Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jąc głową, z rękami wciąż jeszcze złożonemi na stole, wstrząsnęła mnie dreszczem. Milcząc śledziłem go; wyciągnął rękę w stronę sąsiedniego kąta i dobył stamtąd broni w miedzianej oprawie.
— Znasz to? Przypominasz sobie, gdzieś to widział poprzednio! Mów, bydle!
— Tak.
— Przez ciebie straciłem to miejsce? Mów, czy przez ciebie?
— Czyż mogłem postąpić inaczej?
— Tyś to zrobił i to samo wystarczyłoby już. Jak śmiałeś stawać między mną a dziewczyną, która mi się podobała?
— Kiedy to było?
— Kiedy tego nie było? Czyś nie ty oczernił starego Orlika w jej oczach.
— Sam się oczerniłeś, sam na toś zasłużył. Nie mógłbym ci nic złego uczynić, jeślibyś sam dla siebie nie był wrogiem.
— Łżesz, łajdaku! I „nie poskąpisz ani trudów, ani pieniędzy, aby mnie usunąć z okolicy“, nie tak? — rzekł, powtarzając moje słowa, które powiedziałem do Biddi podczas naszego ostatniego widzenia. A więc i ja ci coś oznajmię. Nigdy bardziej nie potrzebowałeś usunięcia mnie z tych okolic, jak w noc dzisiejszą. Tak, to wartoby było twych pieniędzy do ostatniego miedziaka, szeląga a nawet ze dwadzieścia razy więcej! — I kiwnął mi gło-