Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaraz odwinęli mi rękaw i uczynili, co mogli, by zmniejszyć ból. Ręka bardzo spuchła i nie mogłem wytrzymać, gdy jej dotykano. Podarli swe chustki do nosa, aby zrobić świeże bandaże i ostrożnie założyli je na rękę. Wkrótce opuściliśmy budkę stróża. Chłopiec od Trebba — obecnie wysoki młodzieniec szedł Przed nami z latarnią — było to właśnie to samo światło, jakie ujrzałem we drzwiach. Księżyc podniósł się w górę, a choć deszcz padał, noc nie była tak ponurą, jak poprzednio. Biały dymek, wychodzący z pieców, odlatywał obecnie w przeciwną stronę. Dziękowałem w duszy Opatrzności, podobnie jak niedawno jeszcze w myśli układałem ostatnią modlitwę.
Dotychczas Herbert odmawiał stanowczo wszystkim mym prośbom i nie chciał mi opowiedzieć, w jaki sposób przyszedł mi na pomoc; radził mi, abym się uspokoił. Teraz jednak dowiedziałem się, że zgubiłem ten list w mieszkaniu, a Herbert, wróciwszy do domu ze Startopem, znalazł go wkrótce po mym wyjeździe. Ton pisma, a jeszcze więcej odmienna treść jego od treści pospiesznej notatki, którą do niego zostawiłem, wydały mu się podejrzanemi. Po zastanowieniu zaniepokoił się jeszcze więcej i udał się ze Startopem, który dobrowolnie mu towarzyszył, na stacyę dyliżansów. Dowiedział się, że wieczorny dyli-