Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już minęła. Był to ostatni paroksyzm chorobliwego rozdrażnienia; potem już twardo zasnąłem.
Świt zaglądał w okno, gdym się obudził. Migające ogniki na mostach już bladły. Zorza rozlała się płomienistą falą po horyzoncie. Rzeka była jeszcze ciemna i tajemnicza, tylko gdzieniegdzie na zimnych, ponurych mostach igrało ciepłe zarzewie pożaru, gorejącego na niebie. Kiedym patrzył na ścieśnione dachy domów, wieże i szczyty kościelne, odrzynające się na tle jasnego nieba, weszło słońce i jakby ciemna zasłona spadła z rzeki a powierzchnia jej rozbłysła milionami iskier. Wtedy i ja poczułem siły i rzeźwość.
Herbert spał na swem łóżku a nasz, stary towarzysz na kanapie. Nie mogłem ubrać się bez ich pomocy, ale roznieciłem ogień i przygotowałem dla nich kawę. Wkrótce i oni obudzili się; otworzyliśmy okno, aby odetchnąć świeżem, rannem powietrzem i popatrzeć na przypływ, wciąż jeszcze idący od morza.
— Około dziewiątej oczekuj nas, Prowisie, — rzekł wesoło Herbert — i bądź gotów, tam na wybrzeżu Młyńskiego Potoku!