Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wem znajdowałem się w bezradnem położeniu człowieka, którego wprawiono w kłopot. Ale nazwisko Prowisa, wymienione w liście, brało górę nad wszystkiem i usuwało wahanie. Czułem, choć prawie nieświadomie, że jeśliby go skutkiem mego niezdecydowania spotkało jakieś nieszczęście, nigdybym sobie tego nie wybaczył.
Gdyśmy jechali, ściemniało a droga wydawała mi się długą i nudną, bo nie było nic widać z wnętrza a zewnątrz nie mogłem siedzieć z powodu mych ran. Nie zajeżdżając do „Niebieskiego Dzika“, zatrzymałem się w jakiejś maleńkiej restauracyi i zamówiłem obiad. Podczas przyrządzania go poszedłem do Satis-haus, aby dowiedzieć się o zdrowie pani Chewiszem. Powiedziano mi, że jest jeszcze wciąż chora, choć czuje się cokolwiek lepiej.
Restauracya, w której się zatrzymałem, była częścią dawnego klasztoru, ośmiokątny zaś pokój był bardzo podobny do kościelnej kopuły. Ponieważ sam nie mogłem władać chorą ręką, musiał mi pomagać przy krajaniu mięsa stary gospodarz, z wielką łysiną na głowie. Ta okoliczność spowodowała rozmowę i gospodarz opowiedział mi swą własną historyę, którą ozdobił przypuszczeniem, że pierwszym mym dobroczyńcą był Pembelczuk i że on był twórcą mego szczęścia.
— Czy pan zna tego młodego człowieka?