Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy go znam? Tak, od dzieciństwa.
— Czy odwiedza kiedy swe rodzinne miasto?
— Naturalnie, przyjeżdża czasem zobaczyć znajomych ważniejszych i nie zwraca zupełnie uwagi na człowieka, który, można powiedzieć, wykierował go na ludzi.
— Któż jest tym człowiekiem?
— Ten, o którym mówię, pan Pembelczuk.
— A czy ten młody człowiek nikomu więcej nie okazał podobnej niewdzięczności.
— Prawdopodobnieby okazał, jeśliby miał komu. Na razie jednak jedynym jego dobroczyńcą był pan Pembelczuk.
— Czy to sam Pembelczuk opowiada?
— Sam? A pocóżby miał sam opowiadać? To byłaby tylko próżna gadanina.
— Jednakże on mówi?
— Człowiekowi krew wrzeć zaczyna, gdy słucha, jak on o tem mówi.
Mimo woli pomyślałem: — „Józefie, dobry Józefie, ty napewno nigdy o tem nie mówisz, ty mnie tylko prawdziwie kochasz, cierpisz z powodu mej niewdzięczności i nigdy nie skarżysz się. I ty także droga, miła Biddi, nigdy się nie skarżysz!
— Apetyt pan jakoś stracił skutkiem nieszczęśliwego wypadku — rzekł gospodarz, spoglądając na mą zawiązaną rękę. — Niech pan spróbuje tego kawałka...