikami centrum kultury i sołtysem Zabierzowa wynika, że w zebraniach wiejskich uczestniczy od 50–80 osób w mniejszych wioskach (Rudawa, Niegoszowice, Brzezinka) do ponad dwustu osób w samym Zabierzowie. Ostatnie zebranie wiejskie odbyło się w Zabierzowie w dniu 10 października 2006 r. i zgromadziło 214 uczestników. Głosowania dotyczą dofinansowania kolonii szkolnych, remontów dróg i przystanków autobusowych, przebudowy szkoły, budowy kanalizacji (w roku 2005 tylko 45% mieszkańców gminy miało dostęp do kanalizacji sanitarnej)[64]. Uchwały zapadają jawnie, zwykłą większością głosów, z wyjątkiem uchwały w sprawie najmu i dzierżawy mienia wiejskiego, której przyjęcie wymaga bezwzględnej większości głosów. Otwarte zebrania poświęcone są również innym tematom, np. 30 maja 2006 r. miało miejsce spotkanie i publiczna debata nad projektem budowy rynku i ratusza w centrum Zabierzowa, podczas której zgłoszono wiele uwag krytycznych pod adresem wspomnianej propozycji.
Realizacja partycypacji społecznej w gminie Zabierzów nie jest wolna od konfliktów i dwuznaczności. W pierwszej kolejności należy zwrócić uwagę na uchwałę Rady Gminy Zabierzów, która wzbudziła sporo kontrowersji w roku 2004, ponieważ dotyczyła prawa weta wobec uchwał zebrań wiejskich. Jedna z czytelniczek „Znad Rudawy” napisała w liście do redakcji, że „wprowadzono do statutu gminy zapisy, w wyniku których uchwały zebrania wiejskiego będą mieć zaledwie charakter życzeniowy. Oczekujemy nie łaskawości, a elementarnego zakresu praw nam przysługujących”[65].Władze gminy odpowiedziały na ten zarzut w oświadczeniu opublikowanym w tym samym numerze lokalnej gazety: „Sołectwo jest jednostką pomocniczą gminy. W wielu gminach Polski nie ma funduszy sołeckich. To wyraz dobrej woli rady gminy do dzielenia się władzą. […] Dajcie palec, to wam odgryzą rękę”[66]. Jest to zaskakująca argumentacja, choćby dlatego, że te same władze pozytywnie oceniają zaangażowanie mieszkańców w proces decyzyjny i nigdy nie zgłaszały zastrzeżeń do treści uchwał zebrań wiejskich. Przypomnijmy, że mieszkańcy głosują nad podziałem zaledwie od 1 do 2% budżetu gminy, tymczasem wydatki inwestycyjne stanowią od 23 do ponad 30% budżetu gminy[67]. Trudno się oprzeć wrażeniu, że postanowiono przypomnieć obywatelom, kto tak naprawdę rządzi w Zabierzowie i do kogo należy ostatnie słowo. W przypadku różnicy zdań może się okazać, że obywatel jest nieodpowiedzialny i w związku z tym nie powinien dysponować władzą decyzyjną w sprawach budżetowych.
Kolejna kwestia to problem informowania mieszkańców o zebraniach poprzez wywieszanie kartek formatu A4 na tablicach informacyjnych przed urzędem gminy i w centrum kultury. Wystarczy porównać energię i środki, które się wkłada w propagandę wyborczą (nawet w przypadku niewielkiej gminy wiejskiej) i w propagandę dotyczącą partycypacji społecznej, aby zrozumieć, że priorytety demokracji przedstawicielskiej nie zawsze sprzyjają tej drugiej. Brak rzetelnej informacji o treści spotkań może prowadzić do podejmowania decyzji bez udziału osób, których dotyczy głosowanie. W jednym z numerów „Znad Rudawy” opisano przypadek mieszkańców osiedla położonego w pobliżu budynków fabryki Gellwe w Zabierzowie, którzy nie przyszli na zebranie dotyczące planu zagospodarowania przestrzennego, ponieważ nie zostali we właściwy sposób zawiadomieni o tym, iż konsultacja dotyczyć będzie przekształcenia w pobliżu ich domów działek rolniczych na komercyjne[68]. W rezultacie ówczesny wójt Józef Krzyworzeka zezwolił w 2003 r. na budowę nowych hal produkcyjnych fabryki Gellwe, mieszkańcy skarżyli się potem na uciążliwy hałas, smród spalin dostawczych samochodów oraz mało przyjemny widok fabrycznego śmietnika, zaś władze gminne utrzymywały, że nie są władne nic zmienić, ponieważ procedury urzędowe przeprowadzono zgodnie z prawem. Wszystko to składa się na obraz partycypacji społecznej w Zabierzowie, której rolę sprowadzono do funkcji pomocniczej w procesie decyzyjnym, w związku z czym spotkania przeprowadzane są bez właściwego poinformowania obywateli o treści i terminie głosowań. Żeby jakiś proces decyzyjny można było nazwać partycypacją społeczną, wymagane jest systematyczne i bezpłatne przekazywanie wyczerpującej informacji zainteresowanym osobom i grupom społecznym. Nie ma wolności wyboru ani niezależnego kształtowania opinii, jeżeli nie zapewnia się wiedzy o wszelkich uwarunkowaniach polityki lokalnej, a także konsekwencjach ewentualnych decyzji. Elity polityczne lub urzędnicze wydają się grupą zbyt wysokiego ryzyka, żeby powierzać im decydowanie o instytucjonalnych ramach społecznego uczestnictwa w rządzeniu gminą.


PARTYZANCKA SAMORZĄDNOŚĆ
Omawiając współczesne próby realizacji oddolnej samorządności, nie sposób pominąć struktur administracji indiańskiej, powołanej w wyniku rewolty partyzanckiej (1 stycznia 1994) w stanie Chiapas (południowy Meksyk). Obraz indiańskich chłopów z dalekiej prowincji, którzy z bronią w ręku rzucają wyzwanie władzy kapitału i państwa, podziałał na wyobraźnię niezliczonej rzeszy osób piszących manifesty i programy skierowane przeciw neoliberalnej globalizacji. Wyzwolił również serię akcji solidarnościowych na całym świecie. Powstała w ten sposób fala emocji od skrajnie negatywnych („to sieroty po Marksie” lub „to politycznie bezkształtny drobnomieszczański ruch”) po naiwnie apologetyczne. Represje ze strony meksykańskiego rządu i partyzanckie warunki funkcjonowania sprawiają, że niezwykle trudno jest uzyskać rzetelne źródło informacji o Chiapas. Kiedy brak warunków do powstania obiektywnej analizy, pozostaje odwołać się do cytatów z dokumentów i komunikatów indiańskiego ruchu zapatystowskiego oraz wypowiedzi jego uczestników. Zostały one zgromadzone przez Andreę Dilemni[69], piszącą o nowych sposobach uprawiania polityki w opanowanych przez partyzantów okręgach wiejskich Chiapas. I tak, w oświadczeniu autonomicznego municypium „Tierra y Libertad” z dnia 1 maja 1998 r. możemy przeczytać: „Od rządzących państwami i federacjami wymagamy szacunku dla form rządzenia wszystkich narodów. Jeśli mamy autonomiczne gminy i urzędy, to dlatego, że jest to forma rządzenia, którą uważamy za najlepszą”[70]. Wynika z tego, że podstawą i źródłem nowej polityki zapatystów jest sprawowanie rządów autonomicznych we wspólnotach lokalnych. O ich praktyce wypowiadał się m.in. sympatyk ruchu i antropolog Antonio Garcia de Leon:
Kiedy pojawia się jakiś problem, ludzie zwołują zgromadzenie, zbierają się wszyscy mieszkańcy wspólnoty: mężczyźni, kobiety, dzieci. Powołują przewodniczącego zgromadzenia, który zbiera i zapisuje wszystkie możliwe opinie. Jeśli zgromadzenie nie pozwala, aby mówili wszyscy, czy to dlatego, że jest dużo ludzi, lub też jest ktoś, kto się wstydzi, to dzieli się ono na małe grupy robocze, które dyskutują i podejmują decyzje, by potem przedstawić je na zgromadzeniu plenarnym. Decyzja, która będzie realizowana, nazywana jest „zgodą”. To nie tylko Chiapas. Podobnie jest np. we wspólnotach Magonistów[71] w Sierra Mazateca[72].

Z kolei w „Tierra y libertad” czytamy:

W Realidad rano w niedzielę róg zabrzmiał wiele razy. Była dokładnie siódma, słońce nie przebiło się jeszcze przez gęstą mgłę pory deszczowej. Róg wzywał całą ludność do zgromadzenia się na placu.

Niedługo potem mężczyźni i kobiety wynieśli ławki ze skromnego, drewnianego baraku, który pełni funkcje kościoła, i ustawili je tak, aby wszyscy dorośli ludzie ze wsi mogli usiąść w pewnym porządku.

Rozpoczynało się zgromadzenie. Mieli głosować jedna po drugiej sześć propozycji Armii Wyzwolenia Narodowego im. Zapaty (Ejército Zapatista de Liberación Nacional – EZLN). Dyskusja nad każdym punktem, tłumaczenie wszystkich terminów, wyjaśnianie znaczenia i debata zajęły całe dwa dni, […] aby nikt nie miał wątpliwości, bo nie rozumie czegoś lub nie zna opinii. W ten sposób osiągnięto zgodę[73].

A oto fragmenty dokumentu przygotowanego przez zapatystowską administrację w Altamirano:

Do tych samych tradycji, zwyczajów i innych form życia naszych przodków […] należy dzisiaj sięgnąć i podjąć niektóre ważne idee, formy i sposoby współżycia, aby na nowo powrócić do zorganizowanego życia wspólnoty. I należycie rozwiązać problemy, które powstają każdego dnia w tej wspólnocie. Trzeba zaznaczyć, że jeśli chodzi o wszystkie uzgodnienia, które zostały powzięte na tym Zgromadzeniu, to właśnie samo Zgromadzenie określi formę wykonania i zarządzi ich realizację[74].

Wspomina się również o władzach: „Każda osoba, która jest powołana do jakiejkolwiek usługi, zasługuje na pełnienie danej funkcji, dopóki wykonuje ją wiarygodnie, jest zdyscyplinowana, dobrze się zachowuje przy pracach zespołowych, uzgodnieniach, przy podejmowaniu decyzji i we wszystkim innym”[75]. To jest to, co nazywa się „mandatem posłuszeństwa” i „rządzeniem posłusznym” (mandar obedeciendo i comandare obbedendo). Jeżeli jednak nie spełniają oczekiwań ludności, zebranie mieszkańców wybiera na ich miejsce inną, bardziej „posłuszną” osobę. Jeśli zaś chodzi o prawo własności: „Nikt nie będzie właścicielem ziemi w ilości większej niż inni, jeśli nie postanowi tego Zgromadzenie i władze tegoż Ejido. Ziemię będzie uprawiał kolektyw”[76]. Wypowiada się na ten temat subcomandante Marcos z EZLN w wywiadzie dla „Breacha” z 27 października 1995 r.:

– […] Partie polityczne przychodzą i mówią: Kto będzie komisarzem ejidale?

Współtowarzysze mówią: Problemem nie jest to, kto będzie komisarzem ejidale, ale to, żeby ten komisarz robił to, co mówi wspólnota.
– Czy to, co proponujecie nie jest ramieniem politycznym partyzantki?

– Nie. To nowy świat. Po prostu[77].
Rozwinięcie tego tematu znajdujemy w tekście Czwartej Deklaracji z Selva Lacandon z 1 stycznia 1995:
Ten projekt […] będzie spełniał oczekiwania nie jednej hegemonicznej siły politycznej czy też genialnej jednostki, ale szeroko pojętego ruchu opozycyjnego, który skupi uczucia narodowe. […] EZLN był częścią – nie wszystkim i nawet nie awangardą – wysiłków zmierzających do przejścia w stronę demokracji[78].

Podmiotem tychże przekształceń jest dla zapatystów „społeczeństwo obywatelskie” (sociedad civil). Szczególny nacisk kładzie się na prawa ciemiężonych: „robotnicy, pracownicy w miastach i na wsi, tubylcy, koloniści, nauczyciele i studenci, kobiety meksykańskie, młodzież całego kraju, uczciwi artyści i intelektualiści, ludzie religijni, wszyscy obywatele meksykańscy, którzy nie chcą władzy, ale demokracji, wolności i sprawiedliwości”[79]. Druga Deklaracja z Selva Lacandona, z czerwca 1994 r., zawiera następujące stwierdzenia:

Proponujemy przedsionek. W tym sensie rewolucja ta nie zamknie się w nowej klasie, frakcji klasowej lub grupie dążącej do władzy, lecz wkroczy w wolną i demokratyczną przestrzeń walki politycznej […] i nowych stosunków politycznych, których podstawą nie będzie konfrontacja organizacji politycznych samych w sobie, lecz konfrontacja ich propozycji politycznych. […] Ale będą one także „pod nadzorem” kraju; będą zobligowane do zdania sprawy Narodowi z ciągłego sprawowania władzy lub zostaną od niej odsunięte[80].

W zbliżony sposób wypowiadał się subcomandante Marcos w dniu 11 marca 2001 r. podczas wiecu Na Cokole w mieście Meksyk.

Nie jesteśmy tymi, którzy dążą do przejęcia władzy i mając władzę, chcą narzucić tempo i słowo – i nimi nie będziemy. Nie jesteśmy tymi, którzy ustalają cenę własnej lub cudzej godności i czynią z walki rynek, na którym polityka to zajęcie domokrążców konkurujących nie o projekty, lecz o klientów – i nimi nie będziemy. Nie jesteśmy kimś, kto naiwnie oczekuje sprawiedliwości z góry, bo ta rośnie od dołu, tak jak wolność, którą osiąga się tylko razem ze wszystkimi, demokracja, która istnieje tylko na wszystkich piętrach i o którą trzeba bez przerwy walczyć. […] Dziewięćdziesiąt lat temu ludzie potężni pytali człowieka z dołu, który nazywał się Zapata: „Jakim prawem, panowie?”. My, ci na dole, odpowiedzieliśmy i odpowiadamy: „Naszym własnym”[81]

Narodowy Front Wyzwolenia Zapatystów (Frente Zapatista de Liberación Nacional – FZLN), powstały we wrześniu 1997 r., jest tą siłą polityczną, „która nie jest partią polityczną i która nawet nie dąży do zdobycia władzy, ale która walczy o demokrację, w której ten, kto rządzi, rządzi posłusznie. […] Siłą, której członkowie nie mają ani aspiracji do pełnienia funkcji elektoralnych, ani do zasiadania w rządzie” (fragment ulotki FZLN z 1997 r.). Andrea Dilemni podaje, że we Frente ważne decyzje zapadają co najmniej większością głosów 66%. Ma to być próba zminimalizowania negatywnych konsekwencji sztywnej zasady większości ponad 50%, typowej dla organizmów masowych o charakterze państwowym.
Postawa Zapatystów wobec udziału w wyborach nie jest jednak sztywna: np. w roku 1994 dali wskazówkę do głosowania „przeciwko partii Państwa”, a więc, w sposób pośredni, na opozycyjną wówczas PRD. Natomiast w wyborach lipcowych w 1997 oświadczyli otwarcie, że nie będą głosować. W czerwcu 2005 r. zapatyści ogłosili, że nie udzielą poparcia żadnemu z kandydatów w zbliżających się wyborach prezydenckich, będą zaś prowadzić „inną kampanię” (otra campaña) na rzecz uznania przez państwo meksykańskie autonomii samorządnych gmin, transformacji życia politycznego w Meksyku oraz zorganizowania walki o charakterze antykapitalistycznym. Inicjatywę opierającą się na serii spotkań i dyskusji z ludźmi wyrzuconymi poza system oraz aktywistami ruchów społecznego sprzeciwu zaplanowano na trzy lata. Zapatyści nie zamierzają startować w wyborach ani zakładać nowej partii politycznej. Subcomandante Marcos z EZLN powiedział w jednym z wywiadów, że celem ruchu jest mobilizowanie społeczeństwa obywatelskiego przeciw elitom politycznym i gospodarczym kraju oraz budowanie lokalnego samorządu. Po tym, jak w roku 2001 rząd i parlament odmówiły uznania wspólnot indiańskich za podmioty prawa publicznego, przyznając im jedynie status jednostek interesu publicznego, komendant Tacho skomentował postępowanie władz w następujący sposób: „Żaden rząd, żadna partia polityczna nie dadzą nam realnej zmiany, odpowiadającej potrzebom prowincji. Jedyną drogą, która nam pozostaje, jest zorganizowanie się w oporze i w rebelii”[82].
W roku 2003 zapatyści zaczęli powoływać nową formę lokalnej administracji – Zgromadzenia Dobrych Rządów (Juntas de Buen Gobierno) oparte na zasadach demokracji mandatowej[83]. Członkostwo w juntach podlega ciągłej rotacji i osoby pełniące rozmaite funkcje zmieniają się po upływie kadencji, ponieważ każdemu mieszkańcowi przysługuje prawo udzielania się w życiu publicznym. Służy to również zapobieganiu nadużywaniu władzy. Junty mają koordynować działalność gmin, pomagać w wymianie informacji i pośredniczyć w mediacjach w razie konfliktów. Stopniowo wprowadzany jest własny system opieki zdrowotnej, szkoły, kooperatywy, sklepy. Ponad 30 zbuntowanych gmin autonomicznych (Municipios Autonomos en Rebeldia) bojkotuje wszelką pomoc rządową i wszelki kontakt z państwowymi agendami. Wprowadzono wtedy zapatystowski „podatek braterski” (impuesto hermano), czyli 10% od wszystkich datków i projektów realizowanych w gminach autonomicznych. Podatek ma zapobiegać nierównemu rozwojowi gmin.


DEMOKRACJA UCZESTNICZĄCA I ANARCHIZM

O wzajemnej zależności koncepcji demokracji uczestniczącej i anarchizmu można mówić w wielu aspektach. Po pierwsze, anarchiści obierają sobie za cel taką reorganizację społeczeństwa, aby ludzie stali się wolni w prowadzeniu swych własnych spraw. Ich walka przyjmuje zwykle postać ruchu ku samorządności oddolnej w miejscach zamieszkania i w przedsiębiorstwach, czasem obejmuje również tworzenie niezależnych społeczności i własnych centrów socjalnych. Wszelkie autorytaryzmy postrzegane są jako niepotrzebne w relacjach międzyludzkich, a co za tym idzie, nie ma już miejsca dla akceptacji istnienia rządu. Naczelną zasadą organizacyjną jest dobrowolność i demokracja bezpośrednia, która nie może jednak prowadzić do numerycznego dyktatu większości. Uczestnictwo anarchistów w zakładaniu komitetów fabrycznych i rad robotniczych podczas rewolucji rosyjskiej w 1917 (a także w późniejszej konfrontacji z bolszewikami), w ruchu przejmowania fabryk we Włoszech w roku 1920, podobnie jak organizowania samorządów robotniczych w rewolucyjnej Hiszpanii roku 1936, było dokładnie tym samym, co współczesna politologia określa terminem „demokracji uczestniczącej”. Tyle tylko, że dotyczyło miejsc pracy. Analogicznie jest w przypadku prowadzonych przez anarchistów spółdzielni, gdzie każdy pracownik ma równy głos podczas zebrań dotyczących spraw administracyjnych, wyborów i odwołań kierowników, a także podziału zysków. Zbliżone procedury obowiązują w pozostających pod wpływem tej samej filozofii „szkołach wolnościowych” w Europie Zachodniej i USA. Sympatyzujący z anarchizmem architekt Alvar Aalto odwzorowywał anarchistyczne struktury w swych pracowniach, gdzie współistniała bezpośrednia demokracja i autonomia samorzutnie organizujących się zespołów roboczych. Wszędzie tam, gdzie uczestnicy ruchu anarchistycznego mieli realny wpływ na kształt samorządu terytorialnego (np. Komuna Paryska 1871 lub gminy rolnicze i miasteczka w republikańskiej części Hiszpanii z lat 1936–1939) oznaczało to pozostawienie władzy w rękach samych obywateli. Wszystkie większe struktury stawały się stowarzyszeniem stowarzyszeń, budowanych swobodnie od dołu do góry. Było to i pozostaje nadal zaprzeczeniem logiki funkcjonowania struktur państwowych. Te same propozycje obecne są w planie teoretycznym wszystkich niemal klasyków anarchizmu, Pierre Joseph Proudhon pisze w 1848 r. o „wprowadzeniu wiążących mandatów dla delegatów każdej społeczności”[84]; Bakunin ze swoją pochwałą oddolnej demokracji w autonomicznych gminach itd.
Na gruncie polskim prawdopodobnie nikt spośród anarchistów nie opisał istoty demokracji lepiej niż Edward Abramowski, zwolennik bezpaństwowego i samorządowego socjalizmu. Za jej pierwszy i niezbędny warunek uznał silnie rozwinięte sumienie obywatelskie i nierozłączną z nim nieufność wobec biurokracji, a także przyzwyczajenie i zdolność do samodzielnego załatwiania swoich spraw i potrzeb zbiorowych. Obrona demokracji miała być w pierwszym rzędzie obroną pewnego stylu życia, zwyczajów równości i poszanowania człowieka oraz tysięcy samorodnych instytucji, związków, stowarzyszeń.
Gminna demokracja bezpośrednia stanowiła również centrum zainteresowań amerykańskiego myśliciela Murray’a Bookchina, założyciela Instytutu Ekologii Społecznej w Plainfield. Uważany jest on za twórcę rozwijanych od późnych lat siedemdziesiątych koncepcji municypalizmu wolnościowego i ściśle z nim związanej ekologii społecznej. Municypalizm to w jego opinii anarchizm miasta i gminy. Jest to komunalny system samorządów obywateli. Na samym wstępie Bookchin wyjaśnia, że „poprzez słowo demokracja nie mam na myśli «demokracji jako reprezentacji» w jakiejkolwiek formie, ale raczej demokrację «twarzą w twarz»”[85]. Taki proces byłby tworzony „wokół ludowych zgromadzeń formowanych dla podejmowania decyzji przez wszystkich dorosłych w danej społeczności. Tutaj ludzie sami mogliby podejmować decyzje, jak sprawy publiczne powinny być prowadzone. Zgromadzenia te byłyby przejrzyste i otwarte na publiczną analizę”[86]. Ważnym aspektem wolnościowego samorządu jest konfederacja: „Poprzez konfederację współzależności byłyby pielęgnowane. Samorządy wysyłałyby delegatów z określonym mandatem od wyborców i z możliwością odwołania ich w razie niespełnienia mandatu. W radzie konfederacyjnej delegaci przedłożyliby politykę poszczególnych zgromadzeń. Decyzje podejmowane przez radę miejską mogłyby być czysto administracyjne”[87]. Janeth Biehl, municypalistka wolnościowa, wyjaśnia swoje poglądy w następujący sposób:

Chcemy kultywować pewną polityczną sferę, która dziś po prostu nie istnieje. Sferę, w której zwykli ludzie spotykają się, by podyskutować, debatować i omówić kwestie, które w danym momencie są dla nich ważne. Sferę, w której mogą oni bezpośrednio określić wspólną politykę i sformułować, co ona zawiera, by ją potem wcielić w życie[88].

Biehl jest przekonana, że takie szlachetne, moralne strategie jak rolnictwo ekologiczne, spółdzielnie, systemy LETS, alternatywne technologie i inne podobne inicjatywy, są próżnym wysiłkiem, o ile nie towarzyszy im walka o wolnościowe przekształcenie samorządów lokalnych. „Dlatego rozwiniemy podwójną ekonomiczno-polityczną siłę, która zostanie skonfrontowana z państwem narodowym”[89]. Municypalizm wolnościowy ma z kolei zburzyć mur getta ograniczającego anarchizm:

Społeczeństwo musi mieć namacalne struktury, środki oraz metody dokonywania postanowień. Należy pozostawić arenę dla konfliktowych dyskusji i racjonalnych debat. Jeśli więc nie uda nam się rozszerzyć demokratycznych wymiarów anarchizmu, stracimy nie tylko szansę uformowania żywego ruchu, ale także przygotowania ludzi do rewolucyjnych praktyk w przyszłości. Komunalna demokracja ma przeradzać się w zdecydowany konflikt z państwem dzięki przechodzeniu od wolności negatywnej do wolności pozytywnej[90].

Wolnościowy samorząd dotyczyć ma również gospodarki. Powszechne zgromadzenia mogą same kontrolować siły produkcyjne wewnątrz okręgu. Gospodarka taka różni się zarówno od nacjonalizacji, która wzmacnia etatyzm i prowadzi do systemu biurokratycznego w zarządzaniu, jak i od anarchosyndykalistycznego podejścia, które umieściłoby gospodarkę w rękach pracowniczych spółdzielni, te zaś mogłyby pielęgnować kapitalistyczne przedsięwzięcia. „W proponowanej gospodarce obywatele w swoich zgromadzeniach mogą podejmować decyzje dotyczące ekonomii, kierowani nie zawodowymi interesami, co mogłoby prowadzić do faworyzowania pewnych przedsięwzięć, lecz interesem ogółu, społeczności jako całości”[91]. Nie jest to jednak jedyny punkt widzenia w ramach tego nurtu.
Inny amerykański publicysta, Michael Albert, autor wielu książek o anarchistycznej ekonomii i twórca koncepcji parekonomii (czyli ekonomii uczestniczącej), łączy koncepcje anarchosyndykalizmu i municypalizmu. Opisuje on możliwe warianty współpracy samorządów pracowniczych z samorządami lokalnymi. Również w programie amerykańskiej Partii Zielonych, odwołującej się do idei municypalizmu i ekologii społecznej, jest miejsce zarówno dla niezależnych spółdzielni, małego biznesu, jak i dla kontrolowanej przez obywateli gospodarki komunalnej.
Kolejnym budzącym wielkie kontrowersje zagadnieniem jest udział w wyborach. Municypaliści wolnościowi głoszą, że polityka lokalna wymaga udziału w wyborach do samorządów miast i wsi. Nie znaczy to jednak, że aby dołączyć do społeczności wiejskiej czy miejskiej, należy również włączyć się czynnie w działalność organów państwa. Podobnie tworzenie anarchosyndykalistycznego związku w zakładzie pracy nie wymaga włączenia się do kapitalistycznej formy produkcji. Bookchin przytacza przykład rewolucji francuskiej z lat 1789–94, by przypomnieć, że miejskie „dystrykty” utworzone pod panowaniem monarchii w celu przyspieszenia wyborów do stanów generalnych w ciągu czterech lat zostały przetworzone w instytucje rewolucyjne bazujące na demokracji mandatowej. Ten ruch ku demokracji bezpośredniej został stłumiony w czerwcu 1793, zdradzony przez jakobinów, a nie przez autorytet monarchii, która powołała te struktury do innych celów. W Burlington (Vermont, USA) w 1989 r. Bookchin po raz pierwszy wystąpił z programem wyborczym „Burlington Greens”. Zawarł w nim propozycje oddolnej kontroli finansów miasta, pożyczek niskoprocentowych na zakup i remont mieszkań, ekologiczne programy budownictwa i plany zbudowania sieci łączącej okolicznych farmerów z konsumentami, służących rozwojowi lokalnej agrokultury.
Bookchin akceptuje przy tym argumenty tradycyjnych anarchistów, pod warunkiem, że mówią oni o wyborach do organów państwa, a nie do lokalnych samorządów. Zgadza się on z poglądem, że rewolucjoniści w parlamencie, jakiekolwiek byłyby ich pierwotne intencje, kończą jako zarządcy kapitalizmu. Nieuniknione kompromisy sprawiają, że stają się oni niezdolni do wolnego działania, a przy tym bardziej podatni na korupcję. Działalność na poziomie lokalnym, „bliżej obywateli”, daje większe szanse realizacji postulatu ich upodmiotowienia.
Platforma wyborcza powinna się składać, zdaniem Bookchina, z serii żądań reprezentujących cele, o które dana grupa walczy − przede wszystkim radykalną demokratyzację zarządzania miastem poprzez tworzenie zgromadzeń obywatelskich i podporządkowywanie im rady miejskiej. Ponieważ nie wystarczy powołać się na demokrację uczestniczącą, program winien zawierać własne pomysły dotyczące usprawnienia tej czy innej dziedziny:

Celem nie powinno być jednak reformowanie obecnego systemu, lecz zastąpienie go wolnościowym[92].
Wybrani radni powinni też dążyć do stworzenia konstytucji miasta oraz do zapisania w niej zasad demokracji uczestniczącej. Po okrzepnięciu nowych zasad Bookchin proponuje sabotowanie i odmowę wykonywania decyzji rządu oraz powołanie lokalnej straży obywatelskiej.

Ruch sympatyków municypalizmu wolnościowego i ekologii społecznej przyjmował w różnych krajach wiele odmiennych postaci instytucjonalnych. W Plainfield w USA (stan Vermont) w 1974 r. powstał Instytut Ekologii Społecznej. Na studia, których program obejmuje zagadnienia ekologiczne, socjologiczne, ekonomię alternatywną, historię ruchów społecznych i studia genderowe, uczęszczają od 1994 r. nie tylko osoby z USA i Kanady, ale również z Etiopii, Japonii, Urugwaju, Puerto Rico, Grecji oraz Australii, w której kilka lat temu powołano analogiczny instytut. Grupy municypalistów działają w Burlington i w Syracuse w stanie Nowy York. W 1993 r. po raz pierwszy uczestniczyli w lokalnych wyborach. Pierwszy z kandydatów Howard Hawkins otrzymał 2, 5% głosów w swej dzielnicy, a drugi Tom Sullivan (Indianin Mohawk) zdobył 17% głosów. Podjęto współpracę z Konfederacją Stowarzyszeń Sąsiedzkich. Inną grupą był działający w Montrealu (Quebec, Kanada) Ecology Montreal, rodzaj antypartii promującej hasła municypalizmu wolnościowego. W roku 1990 wystawiła ona 21 kandydatów w wyborach municypalnych. W sumie otrzymali 7% głosów, a jeden z nich, Dimitri Rossopoulos, zdobył 20% w swym dystrykcie. „Ecology Montreal” wydawał również czasopisma, organizował wystawy, spotkania dyskusyjne dotyczące problemów komunalnych, feminizmu, pacyfizmu i alternatywnej ekonomii. Na jedną z konferencji zaproszono członków samorządu z Porto Alegre w Brazylii. W Niemczech municypaliści działają na lewicy Partii Zielonych, tworzą organizację Ökologische Linke we Frankfurcie, z Juttą Ditfurth na czele. Od 1989 istnieje w Mantui (Włochy) wolnościowy Instytut Autonomii Lokalnej i Mniejszości, który wydaje magazyn „Radici” i współpracuje z wyborczą inicjatywą Civic List. Od 1993 działa Kooperacja Socjalnej i Społecznej Samorządności. W ramach Sieci Ekologii Społecznej od 1988 działa Red de Ecologia Social w Montevideo (Urugwaj), której członkowie wywodzą się z założonej w 1955 r. anarchistycznej społeczności „Comunidad del Sur”. Jej członkowie mieszkają w „Casa Encuentro”, gdzie odbywają się warsztaty i spotkania. W sierpniu 1998 r. zorganizowano w Lizbonie Konferencję Ekologii Społecznej, poświęconą również zagadnieniom municypalizmu wolnościowego. Uczestniczyło w niej 125 osób z USA, Kanady, Belgii, Norwegii, Portugalii i Hiszpanii.


SAMORZĄD JAKO PERMANENTNA OPOZYCJA:
ANARCHIŚCI W SPEZZANO ALBANESE

Włoskie miasteczko Spezzano Albanese zostało założone przez kolonistów albańskich w końcu XV w. Jest miejscowością niedużą, choć jak na region Cosentiny i Kalabrii, gdzie jest położone, zasługuje i tak na miano dość sporej. Stałych mieszkańców jest tu niespełna 10 tys. Spezzano Albanese to miasteczko o charakterze rolniczym. Kto posiada jakiś kawałek ziemi, jest w stanie żyć z własnej uprawy owoców cytrusowych, drzewek brzoskwiniowych, gajów oliwnych. Ten, kto nie posiada własnej roli, żyje z pracy na czarno na polach właścicieli ziemskich, uprawia małe działki owocowo-warzywne, żyje z przetwórstwa lub handlu produktami, a także z pracy (zwykle na czarno) na budowach. Rozwija się również branża usługowa związana z pobliskimi zakładami karnymi. Bezrobocie jest mimo wszystko duże.
Od roku 1970 w Spezzano Albanese rozwijał się ruch anarchistyczny, powstawały stowarzyszenia uczniowskie i pracownicze. Organizowali się też bezrobotni i studenci. Od 1978 r. różne grupy zakładały Komitety Akcji Bezpośredniej, a wśród pracowników służby zdrowia i szkolnictwa tworzyły się struktury anarchosyndykalistycznego związku zawodowego USI. Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero po roku 1992, kiedy to powstała Oddolna Federacja Municypalna (Federazione Municipale di Base – FMB)[93]. W celu pobudzenia samorządności i autonomii municypalnej zaczęto powoływać struktury tak zwanej „kontrwładzy”. O przynależności do FMB nie decyduje konkretna ideologia, płeć czy religia: należą do niej pracujący, bezrobotni, studenci, emeryci. Jedynym wyznacznikiem są metody wolnościowe i przywiązanie do zasad demokracji uczestniczącej. FMB składa się ze Związków Klasowych oraz ze Związków Obywatelskich. Wszelkie decyzje podejmowane są samodzielnie przez zgromadzenie każdego związku, podczas gdy doroczne zgromadzenie ogólne je przedyskutowuje i koordynuje. Wybierany jest komitet wykonawczy, którego zadaniem jest wykonywanie decyzji powziętych przez zgromadzenie. Mimo że zapadają one większością głosów, mniejszość ma zagwarantowane prawo do dokonania wyboru o podporządkowaniu się im lub nie, a także do publicznego wyrażania niezgody. Może odbywać się to także za pomocą inicjatyw publicznych, pod warunkiem, że nie uniemożliwiają wykonywania decyzji powziętych przez większość. Jednym z celów FMB jest pokazanie, jak mogłyby funkcjonować instytucje samorządu terytorialnego bez upoważniania kogokolwiek do kierowania społeczeństwem. FMB nie występuje z własnymi listami wyborczymi, a tym członkom, którzy wykonują funkcje publiczne w lokalnej administracji lub kandydują w wyborach, nie zezwala się na piastowanie funkcji wykonawczych w FMB.
FMB zainicjowała pomysł zgromadzeń publicznych, które, przez głosowanie, „delegalizują” uchwały rady miasta, a także specjalnych zgromadzeń odbywających się przed sporządzeniem budżetu miejskiego, które dają wszystkim zainteresowanym możliwość dyskusji nad wykorzystaniem zasobów gminy. Związki Obywatelskie poddają pod głosowanie projekty dotyczące urbanizacji, ochrony środowiska, opieki socjalnej itp. Natomiast Związki Klasowe wysuwają propozycje dotyczące przedsiębiorstw komunalnych, aktywizacji zawodowej bezrobotnych i inne. Sformułowane projekty przedstawia się radzie miejskiej, mimo że nic nie obliguje jej do realizacji woli zgromadzeń publicznych. Wszystko zależy więc od aktualnego układu sił politycznych. FMB nie ogranicza się do opracowywania projektów i poddawania krytyce uchwał rady miejskiej. Po tym, jak władze zignorowały stanowiska zgromadzeń w sprawie prywatyzacji przedsiębiorstwa oczyszczania miasta i zwolnienia jego pracowników, FMB pomogła zwolnionym powołać do życia Spółdzielnię Pracy „Tęcza”, do której później dołączyli młodzi bezrobotni[94]. Spółdzielnia ta funkcjonuje nadal i zajmuje się malowaniem, sprzątaniem oraz remontami lokali, a także oferuje usługi komputerowe (m.in. dostęp do internetu). Podczas zgromadzeń publicznych dyskutuje się pomysły oraz konkretne propozycje dotyczące problemów zarządzania usługami, zasobami produkcyjnymi oraz środowiskowymi. Wszystko po to, by później móc organizować kampanie społecznej presji na decydentach z ratusza.
Jedną z ważniejszych inicjatyw mieszkańców miasteczka, jak również ludzi z okolicznych gmin, była bez wątpienia walka przeciwko budowie tunelu, służącego do składowania warstw izolacyjnych pochodzących z wagonów kolejowych zbudowanych z azbestu. Składowisko miało się znaleźć w odległości kilku kilometrów od uzdrowiska z wodami termalnymi i w samym środku upraw owoców cytrusowych. Wielkie zgromadzenie ludności w ratuszu zwołane przez FMB przesądziło o losie inwestycji, a jej pomysłodawca, firma Niagari di Caprii, musiał zrezygnować ze swoich planów. W roku 1998 FMB rozpoczęła działania na rzecz komunalizacji term i uzdrowiska, które po 1923 r. zostało oddane w wieczystą dzierżawę osobie prywatnej. Od tamtego czasu kierowanie uzdrowiskiem powierzano zawsze prywatnej firmie, co ostatecznie przyczyniło się do upadku zakładu. Po zorganizowaniu szeregu wystaw, demonstracji i oczywiście zgromadzenia obywatelskiego FMB i Federacja Anarchistyczna zażądały komunalizacji obiektu. Według ich projektu zarząd nad nim miało sprawować konsorcjum składające się z kolektywu pracowników uzdrowiska oraz z władz miejskich.
FMB zabierała głos podczas kampanii wyborczych do samorządu i parlamentu, powstrzymując się równocześnie przed wystawianiem własnych kandydatów. Za cel w okresie po ogłoszeniu wyników wyborów postawiono sobie tworzenie komitetów dzielnicowych: „instrumentów zdolnych do zmierzenia się z całokształtem problemów społecznych w celu wspólnego wypracowania rozwiązań w istocie samorządowych”[95] i zarazem niedopuszczenie do tego, aby miejska administracja państwowa decydowała za wszystkich obywateli. FMB ogłosiła, że „nie udziela kandydatom którejkolwiek partii żadnego wsparcia, ponieważ FMB chce, aby Spezzano Albanese rządziło się samo poprzez zgromadzenia wspólnoty lokalnej, a nie poprzez ową garstkę osób, które tworzyć będą radę miejską oraz zarząd miasta”[96]. Stwierdzono, że szacunek należy się zarówno anarchistom, którzy nie pójdą do urn wyborczych, jak i tym wszystkim, którzy pójdą wybierać kandydatów do władz, ponieważ uczestnictwo w życiu lokalnej społeczności nie może być oceniane na podstawie udziału w głosowaniu lub jego bojkocie, liczy się wspólne działanie na rzecz uspołecznienia i decentralizacji samorządu. Zamysł municypalistów włoskich wydaje się dość prosty. Dokonują oni próby wyrwania się spod ujarzmiającej kontroli państwowej, która przejawia się także na poziomie lokalnym. Chcą, przez tworzenie własnych form wyzwolenia z sieci władzy, dzień po dniu budować inny możliwy samorząd. Posługują się środkami dostępnymi ludziom bez władzy, które podkopują rację istnienia kontestowanych struktur. Nie do końca udała się separacja od polityki instytucjonalnej. Zbyt wiele też zależy od przychylności aktualnych lokatorów ratusza i zdolności mobilizacji obywateli przeciw władzom. Warto zwrócić uwagę na podobny sposób działania zgromadzeń ludowych (asambleas populares) w Argentynie i Ludowego Zgromadzenia Obywateli Oaxaca (APPO) w Meksyku, które sytuują się poza wszelkimi legalnymi strukturami państwa i samorządu. Jeszcze przed wybuchem rewolty ulicznej w Argentynie w 2001 r. w niektórych dzielnicach Buenos Aires zaczęły działać zgromadzenia mieszkańców, które chciały organizować dyskusje i przygotowywać demonstracje w związku z pogarszającą się sytuacją ekonomiczną. Po grudniowej decyzji rządu o ograniczeniu dostępu do kont bankowych, masowych bankructwach przedsiębiorstw, krwawych zamieszkach, atakach na banki i masowym rabowaniu supermarketów ilość zebrań sąsiedzkich szybko wzrosła, by w lutym 2002 r. przekroczyć liczbę pięćdziesięciu w samym Buenos Aires. Zebrania były nieraz tak duże, że trzeba było używać megafonu, aby prowadzić obrady. Powołano do życia międzydzielnicowe spotkania koordynatorów, które odbywały się raz w tygodniu i gromadziły przeciętnie około 3 tys. delegatów z wszystkich dzielnic. Zadanie organizacji takiego spotkania przypadało po kolei poszczególnym dzielnicom. Zgromadzenia ludowe uniemożliwiły przeprowadzenie wielu eksmisji, wspierały okupowane zakłady pracy, zajmowały na miejsca spotkań opuszczone budynki, organizowały wymianę usług i dystrybucję żywności. Oficjalną walutę zastępowano bonami na różne dobra. Często powtarzanym hasłem były słowa: „Wszyscy politycy precz!”. Uczestnicy zgromadzeń deklarowali, że potrzebują działań o charakterze politycznym, ale parlament, rząd i sądy już ich nie reprezentują. Wydawało się, że następuje rozpad struktur państwowych. Naomi Klein wspomina o badaniu opinii publicznej przeprowadzonym w marcu 2002 r., które wykazało, że zdaniem połowy mieszkańców Buenos Aires, zgromadzenia sąsiedzkie „stworzą nowe przywództwo dla kraju”[97]. Wraz z upływem czasu i pozostawieniem władzy decyzyjnej w organach administracji państwowej entuzjazm i powszechne zaangażowanie w zgromadzenia sąsiedzkie zaczęły słabnąć, coraz częściej interweniowała przeciwko nim policja. Zdaniem Klein, zgromadzeniom zaszkodziła również nadmierna ideologizacja ruchu dokonywana przez działaczy lewicy i anarchistów. Powstałą w ten sposób pustkę zagospodarowali z powrotem politycy. Jedynie w mieście Rosário, liczącym 900 tys. mieszkańców, udało się doprowadzić w 2003 r. do ustanowienia budżetu partycypacyjnego. Od tej pory czterdzieści zgromadzeń dzielnicowych decyduje o podziale 10% środków budżetowych. To jednak niewiele w porównaniu z oczekiwaniami wyrażanymi przez dziesiątki tysięcy uczestników zgromadzeń w początkach roku 2002.

W meksykańskim mieście Oaxaca, liczącym 260 tys. mieszkańców, protest przeciwko sfałszowaniu wyborów stanowych i lekceważeniu postulatów strajkujących nauczycieli przerodził się wiosną 2006 r. w otwartą rebelię przeciwko instytucjom rządowym. Uczestnicy protestów ulicznych, strajkujący nauczyciele, członkowie spółdzielni, przedstawiciele organizacji chłopskich, indiańskich i studenckich powołali własne struktury samorządowe pod nazwą APPO (Asamblea Popular de los Pueblos de Oaxaca) i ogłosili się nowym organem rządzącym. Programem Ludowego Zgromadzenia Obywateli Oaxaca stało się tworzenie zdecentralizowanej administracji poza oficjalnymi strukturami władzy, na poziomie poszczególnych ulic, bloków, osiedli i zakładów pracy. Występowano z hasłem: „Żaden przywódca nie rozwiąże naszych problemów”. Działacze APPO wezwali społeczeństwo do ignorowania poleceń gubernatora i rządu. W sierpniu 2006 r. struktury APPO rozrosły się na cały stan, a strajkujący nauczyciele zajęli siłą lokalne rozgłośnie radiowe. Gubernator opuścił swoją siedzibę i zaczął urzędować na lotnisku pod miastem. W końcu października wojsko oraz policja przystąpiły do szturmu i po kilku dniach ogłosiły odbicie miasta z rąk rebeliantów, śmierć poniosło kilkanaście osób, wiele odniosło rany. W listopadzie walki uliczne wybuchły z nową siłą. 2 listopada radio APPO wezwało obywateli miasta do powstania:
Obywatele Oaxaca! Policjantów jest jedynie 10 tys., nas jest znacznie więcej! Oni już tutaj byli, teraz chcemy, żeby odeszli i nigdy nie wracali! Niech każdy weźmie, co ma pod ręką – petardy, benzynę, butelki – i przyjdzie tutaj [na uniwersytet]. Musimy obronić się przed masowymi aresztowaniami. Nikt nie powinien stać z boku obojętnie, każdy, gdziekolwiek teraz się znajduje, powinien wyjść na ulicę. Pokażmy im, że już koniec korupcji, że represje nas nie złamią![98].

Zwolennicy APPO uzyskali chwilową przewagę podczas starć ulicznych, ale już w grudniu 2006 r. rząd przeszedł do kontrofensywy, organizowano obławy i masowe aresztowania, zajęto budynki uniwersyteckie, gdzie zwykle obradowali delegaci samorządowi. Z różnych komunikatów i relacji wynika, że struktury APPO przetrwały i kontynuują działalność[99].


KRYTYKA DEMOKRACJI UCZESTNICZĄCEJ
Nie doceniamy możliwości socjaldemokracji i przyjmujemy jej sposób myślenia brutalnie narzucany ruchowi społecznemu, który następnie wykorzystuje się, aby utrzymać obecnie obowiązujący porządek społeczny. Jest zatem konieczne stworzenie strategii ideologicznej demokracji uczestniczącej, jeżeli chce się uniknąć postawienia jej w niekorzystnej sytuacji. Krytyka państwa scentralizowanego i biurokracji (czy to publicznej, czy prywatnej), ocenianej jako nieludzka i bezosobowa, wywołuje pozytywne reakcje. Jest to czas przywrócenia rzeczywistej wartości pojęciu „lokalność”: małe jest piękne. Rada miasta chce włączyć obywatela w mechanizmy decyzyjne. Dzięki demokracji uczestniczącej pragnie się zaangażować ludzi w kierunku wypracowania właściwego porządku i przebiegu debat z obywatelami, a jeśli to nie wystarcza, daje się możliwość prezentacji przez stowarzyszenia niezależnych ekspertyz. Byłoby jednak przesadą widzieć w tym postępowaniu wyraźny krok do przodu w kierunku prawdziwej demokratyzacji życia politycznego oraz autentycznej decentralizacji. Skutki funkcjonowania systemu kapitalistycznego mogą oznaczać, iż państwo odbudowuje swój autorytet dzięki ugrupowaniom lokalnym, które na swoim terenie absorbują walczące związki i grupy. […] Wiele wskazuje, że rozwój władz lokalnych nie narusza stabilności państwa[100].

Paradoks społecznej partycypacji w pracach samorządu lokalnego polega na tym, że znajduje ona zwolenników zarówno wśród tych, którzy chcą jak najmniej ingerencji państwa, a nawet całkiem ją odrzucają, jak i ugrupowań lewicowych, które chciałyby silniejszej ingerencji państwa. Z krytyką demokracji uczestniczącej występują więc zarówno obrońcy monopolu decyzyjnego państwa, jak i zwolennicy społeczeństwa bezpaństwowego. To rzeczywiście może zaskakiwać, a nawet wywoływać poważną niepewność co do prawdziwej natury tej propozycji, którą można interpretować jako pierwszy krok w stronę bezpaństwowej samorządności, ale również jako próbę skorumpowania buntu. Konieczne wydaje się zatem przeanalizowanie najważniejszych argumentów zwolenników i przeciwników demokracji uczestniczącej.
Pierwszy argument osób krytykujących demokrację uczestniczącą dotyczy tego, że partycypacja prowadzi do zaniedbania działań w sferze ekonomicznej, przenosząc walki społeczne z przedsiębiorstw do lokalnych samorządów. Postulowana przez anarchistów demokracja bezpośrednia nie ogranicza się do tego, co nazywamy lokalną polityką:

W imię pragmatyzmu i pracy w terenie będziemy musieli porzucić całą ideę radykalnej transformacji społeczeństwa, by móc zaangażować się w projekt lokalny. Aby utrzymać spójność społeczną naruszoną przez poczucie braku stabilności i bezrobocie, szefowie projektów, działacze na rzecz rozwoju, kreatorzy misji społecznych, mediatorzy progresu horyzontalnego, terenowi aktywiści, „obywatele odpowiedzialni za dobro ogółu” oraz inni działacze organizują zebrania mieszkańców, chętnych do udziału w demokracji. Akcent jest zatem położony na pojęcie więzi społecznych, które należy odnowić. Obserwujemy, że kolektywne akcje lokalne są nowym sposobem propagowania i narzucania kapitalizmu. I nie jest przypadkiem, że władze miejskie wybierają obszary, gdzie grozi wybuch buntu społecznego, tak jak to jest w portach brytyjskich i miastach brazylijskich. Interpretacja rzeczywistości pod kątem walki klas zostaje wyeliminowana – piękna sprawa dla pracodawców! W konsekwencji należy stwierdzić, iż nie możemy przystać – zgodnie z pragnieniem klas rządzących – na nowy model funkcjonowania społeczeństwa opierającego się na tzw. samorządach, autonomii i indywidualnej odpowiedzialności, ale przy jednoczesnym wzroście ubóstwa. Uczestnictwo wszystkich mieszkańców w decyzjach dotyczących życia wspólnoty, podczas gdy jest ona kierowana przez państwo, stanowi jedynie narzędzie, dzięki któremu utrzymywany jest stały porządek. […] Dla nas bezpośrednie postulaty powinny koncentrować się na czułych punktach kapitalizmu. Żądamy dla wszystkich bezpłatnego transportu publicznego; chcemy zasiedlenia wszystkich niezamieszkałych budynków; likwidacji wszelkiego rodzaju straży miejskich; domagamy się wzrostu płac pracowników sektora publicznego i pełnego zatrudnienia. Nie możemy nie dostrzegać, że samorządy powinny być ściśle powiązane z równością ekonomiczną i społeczną. W takim układzie możemy działać również w komitetach dzielnicowych, by móc przekazać nasze idee i radykalizować sprzeciw. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby jednocześnie inicjować różne akcje „poboczne” (np. upaństwowienie przemysłu), które musimy podjąć, zanim doprowadzimy do radykalnych zmian[101].

W ten sposób krytykują propozycję udziału w wyborach samorządowych oraz sam projekt poszerzenia przestrzeni uczestnictwa anarchiści z Lyonu. Czy rzeczywiście rezultatem włączenia obywatela w proces decyzyjny na poziomie samorządu lokalnego jest stłumienie buntu? W przypadku Porto Alegre eksperyment z budżetem partycypacyjnym doprowadził do konfrontacji z władzą lokalną, czego nie potrafili przewidzieć ani uczestnicy, ani nawet polityczni rzecznicy społecznej partycypacji. Fora Delegatów i Rada Budżetu Partycypacyjnego stały się przykładem instytucji budowanych „od dołu”, wbrew logice panującej w organach biurokracji państwowej i partiach politycznych. Czy eksperyment z demokracją uczestniczącą może sprzyjać neoliberalnym reformom i odwracać uwagę pracowników od nadużyć popełnianych przez ich szefów? W brazylijskim stanie Rio Grande do Sul wykorzystano struktury partycypacji do powstrzymania planów prywatyzacji wodociągów. W belgijskim mieście Hasselt przeprowadzono w roku 1997 referendum w sprawie darmowej komunikacji miejskiej[102]. Od tej pory część budżetu miasta przekazywana jest na dofinansowanie transportu publicznego i nikt nie wspomina o prywatyzacji. Skoro kodeks pracy można traktować jako narzędzie walki z wyzyskiem ze strony pracodawców, to budżet partycypacyjny można uczynić sposobem walki z lokalnym despotyzmem polityków. Projekt wolnościowego samorządu stanowi rodzaj polityki analogicznej do tego, czym są radykalne związki zawodowe na planie ekonomicznym, tj. narzędziem walki i obrony, które przygotowuje obywateli do pełnego rządzenia bez ograniczeń narzucanych przez państwo i kapitalizm. Zgromadzenie obywatelskie i budżet partycypacyjny są dla państwa tym, czym rolnictwo ekologiczne dla przemysłu rolnego kontrolowanego przez korporacje czy spółdzielnie konsumenckie[103] dla sieci supermarketów. Czy w demokracji uczestniczącej decyduje się o sprawach małych w stosunku do olbrzymich potrzeb ludzi biednych? Plan ożywienia polityki samorządowej nie narzuca nam poglądu, że większość problemów jest związanych wyłącznie z sytuacją gminy. Co więcej, struktury uczestnictwa mogą być solidną bazą dla opozycji wobec neoliberalnej polityki. Po pierwsze, budżet partycypacyjny jest mechanizmem zapewniającym natychmiastową redystrybucję funduszy i redukcję efektów korupcji. Po drugie, efekty neoliberalnej restrukturyzacji na poziomie państwowym są kompensowane pośrednio i bezpośrednio przez partycypację w budżecie na poziomie lokalnym, co oznacza, że polityczne walki dotyczą podziału środków publicznych, wbrew zaleceniom obrońców zasady „użytkownik płaci” i zorientowanych na rynek strategii finansowych. Po trzecie, budżet partycypacyjny pokazuje konkretne możliwości stworzenia przestrzeni decyzyjnej dla zwykłych obywateli, którzy okazują się zdolni do zarządzania zasobami publicznymi, i przekroczenia społecznej izolacji marginalizowanych wcześniej grup społecznych, co jest alternatywą dla technokratycznej wizji zarządzania, wolnego rynku i wyalienowanej ze społeczeństwa reprezentacji politycznej składającej się z zawodowych polityków. Budżet partycypacyjny wykazuje również przydatność wspólnotowego myślenia o społeczeństwie, ponieważ nie ma na celu wyłącznie ustalenia przez każdego obywatela i każdą dzielnicę ich własnych potrzeb, lecz zmusza uczestników do rozważenia swoich żądań w kontekście oczekiwań mieszkańców innych dzielnic. Następnym wyzwaniem jest w takiej perspektywie samo uczestnictwo mieszkańców, którego nie można im nakazać.
Jednym z ograniczeń, najczęściej wymienianych w przypadku działań mających na celu uczestnictwo, jest to, że wywołują one jedynie słabą ilościowo i bardzo selektywną ze społecznego punktu widzenia mobilizację. Obywatele mogą nie mieć czasu, aby angażować się w sprawy polityczne, zajmując się pracą, życiem rodzinnym, rekreacją. W systemie kapitalistycznym zasadniczym ograniczeniem projektu partycypacyjnego jest brak czasu wolnego od codziennej walki o przetrwanie i nierówny dostęp do wiedzy. Nie ma cudownego lekarstwa na rozwiązanie tego problemu w ramach obecnego ustroju, ale różne doświadczenia z realizacją budżetu partycypacyjnego, zgromadzeniami sąsiedzkimi w Argentynie i samorządem we włoskim Spezzano Albanese, wydają się wskazywać na wyraźną zależność pomiędzy efektywnością decyzji i odnotowywanym uczestnictwem. Na tym polega „efekt pokazu” – jeśli działania mające na celu partycypację przynoszą konkretne efekty, stanowi to zachętę do brania udziału w zebraniach i głosowaniach. Obserwowaliśmy stale wzrastające zainteresowanie budżetem partycypacyjnym, kiedy władze miejskie Porto Alegre i władze stanowe Rio Grande do Sul respektowały wolę wyrażoną przez mieszkańców podczas zgromadzeń. I odwrotnie, gdy w roku 2003 nowe władze stanowe Rio Grande do Sul zastąpiły partycypację konsultacjami społecznymi, większość dawnych uczestników zgromadzeń straciła zainteresowanie publicznymi debatami. Podobnie było w przypadku Porto Alegre, gdzie w latach 2005–2006 ograniczono uprawnienia zebrań mieszkańców. Inaczej potoczyła się historia zebrań sąsiedzkich w Argentynie, które nie zdołały uzyskać władzy decyzyjnej, przestały angażować większość uczestników, ale przekształciły się w grupy samopomocy i przetrwały. Jeśli obywatele mają wrażenie, że chodzi tylko o piękne słowa, można być pewnym, że nie zbiorą się licznie na zebraniu. Mieszkańcy, żeby się zaangażować, potrzebują wiarygodnych mechanizmów decyzyjnych i stałych instytucji, które będą im służyć i przynosić realne zmiany w codziennym życiu. Demokratyczne uczestnictwo musi oferować ludziom więcej aniżeli decydowanie, czy ulice będą miały w środku pas zieleni, czy place będą okrągłe, czy kwadratowe. Same hasła potrzeby przeprowadzenia rewolucji też nie wystarczą. Budżet partycypacyjny w Porto Alegre pozwolił mieszkańcom skierować znaczne środki finansowe na budowę mieszkań komunalnych. Przed wprowadzeniem społecznej partycypacji oddawano do użytku niewiele nowych lokali, np. w latach 1986–1988 dach nad głową zapewniono 1 714 rodzinom, dla porównania w latach 1992–1995 mieszkania otrzymały 28 862 rodziny[104]. Zwolennicy partycypacji nie mogą ignorować istniejących nierówności ekonomicznych. Ludzie, którzy nie mają podstawowych praw ekonomicznych, będą oczekiwać, że problematyka socjalna zostanie potraktowana priorytetowo podczas zgromadzeń publicznych. Zmiany w samorządzie lokalnym muszą iść zatem w parze z ponowną komunalizacją (rekomunalizacją) usług publicznych, zapewnieniem bezpłatnego dostępu do edukacji, ochrony zdrowia, transportu publicznego oraz wprowadzeniem demokracji pracowniczej w przedsiębiorstwach. Bez woli odpowiedzenia na powyższe potrzeby projekt demokracji uczestniczącej pozostanie pustą retoryką.
Demokracja uczestnicząca nie może być celem samym w sobie, musi stanowić instrument pozwalający osiągnąć konkretne wyniki. Z drugiej strony partycypacja rozwija się wtedy, gdy nie ogranicza się do instytucjonalnej maszynerii; konieczny jest zróżnicowany ruch społeczny, wystarczająco liczny i aktywny. Trzeba bowiem pamiętać, że powodzenie projektu radykalnej przebudowy samorządów warunkowane jest istniejącą wcześniej siecią ruchów społecznych, organizacji wspólnotowych i innych dobrowolnych stowarzyszeń zapewniających istotne wsparcie dla budżetu partycypacyjnego. Największą słabością znanej z dotychczasowych doświadczeń demokracji uczestniczącej jest uzależnianie jej losów od wyniku wyborów. Zbyt wielu uczestników zebrań publicznych bojkotuje wybory, zbyt wielu wyborców bojkotuje zebrania. Co ciekawe, większość partii politycznych nie upatruje w instytucjach demokracji uczestniczącej odrębnej formy ustrojowej, lecz widzi w nich wyłącznie dopełnienie standardowych mechanizmów demokracji przedstawicielskiej. Mówił o tym Patrick Brauezec, mer Saint Denis, w przemówieniu wygłoszonym w Porto Alegre w dniu 11 listopada 1999 r.:

Demokracja przedstawicielska została osiągnięta dzięki wieloletnim krwawym walkom, jako środek wyrazu ludzkiej godności, jako prawo każdego obywatela. Do dnia dzisiejszego, jeśli nawet nie idealna, w szczególności dlatego, że nadal wyklucza ona pewne segmenty społeczne oraz ze względu na dewiacje w delegacji władzy, rzadko odpowiedzialna przed wyborcami, którzy często zrzekają się władzy, demokracja jest ramą podtrzymującą podstawowe zasady […]. Bezpośrednie, konkretne niebezpieczeństwa, takie jak agresja, nienawiść, zamieszki, powodują, że społeczeństwo straci swą zdolność działania jako całość, ponieważ duża jego część dryfuje „poza system”. System nie włącza ludzi, którzy są zdecydowanie na marginesie, ale w ciągu ostatnich lat zjawisko to zaczyna obejmować coraz większą część tych, którzy – ogólnie mówiąc – tworzą społeczeństwo, oprócz klasy rządzącej, gromadzącej dobra materialne i umiejscawiającej się na drugim końcu łańcucha. Demokracja uczestnicząca stała się modna, ponieważ każdy zdaje sobie sprawę z zagrożenia wniesionego przez zjawisko wykluczenia znacznej części obywateli. Z drugiej strony zjawisko to jest masowo tłumaczone poprzez „samoodstąpienie” od obywatelstwa: spadek liczby obywateli biorących udział w głosowaniu (…). W tym sensie, możemy stwierdzić, że demokracja jest tak chora jak społeczeństwo […]. Musimy dać ludziom środki do wyjścia z ich własnymi pomysłami, tak aby stali się oni częścią projektu wspólnotowego, aby razem budowali swoją przyszłość. Uważamy za ważne, aby skrzyżować to z demokracją przedstawicielską. Jako wybrani politycy odgrywamy rolę motywującą dla sprawy demokracji uczestniczącej, z obiema demokracjami doglądającymi się wzajemnie[105].

Czy rzeczywiście można sobie wyobrazić przezwyciężenie kryzysu demokracji liberalnej i państwa poprzez dodanie do nich struktur demokracji bezpośredniej? Nawet jeśli intencją partii lewicowych jest bezkolizyjne współistnienie demokracji bezpośredniej i przedstawicielskiej, to nie mogą one wykluczyć, że ustanowieniu otwartych miejsc debat i głosowań zacznie towarzyszyć proces ujawniania sprzeczności systemu przedstawicielskiego. Wyrażać się to może pod postacią wypominania politykom braku spójności pomiędzy projektem wyborczym i realizowaną przez nich polityką. Coraz trudniej będzie im odpierać zarzuty dotyczące niemożności sprostania przez nich zróżnicowanym potrzebom i koniecznym do podjęcia decyzjom. Im więcej osób będzie uczestniczyć w zgromadzeniach i głosowaniach poza cyklem wyborczym, tym dobitniej będzie kwestionowana legalność władzy pochodzącej z wyborów dokonywanych jedynie co cztery lata. Czy można rozprawiać o demokracji uczestniczącej w samorządzie lokalnym, nie wspominając o szerszym kontekście instytucji państwa? Czy w związku z oddziaływaniem instytucji państwowych, które decydują o podziale większości pieniędzy pochodzących z podatków, należy porzucić plany reformowania samorządu lokalnego, jako sprawę mniejszej wagi? Władza przedstawicielska zawsze będzie władzą broniącą swego monopolu, nie ma co oczekiwać od partii politycznych cudów. Ale to właśnie dlatego należy się organizować, rozliczać przedstawicieli z ich działań, żądać społecznej partycypacji i wsparcia logistycznego dla zebrań publicznych. Demokracja uczestnicząca może być pierwszym przyczółkiem dla wszystkich, którzy pragną egalitarnego społeczeństwa i funkcjonowania instytucji pod bezpośrednim nadzorem obywateli. Dzięki różnym formom partycypacji widoczne staną się społeczne konsekwencje indywidualnych decyzji obywateli, co może być jednym ze sposobów zapobiegających cynizmowi i apatii w życiu publicznym. Głosowania dotyczyć będą konkretnych spraw, a nie wyboru polityków.
Wszelkie napięcia, antagonizmy między konkurencyjnymi strukturami demokracji bezpośredniej i przedstawicielskiej można wykorzystać do tworzenia niepaństwowej sfery publicznej, w której obywatele będą się swobodnie organizować, dyskutować i podejmować decyzje dotyczące wydatkowania społecznych pieniędzy. Inicjatywy na rzecz wprowadzenia demokracji uczestniczącej w samorządach, podobnie jak organizacje pomocy wzajemnej, rozmaite spółdzielnie, organizacje pozarządowe i wolontariat, zajmować zaczną przestrzeń, którą zwalnia kryzys państwa. Oczywiście jest to realne tylko tam, gdzie istnieje silnie zorganizowane społeczeństwo obywatelskie. Pozostaje kwestią dyskusji, jaką metodę wybierzemy, podejmując działania na rzecz oddolnej samorządności: udział w wyborach samorządowych (jak w Porto Alegre, Saint Denis, Montrealu) czy tworzenie struktur alternatywnych (jak w Spezzano Albanese, Oaxaca, Argentynie). Przede wszystkim jednak nie możemy już ograniczać naszej aktywności na rzecz lokalnej społeczności do zwykłego ruchu oporu (przeciw budowie hipermarketu, wycinaniu drzew itp.) czy do zaspokajania doraźnej potrzeby (np. kampania „Food Not Bombs”, czyli rozdawanie jedzenia). Jeśli nie zaczniemy prezentować pewnego modelu reorganizacji wolnościowej instytucji samorządu, nigdy nie osiągniemy trwałych zmian; czasem wygramy jakąś sprawę, ale pozostaniemy szlachetną opozycją do końca świata.
Wbrew temu, co może się zdawać zwolennikom demokracji bezpośredniej, uczestnictwo w niej nie jest dla większości obywateli oczywiste. Poparcie dla takiego planu będziemy budować stopniowo i z licznymi przeszkodami. Michael Albert zwrócił uwagę, że „większość konsumentów nigdy nie wie, jakie decyzje się rozważa, jakie są alternatywy; nie wie, że można to robić inaczej, niż pozostawiając decyzje w rękach państwowych biurokratów”[106]. W małym mieście łatwiej o jasny i całościowy obraz problemów, które dręczą poszczególne społeczności, i wystarczy tam inicjatywa nawet mało licznej grupy, by ogarnąć całą ludność. Natomiast w dużym mieście sytuacja jest inna, bo trudno niewielkiej liczbie ludzi (nie mamy w Polsce naprawdę masowych ruchów na rzecz zmiany społecznej) mieć jasny, szczegółowy i całościowy obraz wszystkich problemów społecznych. Tak samo byłoby trudno tejże niewielkiej grupie (anarchistów, feministek, ekologów itd.) doprowadzić do inicjatywy społecznej na szerszą skalę. Niemniej jednak, jeśliby jakaś grupa lub, jeszcze lepiej, grupy inicjujące mające taką świadomość zaczęły się organizować, aby ingerować w konkretne problemy rzeczywistości danej dzielnicy, to stopniowo mogłyby ogarnąć całe miasto. W gruncie rzeczy, czyż mały ośrodek nie jest odpowiednikiem dzielnicy w wielkiej aglomeracji? Zatem rozpoczęcie działania w określonej strefie i przechodzenie następnie do dalszych z pewnością pozwoliłoby na stopniowe osiąganie tych samych wyników, do których można dojść w społeczności kilku- lub kilkunastotysięcznego miasteczka. Walka o uspołecznienie samorządu zaczyna się od najmniejszych drobiazgów: niesprawnej kanalizacji, oświetlenia ulicy, dofinansowania obiadów w szkolnych stołówkach, konfliktu o lokalizację parkingu, sprzeciwu wobec wycinki drzew itp. Trzeba jednak połączyć te wszystkie zagadnienia w ramach strategii jednego ruchu społecznego stanowiącego koalicję różnych organizacji. Można powoływać otwarte fora dyskusyjne dotyczące problematyki lokalnej, żądać udziału przedstawicieli władz w spotkaniach z mieszkańcami lub zbierać podpisy pod projektem wprowadzenia zapisów o partycypacji w statucie gminy.
Ewentualny udział w wyborach samorządowych nie oznacza wcale, że powołanie do życia demokracji uczestniczącej wymaga tylko jednego pociągnięcia piórem przez burmistrza lub inne ciała samorządowe. Pierwszy impuls wyjść musi od osób bezpośrednio zainteresowanych korzyściami wynikającymi z oddolnej samorządności, czyli od różnego typu grup obywatelskich, stowarzyszeń lokatorskich, wspólnot mieszkaniowych, grup samopomocy, związków zawodowych itp. Liczebność i aktywność podobnych grup wpływa na szanse powodzenia demokracji uczestniczącej, gdyż wydaje się, że silnie zorganizowane społeczności mogą stanowić zabezpieczenie przed „uwiedzeniem” uczestników zgromadzenia sąsiedzkiego czy dzielnicowego przez demagoga o autorytarnych zapędach. Mówiąc o sile inicjującej, pamiętajmy, że spontanicznie i bez pomocy państw powstawał w każdej ludowej rewolucji ten sam rodzaj grup samorządowych, poczynając od amerykańskich okręgów miejskich z roku 1776, przez francuskie zgromadzenia każdej sekcji Paryża w 1793 r., Komunę Paryską 1871, komuny w rewolucyjnej Hiszpanii 1936, rady robotnicze i inteligenckie podczas rewolucji na Węgrzech 1956, kolektywy zapatystowskie w Chiapas od 1994, aż po zgromadzenia sąsiedzkie w Argentynie po rewolcie w grudniu 2001 r. W każdym ze wspomnianych powstań i rewolucji forma demokratycznego i bezpośredniego uczestnictwa wyrastała z samych wydarzeń. Wszystkie stawały się politycznym forum opartym na publicznych obradach. Wszystkie eliminowały biurokratyczną formę rozwiązywania problemów, zastępując ją bezpośrednio na szczeblu lokalnym. Niewielką elitę reprezentantów zastępują w takiej sytuacji federacje grup mających na celu określone sprawy i, co za tym idzie, dysponujące znajomością problemów lokalnych, obcych aparatowi partyjnemu i biurokratycznemu. Te sąsiedzkie zgromadzenia wyłaniają się zawsze z prostej wspólnoty życia, która rozrasta się w rady dzielnicowe lub innego typu rady terytorialne. Co prawda, demokracja uczestnicząca w Porto Alegre została wprowadzona decyzją burmistrza, jednak poprzedziła ją silna presja samych mieszkańców.
Wiele zależy też od tego, czy demokracja uczestnicząca odbywać się będzie, tak jak w Porto Alegre, w ramach regularnie funkcjonujących instytucji, których zasady zostaną ustalone przez samych uczestników procesu decyzyjnego. Wydaje się, że możemy wyłącznie zyskać na praktycznym zastosowaniu idei samorządności przeciwstawionej odgórnej polityce lokalnych i państwowych władz. Jeśli we współczesnym samorządzie są jakieś szczeliny, przez które możemy wprowadzić więcej wolności i autonomii, to należy je wykorzystać. Prawdopodobne jest, że rezultatem demokracji uczestniczącej w samorządzie lokalnym będzie utrzymywanie przy życiu opozycji wobec aktualnego systemu politycznego i ekonomicznego. Nasze argumenty przeciw państwowej normie rządzenia ponad głowami obywateli zyskają wsparcie ze strony istniejących już alternatyw. Nie bez znaczenia będzie ich skala. Zaangażowanie w demokrację uczestniczącą nie wyklucza przy tym innych strategii ruchu anarchistycznego, feministycznego, ekologicznego i związkowego. Nie chcemy skupiać się na jednym i porzucać działania przeciw łamaniu praw pracowniczych, dyskryminowaniu kobiet, tworzenia centrów społecznych czy obrony praw lokatorów itp. W razie sukcesu w samorządzie przyczynimy się do powstania przyjaznej atmosfery pozwalającej na realizację bardziej radykalnych i wolnościowych projektów przebudowy społeczeństwa. Przerzucimy pierwsze mosty pomiędzy dzisiejszymi realiami a wolnym społeczeństwem jutra.
Celem wszystkich wspomnianych wcześniej inicjatyw samorządowych będzie, po pierwsze, doświadczenie tego, jak mogłoby wyglądać życie w społeczeństwie, które potrafi zastąpić wertykalizm państwowy siecią sąsiedztw i gmin sfederowanych we wzajemnej, solidarnej współpracy i samopomocy; po drugie, uzyskanie korzyści dla najgorzej uposażonych; a po trzecie, ustanowienie pełnej kontroli nad przedstawicielami wydelegowanymi do jasno określonych zadań, z prawem odwołania ich, kiedy przestaną zgadzać się z ustanowionymi przez wyborców wytycznymi.
Podsumowując, chodzi po prostu o poważne traktowanie demokracji, bez podziału na lepszych i gorszych obywateli. Nie jest to rozwiązanie utopijne. Już działa, tylko trzeba chcieć je stosować.



Przypisy

  1. Wraz z wprowadzeniem reformy samorządowej w 1990 r. 50% ankietowanych Polaków deklarowało zaufanie do władz samorządowych, w 2000 r. poziom zaufania wynosił niecałych 20%. Zob. P. Swaniewicz, Życzliwa obojętność. Władze lokalne i reforma samorządowa w oczach opinii publicznej w krajach Europy Środkowej, Warszawa 2001, dz. cyt., s. 15.
  2. W 2003 r. 30% ankietowanych przez CBOS Polaków wierzyło, że samorząd dokona zmian na lepsze w gminie czy mieście, przeciwnego zdania było 48% badanych. Zob. B.K., Na kłopoty samorząd, „Rzeczpospolita” 14.2.2003, nr 38, s. 2.
  3. Badania te zostały przeprowadzone przez Zakład Teorii Polityki i Systemów Politycznych Uniwersytetu Śląskiego, pod kierunkiem prof. P. Dobrowolskiego. Częściową publikację wyników zawiera artykuł: S. Wróbel, Artykulacja interesów w społecznościach lokalnych, w: Vie politique locale. Polityczne życie lokalne, pod red. J. Wodza, Katowice 1994, s. 85.
  4. Zob. H.T. Nieuwland, A Participatory Budgeting Model for Canadian Cities, 2003, s. 18, fcis.oise.utoronto.ca/~danielschug/courses/2003nieuwland.pdf.
  5. Zob. [b.a.], Bobigny. From Various Experiments of Participation to a Participative Budget, http://www.budget-participatif.org/actualite/.
  6. Zob. V. Berkani, Vers un budget participatif dans les Lycées Pictocharentais, http://www.adels.org/formation-etudes/.
  7. Zob. M. Cambell, Tête-à-tête, „Forum” 2007, nr 1, s. 12–13.
  8. Miasto jest nasze, reportaż filmowy S. Gilman i P. Dirne, 28 min., Francja 2001.
  9. Zob. P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, praca magisterska napisana pod kierunkiem prof. dr. hab. W. Kozuba-Ciembroniewicza, Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, [maszynopis], Kraków 2002, s. 10.
  10. Grażyna Pawelska-Skrzypek z Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadziła w roku 1994 badania wśród radnych i mieszkańców dwóch dzielnic Krakowa, z których wynikało, że w czasie całej pierwszej kadencji (1990–1994) radni prawie nie kontaktowali się z mieszkańcami. Udokumentowano w badaniach różne hierarchie ważności potrzeb mieszkańców dzielnicy według radnych i samych mieszkańców. Okazało się również, że zdecydowana większość ankietowanych mieszkańców w ogóle nie wiedziała o istnieniu rady dzielnicy. Zob. G. Pawelska-Skrzypek, Znaczenie partycypacji obywatelskiej dla rozwoju lokalnego, w: Partycypacja obywatelska w życiu społeczności lokalnej. Stan, bariery, rekomendacje, pod red. G. Pawelskiej-Skrzypek, Kraków 1996, s. 101–102.
  11. Zob. H.T. Nieuwland, A Participatory Budgeting Model for Canadian Cities, dz. cyt., s. 5.
  12. G. Sartori, Teoria demokracji, Warszawa 1998, s. 148.
  13. P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 6–7.
  14. Warto zwrócić uwagę na przykłady zastosowania demokracji uczestniczącej w projektowaniu osiedli komunalnych. W roku 1969 szkocki architekt Ralph Erskine zaprosił 9 tys. przyszłych lokatorów do udziału w pracach nad przygotowaniem projektu osiedla robotniczego Byker Wall w angielskim Newcastle. Bardzo istotnym etapem było wybudowanie na początku małego fragmentu osiedla, Janet Squere (1971–1972) według ustalonych z użytkownikami założeń i poddanie go wspólnej, publicznej ocenie i dyskusji. Przyszli mieszkańcy mogli także wybrać sobie lokalizację, plan mieszkania i sąsiadów. Z kolei w roku 1979 władze samorządowe miasta Alençon w Normandii zwróciły się do pracowni architektonicznej Luciena Krolla z propozycją przebudowy osiedla komunalnego „Perseigne”. Polegać to miało nie tyle na przedstawieniu mieszkańcom gotowego projektu, ile na próbie zrozumienia życzeń ponad 7 tys. dotychczasowych mieszkańców osiedla i przetłumaczeniu ich na propozycje architektoniczne. Istotą upodmiotowienia lokatorów była seria długich spotkań, w czasie których mieszkańcy zażądali zmiany systemu własności z kwaterunkowej na spółdzielczą, modyfikacji przebiegu ulic, stworzenia parku i przebudowy samych bloków poprzez częściowe wyburzenia i dobudowy, zmiany planów mieszkań oraz dodanie detalu architektonicznego. Udział lokatorów w projektowaniu wywoływał powtarzające się konflikty z władzami lokalnymi, ale pracownia Krolla konsekwentnie wspierała mieszkańców. Prace budowlane i przekształcenia własnościowe przebiegły zgodnie z żądaniem przyszłych lokatorów i zostały ukończone w połowie lat osiemdziesiątych. Zob. T. Barucki, Ralph Erskine, Warszawa 1987 oraz F. Zagari, W poszukiwaniu różnorodności, tłum. B. Gadomska, „Architektura” 1984, nr 5, s. 40–41.
  15. W. Linder, Demokracja szwajcarska, Rzeszów 1996, s. 218–219.
  16. M.-J. Massicotte, Forces d’emancipation et démocratie participative dans les Amériques: Un regard sur l’alliance sociale continnentale, Ottawa 2006, s. 38–41.
  17. Zapatyści to ruch społeczny i partyzancki zrzeszający zbuntowaną przeciw rządowi i latyfundystom najbiedniejszą część ludności stanu Chiapas w południowym Meksyku. Według niektórych zapatyści są pierwszym partyzanckim ruchem rewolucyjnym, który w swojej działalności wykorzystywał nowoczesne technologie w celu zdobycia zagranicznego poparcia, są również jednym z pierwszych na świecie ruchów partyzanckich, które nie dążą do zdobycia władzy, lecz do budowy autonomicznych samorządów kierujących się zasadami demokracji bezpośredniej. Sami zapatyści postrzegają siebie jako część szerszego ruchu alterglobalistycznego.
  18. Erik Olin Wright nazywa budżet partycypacyjny „realutopią”, czyli zespoleniem wizji idealnej z konkretnym instytucjonalno-systemowym rozwiązaniem. Jak pisze Wright, przykłady real utopias pokazują, że zastany porządek społeczny jest tylko pozornie nienaruszalny, ponieważ w rzeczywistości można go modyfikować. Zob.: P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 83.
  19. Zob. tamże, s. 15.
  20. Zob. New Atlas of Human Development in Brazil: 1991–2000, (UNDPB), 2004.
  21. Zob. P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 16–17.
  22. Paulo Freire (1921–1997), brazylijski ideolog i praktyk pedagogiki emancypacyjnej, twórca aktywizującej metody nauczania osób dorosłych, działacz lewicowego Ruchu Kultury Ludowej (Movimento de Cultura Popular), po 1964 r. represjonowany przez rządy wojskowych, od roku 1970 na emigracji, w latach dziewięćdziesiątych realizował program edukacji ludowej w Sao Paulo. Uważał, że edukacja musi umożliwić uściskanym mówienie o swojej sytuacji własnymi słowami i podjęcie konfrontacji ze społecznymi opresorami. Nauka powinna być realizowana w małych grupach, po uprzednim rozpoznaniu potrzeb uczniów, którzy mogą wpływać na temat i sam proces nauczania. Autor książki Pedagogika uciskanych.
  23. Zob. P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 18.
  24. Zob. R. Menegat, Movimentos Sociais e Inovações na Movimentos Sociais e Inovações na Democratizaçăo da Gestăo Urbana Democratizaçăo da Gestăo Urbana em Porto Alegre, „Proposta” 1998, nr 78, s. 13.
  25. Zob. R. Abers, Inventing Local Democracy: Grass Roots Politics in Brazil, Colorado 2000, s. 37.
  26. Zob. Z. Navarro, Participation, democratizing practices and formation of a modern polity – the case of „participatory budgeting” in Porto Alegre, „Development” 1998, vol. 41, nr 3, s. 68–71.
  27. Zob. D. Schugurensky, Grassroots Democracy: the Participatory Budget of Porto Alegre, „Canadian Dimension” 2001, vol. 35, nr 1, cyt. za: P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 38.
  28. Zob. P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 35–37.
  29. Zob. G. Baiocchi, Inequality and Innovation: Decentralization as an Opportunity Structure in Brazil, http://www.worldproutassembly.org/archives/2006/06/inequalityand.html.
  30. Zob. P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 30.
  31. Zob. R. Menegat, Participatory Democracy and Sustainable Development: Integrated Urban Environmental Management in Porto Alegre, Local Agenda 21 in Porto Alegre, „Environment & Urbanisation” 2002, vol. 14, nr 2, s. 196.
  32. Zob. N. Swift, G. Kervella, South American Cities Spearhead Development of Direct Democracy, [materiały konferencyjne Observatori Internacional de la Democracia Participativa (OIDP)], Lille 2003.
  33. Zob. G. Baiocchi, Participation, Activism and Politics: The Porto Alegre Experiment and Deliberative Democratic Theory, http://www.ssc.wisc.edu/~wright/Baiocchi.PDF, za: P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 22–26.
  34. Zob. M. Grabowska, T. Szawiel, Budowanie demokracji, Warszawa 2001, s. 80.
  35. A. Marquetti, Extending Democracy: Participatory Budgeting in Porto Alegre, Brazail, Porto Alegre 2000.
  36. Zob. R. Abers, From Clientelism to Cooperation: Local Government, Participatory Policy, and Civic Organizing in Porto Alegre, Brazil, „Politics & Society” 1998, nr 4, s. 530.
  37. Zob. R. Menegat, Participatory Democracy and Sustainable Development: Integrated Urban Environmental Management in Porto Alegre, Local Agenda 21 in Porto Alegre, dz. cyt., s. 196.
  38. Zob. I. Bruce, Porto Alegre’s Participatory Budget – A Genuine Alternative?, reviewed by P. Flanningan, 10.12.2004, http://www.socialistdemocracy.org/.
  39. Zob. D. Lewit, Participatory Democracy in Porto Alegre, 2004, http://www.quaylargo.com/Transformation/Lewit.html.
  40. Zob. G. Baiocchi, The Citizens of Porto Alegre, „Boston Review” March/April 2006, http://www.bostonreview.net/BR31.2/contents.html.
  41. Zob. B. de Sousa Santos, Participatory Budgeting in Porto Alegre: Towards a Redistributive Democracy, „Politics & Society” 1998, nr 26, s. 498.
  42. Zob. R. Menegat, Participatory Democracy and Sustainable Development: Integrated Urban Environmental Management in Porto Alegre, Local Agenda 21 in Porto Alegre, dz. cyt., s. 196.
  43. Zob. H.T. Nieuwland, A Participatory Budgeting Model for Canadian cities, dz. cyt., s. 18.
  44. H. Wainwright, Reclaim the State, New York 2003, s. 3.
  45. Zob. Titulos e Conquistas: 16 anos de Administraçăo Popular (Prefeitura Porto Alegre), Porto Alegre 2004, s. 15.
  46. Zob. tamże, s. 16.
  47. Zob. R. Menegat, Participatory Democracy and Sustainable Development, dz. cyt., s. 195.
  48. Zob. J.H. Paim Fernandes, Processo, Projeto e Inserçăo Internacional, Porto Alegre 2000, s. 14–19.
  49. Zob. S. Baierle, The Porto Alegre Thermidor? Brazil’s Participatory Budget at the Crossroads, London 2003, s. 324–340.
  50. Zob. B. Wampler, Private Executives, Legislative Brokers and Participatory Publics: Building Local Democracy in Brazil [niepublikowana praca doktorska], Austin 2002, s. 228.
  51. Zob. T. Wood, Participatory Democracy in Porto Alegre and Belo Horizonte, Wellington 2004, s. 75.
  52. Tamże, s. 78–79.
  53. R. Antunes de Oliveira, Changer la ville qui n était pas faite pour ses habitants, http://www.urbanecology.net/.
  54. R. Abers, From Clientelism to Cooperation: Local Government, Participatory Policy, and Civic Organizing in Porto Alegre, Brazil, dz. cyt., s. 520.
  55. D. Chavez, The Watering Down of People Power in Porto Alegre, „Red Pepper” 5.5.2006, http://www.redpepper.org.uk/toc/x-may2006-toc.html.
  56. [B.a.], Formalidade mantida, sem o conteúdo efetido da partiçăo direta, „De Olho no Orçamento” 2005, nr 18, s. 1.
  57. Tamże
  58. Tekst deklaracji końcowej, Lettre de Porto Alegre, http://www.portoalgre.rs.gov.br/, cyt. za: P. Satora, Demokracja partycypacyjna w Porto Alegre, dz. cyt., s. 79–80.
  59. Zob. G. Baiocchi, Participation, Activism and Politics: The Porto Alegre Experiment and Deliberative Democratic Theory, http://www.ssc. wisc.edu/~wright/Baiocchi.PDF, za: Patrycja Satora, Demokracja partycypacyjna Porto Alegre, dz. cyt., s. 77.
  60. Zob. D. Wartchow, Water: Public management success in Rio Grande do Sul – Brazil, [The Water „Revlution” International Forum 2002 – Conseil Général du Val-de-Marne], s. 1 i n.
  61. Zob. tamże, s. 9–11.
  62. Zob. T. Lewis, The struggle against neoliberalism, „International Socialist Review” June/Jule 2001, http://www.isreview.org/issues/18/ Brazil.shtml.
  63. Zob. J. Bereza, Partycypacja społeczna i stymulowanie rozwoju społecznego, [strona internetowa Programu Rozwoju Instytucjonalnego], http://www.dobrepraktyki.pl/index/.
  64. Skąd mamy pieniądze i na co je wydajemy. Informator Budżetowy o wydatkach i dochodach Gminy Zabierzów, (Gmina Zabierzów), [b.r. i m.], s. 8.
  65. [List do redakcji od Marty Dziubek], „Znad Rudawy” 2004, nr 5, s. 6.
  66. [Oświadczenie Pawła Lipowczana, sekretarza gminy Zabierzów], „Znad Rudawy” 2004, nr 5, s. 7.
  67. Skąd mamy pieniądze i na co je wydajemy, dz. cyt., s. 3.
  68. Zob. W. Pilecka, Ludzie ludziom taki los zgotowali, „Znad Rudawy” 2006, nr 8, s. 6.
  69. Zob. A. Dilemni, Zapatismo e municipalismo libertario, „Arcipelago” 1998, nr 2, s. 4–6.
  70. Tamże, s. 5.
  71. Magoniści to kontynuatorzy ruchu anarchistycznego zainicjowanego przez Floresa Magon na początku XX w.
  72. [B.a], Dall’intervista all’antropologo messicano Antonio García De Leňn, „Umanita Nova” 1995, nr 25, s. 2.
  73. A. Dilemni, Zapatismo e municipalismo libertario, dz. cyt., s. 6.
  74. Tamże, s. 4.
  75. Tamże.
  76. S. Denevue, C. Reeve, Al di là del passamontagna del Sud-Est messicano, „Bolletino internazionale F.A.I.” 1996, nr 4, s. 2.
  77. A. Dilemni, Zapatismo e municipalismo libertario, dz. cyt., s. 5.
  78. EZLN. Documenti e comunicati del Chiapas insorto, curato da A. García de Leon, t. 1, Milano 1996.
  79. A. Dilemni, Zapatismo e municipalismo libertario, dz. cyt., s. 6.
  80. EZLN, dz. cyt.
  81. S. Rodríguez Lascano, Marsz Zapatystów, „Rewolucja” 2001, nr 1, s. 26.
  82. [Strona Viva Zapata], http://www.ezln.most.org.pl/.
  83. Z. Koniarz, Zapatyści. Rewolucja tam i teraz, „Atak” 2004, nr 8, s. 17–18.
  84. P.J. Proudhon, Wybór pism, t. 2, Warszawa 1974, s. 227 oraz Komuna Paryska, fa.most.org.pl/index/.
  85. M. Bookchin, 6 tesis sobre Municipalismo Libertario, http://www.institutoanarquista.cl/.
  86. Tamże.
  87. Tamże.
  88. J. Biehl, The Politics of Social Ecology, Montreal 1997, s. 56–59.
  89. [B.a.], Municipalismo libertario y democracia directa, „Periódico CNT” 2002, nr 277, s. 11.
  90. M. Bookchin, Municipalismo libertario perché, „Rivista Anarchica” 1999, nr 258, s. 27–29.
  91. M. Bookchin, 6 tesis sobre Municipalismo Libertario, dz. cyt.
  92. Tamże.
  93. Zob. [b.a.], Spezzano Albanese. Elezioni anomale, „Umanita Nova” 13.12.1998, s. 6.
  94. [B.a.], Spezzano Un’esperienza comunalista, „Arcipelago” 1998, nr 2, s. 7–9.
  95. [B.a.], Spezzano Albanese. L’autogestione in Fiera, „Umanita Nova” 5.9.1999, s. 7.
  96. [B.a.], Spezzano Albanese. Per l’autogoverno della collettività, „Umanita Nova” 27.6.1999, s. 4.
  97. N. Klein, Wybory kontra demokracja w Argentynie, http://www.prawda.pl/.
  98. Oaxaca walczy!, http://www.oaxaca.ibw.com.pl/.
  99. Zob.: http://www.asembleapopulardeoaxaca.com/.
  100. Oświadczenie uczestników Grupy Anarchistycznej im. Durruti’ego z Lyonu. Zob. Demokracja uczestnicząca czy sztuka absorbowania społecznych protestów, w: R. Górski, Demokracja uczestnicząca w samorządzie lokalnym, Poznań–Kraków 2003, s. 46–47.
  101. Tamże, s. 48.
  102. Zob. M. Ucieszyński, Autobus gratis, płatne drogi… czy lepsze wykorzystanie podatku importowego od produktów naftowych, gbk.net.pl/.
  103. Spółdzielnie konsumenckie opierają się m.in. na regularnych dostawach produktów bezpośrednio do mieszkań konsumentów, mogą też finansować wspólnotowe sklepy. Spółdzielnie konsumenckie w Toronto tworzą np. sieć dystrybucji pomiędzy okolicznymi farmerami i klientami w mieście.
  104. Zob. R. Abers, From Ideas to Practice: The PT and Participatory Governance in Brazil, „Latin American Perspectives” 1996, nr 4, s. 35–53.
  105. Przemówienie Patricka Brauzeca (mera Saint Denis) wygłoszone w Porto Alegre 11 listopada 1999, Zob. R. Górski, Demokracja uczestnicząca w samorządzie lokalnym, dz. cyt., s. 59–62.
  106. Zob. M. Albert, Gospodarka partycypacyjna – życie po kapitalizmie, tłum. I. Czyż, s. 135, [książka przygotowywana do druku przez Federację Anarchistyczną – sekcja Poznań].



Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję i/lub modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation oraz licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 PL.
Można zastosować obie licencje lub jedną z nich. Informacje o pochodzeniu tekstu możesz znaleźć w dyskusji tego tekstu.