Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu, że to wstrzymałoby nas lub zmusiło do powrotu a w każdym razie byłoby zgubnem dla Prowisa. Tej trudności nie można było obejść i musieliśmy zrzec się wszelkiej nadziei ścigania tym razem — Orlika. W obecnych okolicznościach uważaliśmy za lepsze nie rozwodzić się nad tem przy chłopcu od Trebba, który, jestem pewien, był bardzo rozczarowany, dowiedziawszy się, że jego udział wybawił mnie od pieca do wypalania wapna. Nie dlatego, by był nieludzki z natury, nie, miał tylko trochę zbytniej żywości i potrzebował podniecającego pokarmu dla swej wyobraźni. Przy rozstaniu się dałem mu dwie gwinee, co, zdaje mi się, przypadło mu do gustu i powiedziałem, że bardzo żałuję, iż miałem kiedyś złe o nim pojęcie, co zupełnie go nie wzruszyło.
Ponieważ środa nadchodziła, postanowiliśmy wrócić do Londynu tej samej nocy tem bardziej, że chcieliśmy wyjechać z miasteczka, zanim rozejdą się pogłoski o wieczornym wypadku. Herbert wydostał butelkę jakiegoś płynu, którym okładał mi rękę przez całą noc. Świtało już, gdyśmy stanęli w Templu; odrazu położyłem się do łóżka i przeleżałem w niem całą noc.
Obawa, aby nie zachorować i nie być niezdolnym do niczego na drugi dzień, tak mnie prześladowała, że dziwię się, czemu właśnie ona mnie nie złamała. Niewątpliwie strach,