Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zatrzymałem się przy drzwiach pani Chewiszem tylko na chwilę. Józef i Biddi nigdy się nie dowiedzą, jak mi było ciężko tej nocy; nikt nigdy się nie dowie wiele przecierpiałem, jakie męki duchowe zniosłem i jak chciałem się poprawić. Śmierć, czekająca mnie była straszną, ale straszniejszą była myśl, że mego czynu nie zrozumieją i inaczej go osądzą po śmierci. Myśl jedna po drugiej tak szybko przelatywała mi przez głowę, że zanim zamarły słowa złoczyńcy, już widziałem się przedmiotem obrzydzenia nieistniejących jeszcze pokoleń — dzieci Estelli i potomków tych dzieci.
— No, kanalio, zanim cię zabiję, jak jakie bydlę — pobawię się jeszcze tobą i podrażnię cię. A, gadzino!
Znów pomyślałem, by zawołać o pomoc, choć doskonale wiedziałem o odosobnieniu tego miejsca i o beznadziejności! mego położenia. Ale wstrzymywało mnie uczucie obrzydzenia do Orlika. Jednego tylko byłem pewien, że nie będę go prosił o litość i że umrę, czyniąc ostatni próżny wysiłek, by mu się oprzeć. Jakże byłem względnym dla wszystkich ludzi w owej strasznej chwili, jak błagałem o łaskę niebios, jak byłem przerażony myślą, że nie mogę pożegnać, przeprosić wszystkich drogich moich i wybłagać u nich przebaczenia za me słabości. — Mimo tych gorzkich uczuć zabiłbym Orlika, umierając, jeślibym tylko mógł.