Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żans już odszedł. W miarę przeszkód, rosła obawa, postanowił wyjechać pocztą. W ten sposób ze Startopem przyjechali do „Niebieskiego Dzika“ w nadziei, że mnie tam znajdą lub dowiedzą się czegoś o mnie. Przypuszczenia ich zawiodły, udali się więc do pani Chewiszem, gdzie stracili ślad. Poczem wrócili do gospody, aby coś przekąsić i wyszukać przewodnika na moczary. Między bezczynnymi, spacerującymi obok „Niebieskiego Dzika“ trafił się chłopiec od Trebba — zawsze wierny dawnej zasadzie, że powinien być wszędzie, gdzie niema dlań miejsca. Widział on, jak od pani Chewiszem poszedłem na obiad, został zatem ich przewodnikiem i poprowadził ich do domku strażnika przy szluzie drogą miejską, którą ominąłem. Po drodze Herbert myśląc, że przyszedłem tu ze względu na bezpieczeństwo Prowisa i że obce wmieszanie się mogło zaszkodzić, pozostawił przewodnika i Startopa na brzegu kamieniołomów, sam zaś ostrożnie obszedł trzy razy wokoło domku, aby się przekonać, czy jestem bezpieczny. Słysząc niewyraźne dźwięki obcego grubego głosu, wciąż wątpił, czy tam jestem, gdy nagle usłyszał mój krzyk, natychmiast wyłamał drzwi i wpadł z pozostałymi.
Gdym opowiedział Herbertowi, co zaszło, żądał, abyśmy natychmiast poszli uwiadomić o tem miejskie władze. Ale wytłomaczyłem