Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XXIV.

Noc była bardzo ciemna, mimo pełni księżyca, który właśnie wypływał na nieboskłon, gdy minąwszy wszystkie zabudowania, znalazłem się na otwartych moczarach. Za ich czerniejącą płaszczyzną snuła się wązka wstęga jasnego nieba, leciuchno zabarwiona purpurową zorzą. Za chwil kilka i ona znikła, kryjąc się w gęstych obłokach, zaścielających całe niebo.
Przykry wiatr nawiewał tęsknoty i moczary zdały się smutniejszymi niż zwykle. Człowiekowi, nieobeznanemu z okolicą, wydałyby się nieznośne, a i na mnie wywarły takie wrażenie, że już zacząłem się wahać, czy nie lepiej byłoby wrócić. Ale znałem doskonale te moczary i znalazłbym drogę nawet w gorszą noc i dlatego nie myślałem ustąpić, skoro raz zaszedłem tak daleko. Tak tedy zacząłem drogę mimo swej woli i mimo swej woli ją przedłużałem.
Szedłem nie w stronę kuźni, ale w tym kierunku, w jakim goniliśmy skazańców. Z tyłu miałem oddalony ponton, a gdym się obejrzał, widziałem ognie strażackie.
Minęło pół godziny, zanim doszedłem do pieców, w których wypalano wapno; ogniska jeszcze płonęły, roznosząc przykrą woń; robotników nie było widać; obok leżały kamieniołomy wapienne. Musiałem przez nie przejść i widziałem porozrzucane przyrządy i taczki, widać praca się dziś odbywała.
Wyszedłem z dołu, ponieważ ścieżka prowadziła po dnie kamieniołomów i ujrzałem światło w domku strażnika. Przyspieszyłem kroku i zastukałem do drzwi. Czekając na wezwanie, oglądałem się wokoło i dostrzegłem, że śluzy były zapuszczone i połamane; domek drewniany z ceglanym dachem zdaje się niedługo już mógł służyć za schronienie przed niewygodą, jeżeli poprzednio wogóle służył; błoto i muł były pokryte wapnem, a duszący dym i para z pieców biła mi prosto w twarz. Odpowiedzi nie było; znowu zastukałem a nie słysząc wezwania, nacisnąłem klamkę.
Drzwi się otworzyły. Zajrzałem i spostrzegłem świecę, stojącą na stole, ławkę i łóżko z materacem.
— Jest tu kto? — zawołałem.
Nikt się nie odezwał. Spojrzałem na zegarek, była już dziesiąta. Znów zawołałem:
— Jest tu kto?
Nie otrzymawszy odpowiedzi, wyszedłem, nie wiedząc, co robić.
Nagle zaczął padać deszcz. Wróciłem do izdebki i stałem w drzwiach, patrząc w ciemności nocy. Myśląc, że ktoś był tu niedawno i prawdopodobnie wkrótce wróci, bo świeca nie paliłaby się napróżno, chciałem zobaczyć, wiele jej spłonęło. Wszedłem i wziąłem ją do ręki, nagle ktoś ją zdmuchnął i poczułem, że schwytano mnie w pętlę narzuconą z tyłu.
— Aha! — powtórzył jakiś głuchy głos, Przeplatając swe słowa przekleństwami: — złapałeś się, gołąbeczku!
— Cóż to znaczy? — krzyknąłem, starając się uwolnić. — Kto to? Zbój, zbój, zbój!
Ręce moje silnie były przyciśnięte do boków a linka wpiła się w mą chorą rękę. Czyjaś ciężka dłoń zasłaniała mi usta, aby zgłuszyć krzyki, czułem czyjś oddech i mimo usilnego oporu, przywiązano mnie do ściany. Teraz tylko krzyknij — z nowem przekleństwem przemówił głos — a zaraz z tobą skończę!
Słabo mi się zrobiło z bólu w chorej ręce. Nie mogłem przyjść do siebie z wyczerpania; odrazu sobie przedstawiłem, jak łatwo byłoby wykonać tę groźbę i dlatego przestałem krzyczeć, starałem się tylko choć trochę wyswobodzić ręce i ulżyć cierpieniom. Poprzedni ból można było porównać z oparzeniem, obecnie czułem, jakby cała ręka była we wrzącej wodzie.
Z zupełnej ciemności, panującej w izbie, domyślałem się, że zamknął drzwi. Potykając się przez chwilę w ciemności, odszukał krzemień i kawałek stali i zaczął krzesać ogień. Napróżno wytężałem oczy, patrząc na iskry, padające na hubkę, które zaraz rozdmuchiwał, trzymając w ręku świecę; nic nie mogłem rozróżnić, prócz jego warg i końca świecy i to tylko chwilami. Hubka widocznie zamokła, co nie było dziwnem w takiem miejscu i iskry gasły jedna za drugą.
Człowiek ten nie spieszył się i wciąż starał się rozniecić ogień. Iskry zaczęły lecieć coraz częściej; mogłem rozróżnić obecnie jego ręce i niektóre rysy twarzy a także i to, że siedział pochylony nad stołem; ale — nic więcej. Znów zaczął dmuchać na hubkę. Nagle zapłonął ogień i poznałem: — Orlika!
Kogo spodziewałem się zobaczyć, nie wiem, ale nigdy jego. Poczułem, że znajduję się w wielkiem niebezpieczeństwie i nie spuszczałem zeń oczu.
Nie spiesząc się, zapalił świecę, rzucił zapałkę na ziemię i przygniótł ją nogą. Potem odsunął świecę od siebie, aby mu nie przeszkadzała patrzyć na mnie, złożył ręce na stole i zaczął mnie oglądać. Spostrzegłem, że jestem przywiązany do grubej drabiny, przytwierdzonej o parę centymetrów od ściany; było to wejście na górę.
— Aha. Wpadłeś mi w ręce!
— Rozwiąż mnie i wypuść!
— Cha — cha! ja cię puszczę! Wypuszczę cię na księżyc, puszczę cię na gwiazdy!
— Dlaczegoś mnie tu zwabił?
— Niby to nie wiesz? — rzekł, mściwie spoglądając na mnie.
— Dlaczego napadłeś na mnie pociemku?
— Dlatego, że sam chcę się z tem załatwić! Jeden lepiej zachowa tajemnicę, niż dwóch. Uu, przeklęty potworze!
Zła radość, z jaką patrzył na mnie, kiwając głową, z rękami wciąż jeszcze złożonemi na stole, wstrząsnęła mnie dreszczem. Milcząc śledziłem go; wyciągnął rękę w stronę sąsiedniego kąta i dobył stamtąd broni w miedzianej oprawie.
— Znasz to? Przypominasz sobie, gdzieś to widział poprzednio! Mów, bydle!
— Tak.
— Przez ciebie straciłem to miejsce? Mów, czy przez ciebie?
— Czyż mogłem postąpić inaczej?
— Tyś to zrobił i to samo wystarczyłoby już. Jak śmiałeś stawać między mną a dziewczyną, która mi się podobała?
— Kiedy to było?
— Kiedy tego nie było? Czyś nie ty oczernił starego Orlika w jej oczach.
— Sam się oczerniłeś, sam na toś zasłużył. Nie mógłbym ci nic złego uczynić, jeślibyś sam dla siebie nie był wrogiem.
— Łżesz, łajdaku! I „nie poskąpisz ani trudów, ani pieniędzy, aby mnie usunąć z okolicy“, nie tak? — rzekł, powtarzając moje słowa, które powiedziałem do Biddi podczas naszego ostatniego widzenia. A więc i ja ci coś oznajmię. Nigdy bardziej nie potrzebowałeś usunięcia mnie z tych okolic, jak w noc dzisiejszą. Tak, to wartoby było twych pieniędzy do ostatniego miedziaka, szeląga a nawet ze dwadzieścia razy więcej! — I kiwnął mi głową, warcząc, jak tygrys. Poczułem, że miał słuszność co do tych ostatnich słów.
— Co myślisz ze mną zrobić?
— Co myślę z, tobą zrobić? Myślę raz z tobą skończyć.
Pochylił się całem ciałem naprzód i przez kilka chwil nie spuszczał ze mnie oczu, potem powoli otworzył pięść, przesunął ręką po ustach, jakby od tej jednej myśli śliny mu z ust pociekły i znowu usiadł na miejscu.
— Zawsze stałeś na drodze staremu Orlikowi, od samego dzieciństwa. Dzisiejszej nocy zejdziesz mu z drogi. Nie będziesz mu więcej przeszkadzał. Już tak, jakbyś zginął.
Poczułem, że stoję na brzegu mogiły. Przez chwilę dziko obejrzałem się wokoło w nadziei, że znajdę jakiś sposób ocalenia, ale nie było żadnego.
— Co więcej. Chcę, by nie zostało z ciebie śladu, najmniejszej kosteczki. Wrzucę twego trupa do pieca, w którym wypalają wapno. Ja i dwa takie trupy uniósłbym na plecach. A potem niech ludzie myślą, co chcą, nigdy o niczem się nie dowiedzą.
Z niezwykłą szybkością wyobraziłem sobie wszystkie możliwe następstwa takiej śmierci. Ojciec Estelli będzie przekonany, żem go opuścił, zostanie ujęty i umrze, obwiniając mnie; nawet Herbert zwątpi we mnie, porównując list, który mu zostawiłem z faktem, że zatrzymałem się przy drzwiach pani Chewiszem tylko na chwilę. Józef i Biddi nigdy się nie dowiedzą, jak mi było ciężko tej nocy; nikt nigdy się nie dowie wiele przecierpiałem, jakie męki duchowe zniosłem i jak chciałem się poprawić. Śmierć, czekająca mnie była straszną, ale straszniejszą była myśl, że mego czynu nie zrozumieją i inaczej go osądzą po śmierci. Myśl jedna po drugiej tak szybko przelatywała mi przez głowę, że zanim zamarły słowa złoczyńcy, już widziałem się przedmiotem obrzydzenia nieistniejących jeszcze pokoleń — dzieci Estelli i potomków tych dzieci.
— No, kanalio, zanim cię zabiję, jak jakie bydlę — pobawię się jeszcze tobą i podrażnię cię. A, gadzino!
Znów pomyślałem, by zawołać o pomoc, choć doskonale wiedziałem o odosobnieniu tego miejsca i o beznadziejności! mego położenia. Ale wstrzymywało mnie uczucie obrzydzenia do Orlika. Jednego tylko byłem pewien, że nie będę go prosił o litość i że umrę, czyniąc ostatni próżny wysiłek, by mu się oprzeć. Jakże byłem względnym dla wszystkich ludzi w owej strasznej chwili, jak błagałem o łaskę niebios, jak byłem przerażony myślą, że nie mogę pożegnać, przeprosić wszystkich drogich moich i wybłagać u nich przebaczenia za me słabości. — Mimo tych gorzkich uczuć zabiłbym Orlika, umierając, jeślibym tylko mógł.
Napewno pił niedawno: oczy jego płonęły i nabiegły krwią. Na szyi chwiała się blaszana flaszka, jak niegdyś. Poniósł flaszkę do ust, pociągnął i poczułem zapach spirytusu.
— Łotrze! Stary Orlik powie ci coś. Toś ty sam przysłużył się swej kłótliwej siostrze.
Znowu w mojej wyobraźni przemknęły z niepojętą szybkością okoliczności napadu na biedną siostrę, jej choroba, śmierć, zanim mu powiedziałem:
— To ty, łotrze!
— Mówię ci, że to twoja wina, bo uczyniłem to przez ciebie. Napadłem na nią z tyłu tak, jak obecnie na ciebie napadłem i wymierzyłem jej cios. Myślałem, że już po niej i gdyby był tam piec tak blizko jak tu, nie ożyłaby już. A uczynił to nie stary Orlik, lecz ty. Ciebie pieszczono i chwalono, a jego bito i ganiono; starego Orlika bito i ganiono. Teraz za to odpokutujesz. Tyś winien, ty odpokutujesz.
Znowu pociągnął i wpadł w większą wściekłość. Wnioskując z tego, jak silnie przechylał głowę, można było miarkować że we flaszce już niewiele pozostało. Zrozumiałem, że podnieca się, aby prędko skończyć ze mną. Wiedziałem, że każda kropla pozostałego płynu była cząstką mego życia. Wiedziałem, że gdy się zmienię w część tej pary, która tak niedawno raziła me powonienie, on zrobi to, co zrobił po zabiciu siostry: — uda się do miasta i będzie włóczył się i rozpijał po szynkach, aby go wszyscy widzieli.
Myślą lata przebiegałem zanim on zdołał wymówić słów parę; słowa jego zaś przedstawiały dla mnie obrazy i widoki. W tym podrażnionym i wytężonym stanie wszystkich władz umysłowych, jak obecnie, nie mogłem pomyśleć ani o osobach ani o miejscach, żeby one przedemną nie stanęły jak na jawie. Obrazy następowały po sobie z szybkością i mimo to przez cały czas tak miałem go na oku, że nie możnaby było pilniej śledzić tygrysa, gotującego się do skoku! Widziałem najdrobniejsze jego poruszenia.
Łyknął jeszcze raz, wstał z ławki i odsunął stół. Potem wziął świecę i zastawiając ją ręką tak, aby światło padało na mnie, przez pewien czas nasycał się widokiem.
— Powiem ci jeszcze coś, kanalio. To o starego Orlika potknąłeś się owej nocy na schodach.
Ujrzałem ciemne schody, cień grubych poręczy, w świetle latarni, wiszącej na ścianie, pokój, którego już więcej nie miałem oglądać. Jedne drzwi przymknięte, drugie półotwarte a wzdłuż ścian znane mi meble.
— A dlaczego stary Orlik był tam? Opowiem ci jeszcze coś. Ty i ona wygnaliście mnie prawie z tych okolic, ale ja znalazłem sobie innych towarzyszów i panów. Jeden z nich pisze me listy, gdy mi potrzeba — czy słyszysz? — pisze moje listy, łotrze jeden! A piszą oni nie tak, jak ty, tylko pięćdziesięciu chairakterami. Postanowiłem cię pochwycić już wówczas, gdyś był na pogrzebie siostry. Nie miałem tylko dogodnej sposobności, śledziłem każdy twój krok, bo umyśliłem za wszelką cenę cię zgubić! No! Szukając ciebie natknąłem się na twego wuja Prowisa. Więc i ty masz wujów? Gdym cię znał u pana Hardżeri i byłeś jeszcze małą bestyą, tak że mógłbym cię dwoma palcami zdusić (jak zresztą nieraz myślałem zrobić, gdyś się wałęsał w niedzielę pod topolami wieczorem) — wtedy jeszcze nie miałeś wujów. Ale gdy stary Orlik poznał, że twój wuj Prowis napewno nosił tę okowę, którą Orlik znalazł przepiłowaną na moczarach i dotąd chował, póki nie powalił nią twej siostry, jak byka w rzeźni, tak właśnie, jak zamierza zrobić z tobą — cha, cha — a gdy to poznał — cha, cha...
Z dzikim śmiechem podsunął mi świecę tak blizko do twarzy, że musiałem się odchylić w tył.
— Aha! — ze śmiechem zakrzyczał i powtórzył tę czynność jeszcze raz. — Dziecko sparzywszy się, boi się ognia! Stary Orlik wie, żeś się poparzył, wie, że chcesz potajemnie ukryć swego wuja, zna cię dobrze, wiedział, że przyjdziesz tu tej nocy. No powiem ci jeszcze coś i na tem koniec. Są ludzie, którzy postarają się tak samo przyłapać twego wuja Prowisa, jak stary Orlik przyłapał ciebie. Niechże unika ich, gdy straci krewnego! Niech się o nich dowie, gdy nie zostanie ani jednej kostki z jego kochanego bratanka, ani jednego kawałka z jego ubrania. Znaleźli się tacy, co nie chcą, by Magwicz żył — widzisz, znam jego nazwisko — nie chcą, mówię, mieć go pod bokiem; wiedzieli o nim, gdy mieszkał daleko za morzem, skąd nie mógł wyjechać i zagrażać ich bezpieczeństwu. Może to oni właśnie piszą pięćdziesięciu rozmaitymi charakterami, to cię nie obchodzi. Hurra! Kompenson, Magwicz i szubienica!
Z temi słowy znowu dotknął mnie świecą, opalając mi twarz i włosy; na chwilę zupełnie mnie oślepił; potem odwróciwszy się do mnie plecami, postawił świecę na stole. Zanim znów obrócił się w mą stronę zdążyłem w myśli odmówić modlitwę i pożegnać się z Józefem, Biddi i Herbertem.
Między stołem a przeciwległą ścianą była przestrzeń na kilka kroków. Po tej przestrzeni zaczął chodzić tam i z powrotem. Ręce jego ciężko zwieszały się po bokach; a oczy ponuro na mnie spoglądały. Nigdy nie wydawał mi się tak silnym, jak obecnie. Nie miałem ani odrobiny nadziei. Mimo nawału obrazów, które zamiast myśli mknęły w mej wyobraźni, jasno zrozumiałem, że jeśliby nie był pewny, że mam niedługo zostać przy życiu, za nic w świecie nie opowiadałby mi tego, co przed chwilą mówił.
Nagle zatrzymał się, wyrwał korek z butelki i rzucił go na ziemię. Choć był bardzo lekki, ale słyszałem jego padanie. Orlik powoli łykał, coraz więcej przechylając głowę i już nie patrzył na mnie. Ostatnie krople wylał na rękę i zlizał. Potem w porywie szału ze strasznemi przekleństwami rzucił na bok flaszkę i zerwał się z ławki; w rękach trzymał młotek z długą, ciężką rączką.
Postanowienie moje nie opuściło mnie. Nie wymówiwszy najmniejszej prośby, zacząłem krzyczeć na całe gardło i przygotowywałem się do obrony. Miałem tylko głowę i nogi wolne, ale czułem w sobie nieznaną siłę. W tej chwili usłyszałem wołania i we drzwiach ukazało się światło. Kilku ludzi wpadło do pokoju i ujrzałem, jak w zamieszaniu Orlik prześlizgnął się między nimi, jednym skokiem przesadził stół i znikł w cieniach nocy.
Gdym odzyskał przytomność, spostrzegłem, że leżę na podłodze, rozwiązany a głowa moja spoczywała na czyichś kolanach. Oczy miałem wlepione w drabinkę, przytwierdzoną do ściany i dlatego odrazu poznałem, że było to to samo miejsce, na którem omdlałem.
Zbyt oszołomiony, aby się oglądnąć i zobaczyć, kto mnie podtrzymuje, wciąż patrzyłem na drabinę, gdy nagle między mną a drabiną ukazała się znajoma mi twarz chłopca od Trebba!
— Zdaje się, że wszystko w porządku — rzekł. Jest tylko bardzo blady!
Na te słowa twarz podtrzymującego mnie pochyliła się nade mną, poznałem ją.
— Herbert! Boże miłosierny?...
— Cicho, cicho, Hendlu. Nie bój się.
— I nasz dawny przyjaciel Startop! — zawołałem, gdy tenże pochylił się również.
— Nie zapominaj o naszej sprawie. — rzekł Herbert — a przedewszystkiem nie niepokój się.
Wzmianka ta pobudziła mnie do zerwania się, ale ból w ręce zmusił mnie znowu do opadnięcia na podłogę. — Jeszcze termin nie minął, Herbercie — mów prędko? Wiele czasu tu przebyłem? — Zdaje mi się, że przeleżałem tu bardzo długo — cały dzień i całą noc — dwa dni i dwie noce — może dłużej.
— Jeszcze pora nie nadeszła. Dopiero noc z poniedziałku na wtorek.
— Chwała Bogu!
— Masz jeszcze cały wtorek na wypoczynek. Jednakże ty jęczysz, drogi Hendlu. Gdzieś zraniony? Czy możesz stać?
— Tak, tak. Mogę chodzić. Nic mnie nie boli, tylko ta ręka.
Zaraz odwinęli mi rękaw i uczynili, co mogli, by zmniejszyć ból. Ręka bardzo spuchła i nie mogłem wytrzymać, gdy jej dotykano. Podarli swe chustki do nosa, aby zrobić świeże bandaże i ostrożnie założyli je na rękę. Wkrótce opuściliśmy budkę stróża. Chłopiec od Trebba — obecnie wysoki młodzieniec szedł Przed nami z latarnią — było to właśnie to samo światło, jakie ujrzałem we drzwiach. Księżyc podniósł się w górę, a choć deszcz padał, noc nie była tak ponurą, jak poprzednio. Biały dymek, wychodzący z pieców, odlatywał obecnie w przeciwną stronę. Dziękowałem w duszy Opatrzności, podobnie jak niedawno jeszcze w myśli układałem ostatnią modlitwę.
Dotychczas Herbert odmawiał stanowczo wszystkim mym prośbom i nie chciał mi opowiedzieć, w jaki sposób przyszedł mi na pomoc; radził mi, abym się uspokoił. Teraz jednak dowiedziałem się, że zgubiłem ten list w mieszkaniu, a Herbert, wróciwszy do domu ze Startopem, znalazł go wkrótce po mym wyjeździe. Ton pisma, a jeszcze więcej odmienna treść jego od treści pospiesznej notatki, którą do niego zostawiłem, wydały mu się podejrzanemi. Po zastanowieniu zaniepokoił się jeszcze więcej i udał się ze Startopem, który dobrowolnie mu towarzyszył, na stacyę dyliżansów. Dowiedział się, że wieczorny dyliżans już odszedł. W miarę przeszkód, rosła obawa, postanowił wyjechać pocztą. W ten sposób ze Startopem przyjechali do „Niebieskiego Dzika“ w nadziei, że mnie tam znajdą lub dowiedzą się czegoś o mnie. Przypuszczenia ich zawiodły, udali się więc do pani Chewiszem, gdzie stracili ślad. Poczem wrócili do gospody, aby coś przekąsić i wyszukać przewodnika na moczary. Między bezczynnymi, spacerującymi obok „Niebieskiego Dzika“ trafił się chłopiec od Trebba — zawsze wierny dawnej zasadzie, że powinien być wszędzie, gdzie niema dlań miejsca. Widział on, jak od pani Chewiszem poszedłem na obiad, został zatem ich przewodnikiem i poprowadził ich do domku strażnika przy szluzie drogą miejską, którą ominąłem. Po drodze Herbert myśląc, że przyszedłem tu ze względu na bezpieczeństwo Prowisa i że obce wmieszanie się mogło zaszkodzić, pozostawił przewodnika i Startopa na brzegu kamieniołomów, sam zaś ostrożnie obszedł trzy razy wokoło domku, aby się przekonać, czy jestem bezpieczny. Słysząc niewyraźne dźwięki obcego grubego głosu, wciąż wątpił, czy tam jestem, gdy nagle usłyszał mój krzyk, natychmiast wyłamał drzwi i wpadł z pozostałymi.
Gdym opowiedział Herbertowi, co zaszło, żądał, abyśmy natychmiast poszli uwiadomić o tem miejskie władze. Ale wytłomaczyłem mu, że to wstrzymałoby nas lub zmusiło do powrotu a w każdym razie byłoby zgubnem dla Prowisa. Tej trudności nie można było obejść i musieliśmy zrzec się wszelkiej nadziei ścigania tym razem — Orlika. W obecnych okolicznościach uważaliśmy za lepsze nie rozwodzić się nad tem przy chłopcu od Trebba, który, jestem pewien, był bardzo rozczarowany, dowiedziawszy się, że jego udział wybawił mnie od pieca do wypalania wapna. Nie dlatego, by był nieludzki z natury, nie, miał tylko trochę zbytniej żywości i potrzebował podniecającego pokarmu dla swej wyobraźni. Przy rozstaniu się dałem mu dwie gwinee, co, zdaje mi się, przypadło mu do gustu i powiedziałem, że bardzo żałuję, iż miałem kiedyś złe o nim pojęcie, co zupełnie go nie wzruszyło.
Ponieważ środa nadchodziła, postanowiliśmy wrócić do Londynu tej samej nocy tem bardziej, że chcieliśmy wyjechać z miasteczka, zanim rozejdą się pogłoski o wieczornym wypadku. Herbert wydostał butelkę jakiegoś płynu, którym okładał mi rękę przez całą noc. Świtało już, gdyśmy stanęli w Templu; odrazu położyłem się do łóżka i przeleżałem w niem całą noc.
Obawa, aby nie zachorować i nie być niezdolnym do niczego na drugi dzień, tak mnie prześladowała, że dziwię się, czemu właśnie ona mnie nie złamała. Niewątpliwie strach, obawa o powodzenie dnia jutrzejszego i znużenie, złamałyby mnie, gdyby nie ciągły, wytężony stan, w jakim utrzymywała mnie myśl o dniu jutrzejszym. Ten dzień jutrzejszy, tak dawno oczekiwany i związany z tyloma ważnemi następstwami!
Ostrożność wymagała, by między nim a nami nie było żadnych stosunków w tym dniu i to wzmagało mój niepokój. Każdy krok, każdy szelest powodował drżenie; zdawało mi się, że to posłaniec z fatalną wiadomością, że odkryto go i uwięziono. Ale dzień minął a posłańca nie było; gdy ściemniało, obawy moje, by nie rozchorować się do jutra rana, opanowały mię mocniej. Poraniona ręka i głowa paliły i już myślałem, że zaczynam bredzić. Licząc narachowałem ogromne sumy, potem powtarzałem długie wyjątki prozy i wierszy, jakie umiałem na pamięć. Recytowaniem tem zajmowałem się lub zasypiałem na chwilę, potem nagle budząc się, mówiłem sobie: „Znowu zaczynam bredzić!“
Herbert i Startop przez cały dzień byli przy mnie, wciąż zwilżając mi rękę i dając ochładzające napoje. Zasypiałem; budząc się za każdym razem myślałem o tem, że minęło wiele czasu i sposobność uwolnienia Prowisa stracona. Około północy wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem do Herberta przekonany, że przespałem dwadzieścia cztery godzin i że środa już minęła. Był to ostatni paroksyzm chorobliwego rozdrażnienia; potem już twardo zasnąłem.
Świt zaglądał w okno, gdym się obudził. Migające ogniki na mostach już bladły. Zorza rozlała się płomienistą falą po horyzoncie. Rzeka była jeszcze ciemna i tajemnicza, tylko gdzieniegdzie na zimnych, ponurych mostach igrało ciepłe zarzewie pożaru, gorejącego na niebie. Kiedym patrzył na ścieśnione dachy domów, wieże i szczyty kościelne, odrzynające się na tle jasnego nieba, weszło słońce i jakby ciemna zasłona spadła z rzeki a powierzchnia jej rozbłysła milionami iskier. Wtedy i ja poczułem siły i rzeźwość.
Herbert spał na swem łóżku a nasz, stary towarzysz na kanapie. Nie mogłem ubrać się bez ich pomocy, ale roznieciłem ogień i przygotowałem dla nich kawę. Wkrótce i oni obudzili się; otworzyliśmy okno, aby odetchnąć świeżem, rannem powietrzem i popatrzeć na przypływ, wciąż jeszcze idący od morza.
— Około dziewiątej oczekuj nas, Prowisie, — rzekł wesoło Herbert — i bądź gotów, tam na wybrzeżu Młyńskiego Potoku!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.