Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rał się rozniecić ogień. Iskry zaczęły lecieć coraz częściej; mogłem rozróżnić obecnie jego ręce i niektóre rysy twarzy a także i to, że siedział pochylony nad stołem; ale — nic więcej. Znów zaczął dmuchać na hubkę. Nagle zapłonął ogień i poznałem: — Orlika!
Kogo spodziewałem się zobaczyć, nie wiem, ale nigdy jego. Poczułem, że znajduję się w wielkiem niebezpieczeństwie i nie spuszczałem zeń oczu.
Nie spiesząc się, zapalił świecę, rzucił zapałkę na ziemię i przygniótł ją nogą. Potem odsunął świecę od siebie, aby mu nie przeszkadzała patrzyć na mnie, złożył ręce na stole i zaczął mnie oglądać. Spostrzegłem, że jestem przywiązany do grubej drabiny, przytwierdzonej o parę centymetrów od ściany; było to wejście na górę.
— Aha. Wpadłeś mi w ręce!
— Rozwiąż mnie i wypuść!
— Cha — cha! ja cię puszczę! Wypuszczę cię na księżyc, puszczę cię na gwiazdy!
— Dlaczegoś mnie tu zwabił?
— Niby to nie wiesz? — rzekł, mściwie spoglądając na mnie.
— Dlaczego napadłeś na mnie pociemku?
— Dlatego, że sam chcę się z tem załatwić! Jeden lepiej zachowa tajemnicę, niż dwóch. Uu, przeklęty potworze!
Zła radość, z jaką patrzył na mnie, kiwa-