Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzie włóczył się i rozpijał po szynkach, aby go wszyscy widzieli.
Myślą lata przebiegałem zanim on zdołał wymówić słów parę; słowa jego zaś przedstawiały dla mnie obrazy i widoki. W tym podrażnionym i wytężonym stanie wszystkich władz umysłowych, jak obecnie, nie mogłem pomyśleć ani o osobach ani o miejscach, żeby one przedemną nie stanęły jak na jawie. Obrazy następowały po sobie z szybkością i mimo to przez cały czas tak miałem go na oku, że nie możnaby było pilniej śledzić tygrysa, gotującego się do skoku! Widziałem najdrobniejsze jego poruszenia.
Łyknął jeszcze raz, wstał z ławki i odsunął stół. Potem wziął świecę i zastawiając ją ręką tak, aby światło padało na mnie, przez pewien czas nasycał się widokiem.
— Powiem ci jeszcze coś, kanalio. To o starego Orlika potknąłeś się owej nocy na schodach.
Ujrzałem ciemne schody, cień grubych poręczy, w świetle latarni, wiszącej na ścianie, pokój, którego już więcej nie miałem oglądać. Jedne drzwi przymknięte, drugie półotwarte a wzdłuż ścian znane mi meble.
— A dlaczego stary Orlik był tam? Opowiem ci jeszcze coś. Ty i ona wygnaliście mnie prawie z tych okolic, ale ja znalazłem sobie innych towarzyszów i panów. Jeden