Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż to znaczy? — krzyknąłem, starając się uwolnić. — Kto to? Zbój, zbój, zbój!
Ręce moje silnie były przyciśnięte do boków a linka wpiła się w mą chorą rękę. Czyjaś ciężka dłoń zasłaniała mi usta, aby zgłuszyć krzyki, czułem czyjś oddech i mimo usilnego oporu, przywiązano mnie do ściany. Teraz tylko krzyknij — z nowem przekleństwem przemówił głos — a zaraz z tobą skończę!
Słabo mi się zrobiło z bólu w chorej ręce. Nie mogłem przyjść do siebie z wyczerpania; odrazu sobie przedstawiłem, jak łatwo byłoby wykonać tę groźbę i dlatego przestałem krzyczeć, starałem się tylko choć trochę wyswobodzić ręce i ulżyć cierpieniom. Poprzedni ból można było porównać z oparzeniem, obecnie czułem, jakby cała ręka była we wrzącej wodzie.
Z zupełnej ciemności, panującej w izbie, domyślałem się, że zamknął drzwi. Potykając się przez chwilę w ciemności, odszukał krzemień i kawałek stali i zaczął krzesać ogień. Napróżno wytężałem oczy, patrząc na iskry, padające na hubkę, które zaraz rozdmuchiwał, trzymając w ręku świecę; nic nie mogłem rozróżnić, prócz jego warg i końca świecy i to tylko chwilami. Hubka widocznie zamokła, co nie było dziwnem w takiem miejscu i iskry gasły jedna za drugą.
Człowiek ten nie spieszył się i wciąż sta-