Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cze coś i na tem koniec. Są ludzie, którzy postarają się tak samo przyłapać twego wuja Prowisa, jak stary Orlik przyłapał ciebie. Niechże unika ich, gdy straci krewnego! Niech się o nich dowie, gdy nie zostanie ani jednej kostki z jego kochanego bratanka, ani jednego kawałka z jego ubrania. Znaleźli się tacy, co nie chcą, by Magwicz żył — widzisz, znam jego nazwisko — nie chcą, mówię, mieć go pod bokiem; wiedzieli o nim, gdy mieszkał daleko za morzem, skąd nie mógł wyjechać i zagrażać ich bezpieczeństwu. Może to oni właśnie piszą pięćdziesięciu rozmaitymi charakterami, to cię nie obchodzi. Hurra! Kompenson, Magwicz i szubienica!
Z temi słowy znowu dotknął mnie świecą, opalając mi twarz i włosy; na chwilę zupełnie mnie oślepił; potem odwróciwszy się do mnie plecami, postawił świecę na stole. Zanim znów obrócił się w mą stronę zdążyłem w myśli odmówić modlitwę i pożegnać się z Józefem, Biddi i Herbertem.
Między stołem a przeciwległą ścianą była przestrzeń na kilka kroków. Po tej przestrzeni zaczął chodzić tam i z powrotem. Ręce jego ciężko zwieszały się po bokach; a oczy ponuro na mnie spoglądały. Nigdy nie wydawał mi się tak silnym, jak obecnie. Nie miałem ani odrobiny nadziei. Mimo nawału obrazów, które zamiast myśli mknęły w mej wyobraźni, jasno