Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


baczyć, kto mnie podtrzymuje, wciąż patrzyłem na drabinę, gdy nagle między mną a drabiną ukazała się znajoma mi twarz chłopca od Trebba!
— Zdaje się, że wszystko w porządku — rzekł. Jest tylko bardzo blady!
Na te słowa twarz podtrzymującego mnie pochyliła się nade mną, poznałem ją.
— Herbert! Boże miłosierny?...
— Cicho, cicho, Hendlu. Nie bój się.
— I nasz dawny przyjaciel Startop! — zawołałem, gdy tenże pochylił się również.
— Nie zapominaj o naszej sprawie. — rzekł Herbert — a przedewszystkiem nie niepokój się.
Wzmianka ta pobudziła mnie do zerwania się, ale ból w ręce zmusił mnie znowu do opadnięcia na podłogę. — Jeszcze termin nie minął, Herbercie — mów prędko? Wiele czasu tu przebyłem? — Zdaje mi się, że przeleżałem tu bardzo długo — cały dzień i całą noc — dwa dni i dwie noce — może dłużej.
— Jeszcze pora nie nadeszła. Dopiero noc z poniedziałku na wtorek.
— Chwała Bogu!
— Masz jeszcze cały wtorek na wypoczynek. Jednakże ty jęczysz, drogi Hendlu. Gdzieś zraniony? Czy możesz stać?
— Tak, tak. Mogę chodzić. Nic mnie nie boli, tylko ta ręka.