Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem jeszcze wiosłować a tej okoliczności nie można było pomijać.
— Nieraz już o tem myślałem — rzeki Herbert — i zdaje mi się, że wynalazłem sposób uniknięcia najmowania wioślarza. Weźmiemy Startopa. To poczciwy chłopiec i doskonale wiosłuje a przytem bardzo nas lubi, jest uczciwy i honorowy.
Sam nieraz o nim myślałem.
— Co mu odkryć z naszej tajemnicy?
— Bardzo mało. Niech zrazu myśli, że to tylko zabawa a jutro mu powiemy, że ważne powody skłaniają cię do przewiezienia potajemnie Prowisa na zagraniczny parowiec. Pojedziesz przecież z nami?
— Naturalnie.
— Dokąd?
Było mi zupełnie obojętne, dokąd mamy jechać, czy do Hamburga, czy do Rotterdamu, czy do Antwerpii, byle tylko wyjechać z Magwiczem z Anglii. Dlatego chodziło głównie o spotkanie na rzece zagranicznego parowca, jakiegokolwiek, byleby tylko przyjął nas na pokład. Myślałem, aby pojechać łódką jak najdalej do ujścia, naturalnie minąwszy Grewzend, gdzie byłoby trudno ukryć się przed prześladowaniem. Ponieważ zagraniczne parowce wyjeżdżały z Londynu z przypływem, plan mój polegał na tem, aby spuścić się w dół rzeki z odpływem i oczekiwać pierwszego parowca