Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obawa o powodzenie dnia jutrzejszego i znużenie, złamałyby mnie, gdyby nie ciągły, wytężony stan, w jakim utrzymywała mnie myśl o dniu jutrzejszym. Ten dzień jutrzejszy, tak dawno oczekiwany i związany z tyloma ważnemi następstwami!
Ostrożność wymagała, by między nim a nami nie było żadnych stosunków w tym dniu i to wzmagało mój niepokój. Każdy krok, każdy szelest powodował drżenie; zdawało mi się, że to posłaniec z fatalną wiadomością, że odkryto go i uwięziono. Ale dzień minął a posłańca nie było; gdy ściemniało, obawy moje, by nie rozchorować się do jutra rana, opanowały mię mocniej. Poraniona ręka i głowa paliły i już myślałem, że zaczynam bredzić. Licząc narachowałem ogromne sumy, potem powtarzałem długie wyjątki prozy i wierszy, jakie umiałem na pamięć. Recytowaniem tem zajmowałem się lub zasypiałem na chwilę, potem nagle budząc się, mówiłem sobie: „Znowu zaczynam bredzić!“
Herbert i Startop przez cały dzień byli przy mnie, wciąż zwilżając mi rękę i dając ochładzające napoje. Zasypiałem; budząc się za każdym razem myślałem o tem, że minęło wiele czasu i sposobność uwolnienia Prowisa stracona. Około północy wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem do Herberta przekonany, że przespałem dwadzieścia cztery godzin i że środa