Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od tej chwili będę unosił się na falach, zdany na wolę wiatru.
Chwila, w której Herbert wrócił do domu i z tryumfem opowiadał o tem, co się stało, była największą dla mnie nagrodą. Jak on zupełnie się nie domyślał, że to dla mnie nie nowina! Miło było patrzyć na niego, jak budował czarowne zamki na lodzie, że już wiezie Klarę Barie w obce kraje Wschodu, że ja przyjeżdżam do nich, naturalnie z karawaną wielbłądów i wszyscy razem wybieramy się nad Nil, aby się upajać jego cudami. Ja niezupełnie podzielałem jego zachwycające plany, ale czułem, że rozjaśnia się przyszłość Herberta i że stary Barie mógł się już tylko troszczyć o rum i pieprz, pozostawiając innym troskę o losy córki.
Był marzec. Lewa ręka tak powoli mi się zabliźniała, że do tej pory nie mogłem włożyć surduta. Prawa zaś zupełnie już była zdrowa, choć zniekształcona. Pewnego razu siedząc z Herbertem przy śniadaniu, otrzymałem od Uemnika pocztą następującą notatkę:
„Uolwort. Spalcie notatkę zaraz po odebraniu. W pierwszych dniach tego tygodnia, dajmy na to we środę, możecie, jeśli chcecie, próbować szczęścia. No, a teraz spalcie.“
Pokazałem Herbertowi list i wyuczywszy się go na pamięć, rzuciłem w ogień. Potem zaczęliśmy radzić, co mamy czynić. Nie mog-