Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Napewno pił niedawno: oczy jego płonęły i nabiegły krwią. Na szyi chwiała się blaszana flaszka, jak niegdyś. Poniósł flaszkę do ust, pociągnął i poczułem zapach spirytusu.
— Łotrze! Stary Orlik powie ci coś. Toś ty sam przysłużył się swej kłótliwej siostrze.
Znowu w mojej wyobraźni przemknęły z niepojętą szybkością okoliczności napadu na biedną siostrę, jej choroba, śmierć, zanim mu powiedziałem:
— To ty, łotrze!
— Mówię ci, że to twoja wina, bo uczyniłem to przez ciebie. Napadłem na nią z tyłu tak, jak obecnie na ciebie napadłem i wymierzyłem jej cios. Myślałem, że już po niej i gdyby był tam piec tak blizko jak tu, nie ożyłaby już. A uczynił to nie stary Orlik, lecz ty. Ciebie pieszczono i chwalono, a jego bito i ganiono; starego Orlika bito i ganiono. Teraz za to odpokutujesz. Tyś winien, ty odpokutujesz.
Znowu pociągnął i wpadł w większą wściełość. Wnioskując z tego, jak silnie przechylał głowę, można było miarkować że we flaszce już niewiele pozostało. Zrozumiałem, że podnieca się, aby prędko skończyć ze mną. Wiedziałem, że każda kropla pozostałego płynu była cząstką mego życia. Wiedziałem, że gdy się zmienię w część tej pary, która tak niedawno raziła me powonienie, on zrobi to, co zrobił po zabiciu siostry: — uda się do miasta i bę-