Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czerniejącą płaszczyzną snuła się wązka wstęga jasnego nieba, leciuchno zabarwiona purpurową zorzą. Za chwil kilka i ona znikła, kryjąc się w gęstych obłokach, zaścielających całe niebo.
Przykry wiatr nawiewał tęsknoty i moczary zdały się smutniejszymi niż zwykle. Człowiekowi, nieobeznanemu z okolicą, wydałyby się nieznośne, a i na mnie wywarły takie wrażenie, że już zacząłem się wahać, czy nie lepiej byłoby wrócić. Ale znałem doskonale te moczary i znalazłbym drogę nawet w gorszą noc i dlatego nie myślałem ustąpić, skoro raz zaszedłem tak daleko. Tak tedy zacząłem drogę mimo swej woli i mimo swej woli ją przedłużałem.
Szedłem nie w stronę kuźni, ale w tym kierunku, w jakim goniliśmy skazańców. Z tyłu miałem oddalony ponton, a gdym się obejrzał, widziałem ognie strażackie.
Minęło pół godziny, zanim doszedłem do pieców, w których wypalano wapno; ogniska jeszcze płonęły, roznosząc przykrą woń; robotników nie było widać; obok leżały kamieniołomy wapienne. Musiałem przez nie przejść i widziałem porozrzucane przyrządy i taczki, widać praca się dziś odbywała.
Wyszedłem z dołu, ponieważ ścieżka prowadziła po dnie kamieniołomów i ujrzałem światło w domku strażnika. Przyspieszyłem