Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kroku i zastukałem do drzwi. Czekając na wezwanie, oglądałem się wokoło i dostrzegłem, że śluzy były zapuszczone i połamane; domek drewniany z ceglanym dachem zdaje się niedługo już mógł służyć za schronienie przed niewygodą, jeżeli poprzednio wogóle służył; błoto i muł były pokryte wapnem, a duszący dym i para z pieców biła mi prosto w twarz. Odpowiedzi nie było; znowu zastukałem a nie słysząc wezwania, nacisnąłem klamkę.
Drzwi się otworzyły. Zajrzałem i spostrzegłem świecę, stojącą na stole, ławkę i łóżko z materacem.
— Jest tu kto? — zawołałem.
Nikt się nie odezwał. Spojrzałem na zegarek, była już dziesiąta. Znów zawołałem:
— Jest tu kto?
Nie otrzymawszy odpowiedzi, wyszedłem, nie wiedząc, co robić.
Nagle zaczął padać deszcz. Wróciłem do izdebki i stałem w drzwiach, patrząc w ciemności nocy. Myśląc, że ktoś był tu niedawno i prawdopodobnie wkrótce wróci, bo świeca nie paliłaby się napróżno, chciałem zobaczyć, wiele jej spłonęło. Wszedłem i wziąłem ją do ręki, nagle ktoś ją zdmuchnął i poczułem, że schwytano mnie w pętlę narzuconą z tyłu.
— Aha! — powtórzył jakiś głuchy głos, Przeplatając swe słowa przekleństwami: — złapałeś się, gołąbeczku!