Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z nich pisze me listy, gdy mi potrzeba — czy słyszysz? — pisze moje listy, łotrze jeden! A piszą oni nie tak, jak ty, tylko pięćdziesięciu chairakterami. Postanowiłem cię pochwycić już wówczas, gdyś był na pogrzebie siostry. Nie miałem tylko dogodnej sposobności, śledziłem każdy twój krok, bo umyśliłem za wszelką cenę cię zgubić! No! Szukając ciebie natknąłem się na twego wuja Prowisa. Więc i ty masz wujów? Gdym cię znał u pana Hardżeri i byłeś jeszcze małą bestyą, tak że mógłbym cię dwoma palcami zdusić (jak zresztą nieraz myślałem zrobić, gdyś się wałęsał w niedzielę pod topolami wieczorem) — wtedy jeszcze nie miałeś wujów. Ale gdy stary Orlik poznał, że twój wuj Prowis napewno nosił tę okowę, którą Orlik znalazł przepiłowaną na moczarach i dotąd chował, póki nie powalił nią twej siostry, jak byka w rzeźni, tak właśnie, jak zamierza zrobić z tobą — cha, cha — a gdy to poznał — cha, cha...
Z dzikim śmiechem podsunął mi świecę tak blizko do twarzy, że musiałem się odchylić w tył.
— Aha! — ze śmiechem zakrzyczał i powtórzył tę czynność jeszcze raz. — Dziecko sparzywszy się, boi się ognia! Stary Orlik wie, żeś się poparzył, wie, że chcesz potajemnie ukryć swego wuja, zna cię dobrze, wiedział, że przyjdziesz tu tej nocy. No powiem ci jesz-