Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Rozdział XXIII.

Od Dżaggersa udałem się do brata pani Skiffins. Natychmiast przyprowadził Klarrikera i miałem przyjemność od razu zakończyć sprawę. Był to jedyny dobry czyn, jaki spełniłem od chwili, gdym po raz pierwszy usłyszał o swych nadziejach.
Klarriker oznajmił mi tymczasem, że handel ich idzie doskonale i mogą już otworzyć biuro na Wschodzie, które zapowiada wielkie dla nich korzyści. Herbert w swym nowym charakterze wspólnika ma właśnie urządzić to biuro. Tak więc miałem wkrótce rozstać się z przyjacielem, choćby nawet sprawy moje nie były w takim rozstroju. Czułem, jakby waliła się ostatnia deska mego ratunku; od tej chwili będę unosił się na falach, zdany na wolę wiatru.
Chwila, w której Herbert wrócił do domu i z tryumfem opowiadał o tem, co się stało, była największą dla mnie nagrodą. Jak on zupełnie się nie domyślał, że to dla mnie nie nowina! Miło było patrzyć na niego, jak budował czarowne zamki na lodzie, że już wiezie Klarę Barie w obce kraje Wschodu, że ja przyjeżdżam do nich, naturalnie z karawaną wielbłądów i wszyscy razem wybieramy się nad Nil, aby się upajać jego cudami. Ja niezupełnie podzielałem jego zachwycające plany, ale czułem, że rozjaśnia się przyszłość Herberta i że stary Barie mógł się już tylko troszczyć o rum i pieprz, pozostawiając innym troskę o losy córki.
Był marzec. Lewa ręka tak powoli mi się zabliźniała, że do tej pory nie mogłem włożyć surduta. Prawa zaś zupełnie już była zdrowa, choć zniekształcona. Pewnego razu siedząc z Herbertem przy śniadaniu, otrzymałem od Uemnika pocztą następującą notatkę:
„Uolwort. Spalcie notatkę zaraz po odebraniu. W pierwszych dniach tego tygodnia, dajmy na to we środę, możecie, jeśli chcecie, próbować szczęścia. No, a teraz spalcie.“
Pokazałem Herbertowi list i wyuczywszy się go na pamięć, rzuciłem w ogień. Potem zaczęliśmy radzić, co mamy czynić. Nie mogłem jeszcze wiosłować a tej okoliczności nie można było pomijać.
— Nieraz już o tem myślałem — rzeki Herbert — i zdaje mi się, że wynalazłem sposób uniknięcia najmowania wioślarza. Weźmiemy Startopa. To poczciwy chłopiec i doskonale wiosłuje a przytem bardzo nas lubi, jest uczciwy i honorowy.
Sam nieraz o nim myślałem.
— Co mu odkryć z naszej tajemnicy?
— Bardzo mało. Niech zrazu myśli, że to tylko zabawa a jutro mu powiemy, że ważne powody skłaniają cię do przewiezienia potajemnie Prowisa na zagraniczny parowiec. Pojedziesz przecież z nami?
— Naturalnie.
— Dokąd?
Było mi zupełnie obojętne, dokąd mamy jechać, czy do Hamburga, czy do Rotterdamu, czy do Antwerpii, byle tylko wyjechać z Magwiczem z Anglii. Dlatego chodziło głównie o spotkanie na rzece zagranicznego parowca, jakiegokolwiek, byleby tylko przyjął nas na pokład. Myślałem, aby pojechać łódką jak najdalej do ujścia, naturalnie minąwszy Grewzend, gdzie byłoby trudno ukryć się przed prześladowaniem. Ponieważ zagraniczne parowce wyjeżdżały z Londynu z przypływem, plan mój polegał na tem, aby spuścić się w dół rzeki z odpływem i oczekiwać pierwszego parowca w jakiemś bezpiecznem miejscu na brzegu. Czas możnaby było obliczyć, jeśliby się wszystko dokładnie naprzód zbadało. Herbert zgodził się ze mną i zaraz po śniadaniu poszliśmy zebrać potrzebne nam wiadomości. Okazało się, że hamburgski parowiec zapowiadał się dla nas najkorzystniej i dlatego na nim osnuliśmy swe plany. Jednakże zanotowaliśmy również wszystkie inne parowce, które miały opuścić Londyn w tym czasie. Prócz tego doskonale zapamiętaliśmy zewnętrzny wygląd i flagi każdego parowca. Potem rozeszliśmy się na parę godzin, ja poszedłem, wystarać się o konieczne paszporty, Herbert zaś udał się na poszukiwanie Startopa. Gdyśmy się zeszli znowu około południa, okazało się, że obaj dobrze załatwiliśmy interesa. Ja dostałem paszporty, Herbert zaś widział się ze Startopem, który chętnie zgodził się nam pomódz.
Postanowiliśmy, że Startop z Herbertem będą wiosłowali, ja zaś będę sterował. Magwicz będzie spokojnie siedział między nami. Ponieważ nie potrzebowaliśmy się nadzwyczajnie spieszyć, mieliśmy jechać jak najwolniej. Prócz tego zdecydowaliśmy, że Herbert uda się dzisiaj, nie zachodząc na obiad do domu wprost na wybrzeże Młyńskiego Potoku a jutro wogóle tam nie pojedzie. W ten sposób dziś w poniedziałek wszystko się ułoży z Magwiczem, a do środy nie będziemy mieli z nim żadnych stosunków. W środę zaś, widząc nas na rzece, wyjdzie na poblizki brzeg i wsiądzie do naszej łódki.
Omówiwszy po porządku i ułożywszy wszystkie szczegóły, wróciłem do domu. Otworzywszy zewnętrzne drzwi swego mieszkania znalazłem w skrytce list adresowany do mnie. Był bardzo brudny a pismo obrzydliwe. Przyszedł nie pocztą, prawdopodobnie w czasie mej nieobecności ktoś wrzucił go do skrzynki. Oto treść tego listu:
„Jeśli się pan nie boi, to niech pan przyjdzie do starego domku przy szluzie na błotach dziś lub jutro wieczorem o dziewiątej. Jeśli się pan chce dowiedzieć czegoś o swym wuju Prowisie, to niech pan najlepiej przyjdzie, nie tracąc czasu i nie mówiąc o tem nikomu. Musi pan przyjść sam. Niech pan przyniesie ze sobą ten list.“
Bardzo się zaniepokoiłem, po przeczytaniu. Zupełnie nie wiedziałem, co robić. Najgorsze było to, że miałem się zdecydować od razu, nie tracąc ani chwili, inaczej spóźniłbym się na dzisiejszy dyliżans. Nie można było bowiem myśleć o tem, by jechać jutro, ponieważ zbyt blizko była ucieczka. Przytem obiecane w tej notatce zeznania mogły mieć ważny wpływ na samą ucieczkę.
Jeślibym miał nawet więcej czasu do spokojnego namysłu, to i wówczas prawdopodobnie pojechałbym. Popatrzywszy na zegarek, widząc, że pozostaje już tylko pół godziny czasu do odjazdu poczty, od razu postanowiłem jechać. Jechałem tylko dlatego, że w liście było wspomniane imię Prowisa. Wogóle w pospiechu bardzo trudno dobrze pojąć sens jakiegokolwiek listu i dlatego przeczytałem kilka razy tajemnicze pismo, zanim zmiarkowałem, że swą podróż powinienem zachować w tajemnicy. Bezwiednie napisałem parę słów do Herberta, że opuszczając Anglię prawdopodobnie na długo, postanowiłem pojechać do pani Chewiszem, by się dowiedzieć o jej zdrowiu. Potem spiesznie włożyłem palto, zamknąłem mieszkanie i najkrótszą drogą udałem się na stacyę dyliżansów. Jeślibym najął powóz i pojechał większemi ulicami, napewno spóźniłbym się. Tak zaś spotkałem dyliżans u samej bramy stacyi. Nająłem wewnętrzne miejsce i odzyskałem równowagę umysłu dopiero wówczas, gdym tłukł się sam jeden w dyliżansie, siedząc po kolana w słomie.
Byłem jakby nieprzytomny od chwili odebrania listu. List ten po troskach i kłopotach, spowodowanych wiadomością Uemnika zupełnie wytrącił mię z równowagi. Teraz, siedząc w karecie, zacząłem się dziwić, poco jadę i przemyśliwałem nad tem, czy nie lepiejby było zatrzymać dyliżans, wrócić do domu, niż tak dziwnie słuchać anonimowego pisma. Jednem słowem znajdowałem się w bezradnem położeniu człowieka, którego wprawiono w kłopot. Ale nazwisko Prowisa, wymienione w liście, brało górę nad wszystkiem i usuwało wahanie. Czułem, choć prawie nieświadomie, że jeśliby go skutkiem mego niezdecydowania spotkało jakieś nieszczęście, nigdybym sobie tego nie wybaczył.
Gdyśmy jechali, ściemniało a droga wydawała mi się długą i nudną, bo nie było nic widać z wnętrza a zewnątrz nie mogłem siedzieć z powodu mych ran. Nie zajeżdżając do „Niebieskiego Dzika“, zatrzymałem się w jakiejś maleńkiej restauracyi i zamówiłem obiad. Podczas przyrządzania go poszedłem do Satis-haus, aby dowiedzieć się o zdrowie pani Chewiszem. Powiedziano mi, że jest jeszcze wciąż chora, choć czuje się cokolwiek lepiej.
Restauracya, w której się zatrzymałem, była częścią dawnego klasztoru, ośmiokątny zaś pokój był bardzo podobny do kościelnej kopuły. Ponieważ sam nie mogłem władać chorą ręką, musiał mi pomagać przy krajaniu mięsa stary gospodarz, z wielką łysiną na głowie. Ta okoliczność spowodowała rozmowę i gospodarz opowiedział mi swą własną historyę, którą ozdobił przypuszczeniem, że pierwszym mym dobroczyńcą był Pembelczuk i że on był twórcą mego szczęścia.
— Czy pan zna tego młodego człowieka?
— Czy go znam? Tak, od dzieciństwa.
— Czy odwiedza kiedy swe rodzinne miasto?
— Naturalnie, przyjeżdża czasem zobaczyć znajomych ważniejszych i nie zwraca zupełnie uwagi na człowieka, który, można powiedzieć, wykierował go na ludzi.
— Któż jest tym człowiekiem?
— Ten, o którym mówię, pan Pembelczuk.
— A czy ten młody człowiek nikomu więcej nie okazał podobnej niewdzięczności.
— Prawdopodobnieby okazał, jeśliby miał komu. Na razie jednak jedynym jego dobroczyńcą był pan Pembelczuk.
— Czy to sam Pembelczuk opowiada?
— Sam? A pocóżby miał sam opowiadać? To byłaby tylko próżna gadanina.
— Jednakże on mówi?
— Człowiekowi krew wrzeć zaczyna, gdy słucha, jak on o tem mówi.
Mimo woli pomyślałem: — „Józefie, dobry Józefie, ty napewno nigdy o tem nie mówisz, ty mnie tylko prawdziwie kochasz, cierpisz z powodu mej niewdzięczności i nigdy nie skarżysz się. I ty także droga, miła Biddi, nigdy się nie skarżysz!
— Apetyt pan jakoś stracił skutkiem nieszczęśliwego wypadku — rzekł gospodarz, spoglądając na mą zawiązaną rękę. — Niech pan spróbuje tego kawałka...
— Nie, dziękuję. Więcej nie mogę jeść.
Nigdy jeszcze nie byłem tak uderzony swą niewdzięcznością względem Józefa, jak obecnie, gdym ujrzał całą podłość Pembelczuka. Im wstrętniejszym wydawał mi się Pembelczuk, tem lepszym wydawał mi się Józef; im podlejszym Pembelczuk, tem szlachetniejszym Józef.
Po dwóch godzinach poczułem, że serce me trochę się uspokoiło. Wreszcie bicie zegarów zupełnie mnie orzeźwiło, zerwałem się pełen żalu i skruchy. Narzuciłem surdut i wyszedłem z gospody. Przedtem obszukałem wszystkie kieszenie, aby przeczytać raz jeszcze tajemniczy list, ale go nie znalazłem. Prawdopodobnie zgubiłem go w dyliżansie i to mnie niemało zaniepokoiło. Mimo to wiedziałem doskonale, że naznaczone spotkanie miało się odbyć w domku przy szluzie na moczarach, Punktualnie o godzinie dziewiątej wieczorem. Nie można było ani chwili tracić i dlatego prosto poszedłem na moczary.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.