Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


, warcząc, jak tygrys. Poczułem, że miał słuszność co do tych ostatnich słów.
— Co myślisz ze mną zrobić?
— Co myślę z, tobą zrobić? Myślę raz z tobą skończyć.
Pochylił się całem ciałem naprzód i przez kilka chwil nie spuszczał ze mnie oczu, potem powoli otworzył pięść, przesunął ręką po ustach, jakby od tej jednej myśli śliny mu z ust pociekły i znowu usiadł na miejscu.
— Zawsze stałeś na drodze staremu Orlikowi, od samego dzieciństwa. Dzisiejszej nocy zejdziesz mu z drogi. Nie będziesz mu więcej przeszkadzał. Już tak, jakbyś zginął.
Poczułem, że stoję na brzegu mogiły. Przez chwilę dziko obejrzałem się wokoło w nadziei, że znajdę jakiś sposób ocalenia, ale nie było żadnego.
— Co więcej. Chcę, by nie zostało z ciebie śladu, najmniejszej kosteczki. Wrzucę twego trupa do pieca, w którym wypalają wapno. Ja i dwa takie trupy uniósłbym na plecach. A potem niech ludzie myślą, co chcą, nigdy o niczem się nie dowiedzą.
Z niezwykłą szybkością wyobraziłem sobie wszystkie możliwe następstwa takiej śmierci. Ojciec Estelli będzie przekonany, żem go opuścił, zostanie ujęty i umrze, obwiniając mnie; nawet Herbert zwątpi we mnie, porównując list, który mu zostawiłem z faktem, że