Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Rozdział XXII.

Nie wiem doprawdy, dlaczego tak gorąco Pragnąłem wiedzieć, kim są rodzice Estelli? Wogóle kwestya ta przedstawiała mi się bardzo smutno, dopóki nie wyjaśnij mi jej człowiek, lepiej tę sprawę znający.
Wiem tylko, że gdy Herbert opowiedział mi to, co słyszał od Prowisa, opanowało mnie gorączkowe pragnienie wykrycia tajemnicy. Zdawało mi się, że nie powinieniem zaniechać tej sprawy, lecz owszem, że muszę nie tracąc czasu, zobaczyć się z panem Dżaggersem i dowiedzieć od niego o całej tajemnicy.
Nie jestem pewien, czy skłaniała mnie do tego chęć przyniesienia korzyści Estelli, czy też chciałem mieć możność przeniesienia na człowieka, którym się opiekowałem, choć część miłości, jaką żywiłem dla Estelli. Może to ostatnie przypuszczenie pewniejsze.
Jakkolwiek było, Herbert mnie powstrzymał, bo chciałem zaraz w nocy iść do Dżaggersa. Przekonywał mnie, że jeśli pójdę — zachoruję i nie będę mógł pomagać Prowisowi w czasie, gdy ten będzie najbardziej potrzebował pomocy. Słowa jego uspokoiły trochę mą niecierpliwość. Postanowiłem nieodwołalnie iść nazajutrz rano do Dżaggersa.
Na drugi dzień, bardzo rano udaliśmy się razem do miasta. On szedł do City, ja powlokłem się do Littl-Briten.
Od czasu do czasu Dżaggers z pomocą Uemnika sprawdzał i porządkował księgi rachunkowe. W takich razach Uemnik znosił książki i rachunki do gabinetu pana Dżaggersa i tam z nim pracował, jego zaś w biurze zastępował jeden z pisarzy. Widząc obcego za biurkiem Uemnika, domyśliłem się, że się odbywa sprawdzanie rachunków, ale byłem bardzo zadowolony, że będę rozmawiał z Dżaggersem przy Uemniku, bo w ten sposób sam będzie świadkiem, że nic nie powiedziałem, coby mogło go skompromitować. Wygląd mój z podwiązaną ręką i z surdutem, zarzuconym na ramiona, odpowiadał przedmiotowi mej wizyty.
Już wczoraj w nocy po przyjeździe do Londynu zawiadomiłem pana Dżaggersa o tem, co się stało, ale obecnie chciałem mu opowiedzieć szczegóły.
To dziwne zdarzenie uczyniło naszą rozmowę bardziej ożywioną i nie tak naciągniętą, jak zwykle. Przez cały ciąg mego opowiadania pan Dżaggers stał według swego zwyczaju przy kominku. Uemnik oparł się na poręczy krzesła i złożywszy ręce w kieszenie, patrzył mi prosto w oczy. Dziwaczne odlewy, tak nierozdzielne w mej wyobraźni z oficyalnemi wizytami u Dżaggersa, zdało się, słyszały szelest muchy.
Kiedy ukończyłem opowiadanie i dałem odpowiedź na parę pytań, uczynionych mi Przez Dżaggersa i Uemnika, przedłożyłem notatkę pani Chewiszem, uprawniającą mnie do podjęcia 500 funtów dla Herberta. Pan Dżaggers, wziąwszy jej notatnik, skrzywił się cokolwiek, ale zaraz oddał Uemnikowi i polecił mu wystawić weksel dla mnie. Patrzyłem na Uemnika, póki tenże pisał; a Dżaggers tymczasem, kiwając się to na jedną to na drugą stronę, patrzył na mnie:
— Bardzo mi żal, Pipie, że te pieniądze nie dla ciebie.
— Pani Chewiszem była tak dobra, że spytała, czy może co dla mnie zrobić, ale odpowiedziałem, że nie.
— Każdy powienien troszczyć się przedewszystkiem o siebie, — rzekł Dżaggers. Ruch ust Uemnika jasno wskazywał jego ulubione wyrażenie: „ruchomy majątek“.
— Na twem miejscu nie powiedziałbym „nie“ — bo każdy człowiek dbać powinien przedewszystkiem o siebie.
— Każdy powinien się starać o zebranie ruchomego majątku — dodał Uemnik.
Ta chwila wydawała mi się najodpowiedniejszą do zaczęcia rozmowy, dla której właśnie przyszedłem. Dlatego, zwracając się do Dżaggersa, rzekłem:
— Poprosiłem jednak o coś pani Chewiszem. Poprosiłem, by mi opowiedziała wszystko, co wie o swej wychowanicy, a ona spełniła mą prośbę.
— Czyż?... No, jabym tego na jej miejscu nie zrobił; zresztą to jej interes, nie mój.
— Wiem jednakże więcej o wychowanicy pani Chewiszem, niż ona sama. Znam matkę Estelli.
Dżaggers pytająco spojrzał na mnie i powtórzył „matkę“.
— Widziałem ją trzy dni temu.
— Czyż?
— I pan ją widział? Pan ją widział jeszcze później niż ja.
— Czyż?
— A może wiem więcej, niż pan sam o Estelli. Znam jej ojca.
Pan Dżaggers ze zdziwieniem zwrócił się; zbyt dobrze panował nad sobą, aby zmienić się na twarzy, ale z całej jego postaci zauważyłem, że słowa moje go zdziwiły; nie wiedział, kto był ojcem Estelli.
Sądziłem, że tak będzie, opierając się na tem, że Prowis, według słów Herberta, trzymał się zdala podczas procesu i wszedł w stosunki z Dżaggersem dopiero cztery lata temu. Obecnie widząc Dżaggersa uzyskałem pewność.
— A więc znasz ojca Estelli?
— Tak, ojcem jej jest Prowis z Nowej Południowej Walii.
Nawet Dżaggers drgnął ze zdziwienia; oczywiście natychmiast wrócił do równowagi i zrobił ruch, jakby chciał wyjąć chustkę z kieszeni, ale wyraźnie zauważyłem, że drgnął. Jak Uemnik przyjął tę wiadomość, nie wiem, ponieważ nie chciałem na niego patrzyć, bojąc się, aby Dżaggers nie zauważył, jak zwykle naszych spojrzeń i nie domyślił się, że mamy tajemne stosunki między sobą.
— Na jakiej podstawie Prowis chce oprzeć swe prawa do niej?
— Nie, nigdy o tem nie myślał; nie wyobraża sobie nawet, że córka jego żyje.
Tym razem Dżaggers zmienił się. Odpowiedź moja była tak nieoczekiwana, że schował chustkę do kieszeni, nie wykonawszy zwykłego procederu i krzyżując ręce, badawczo popatrzył na mnie.
Opowiedziałem mu wówczas wszystko, co wiedziałem i skąd miałem wiadomości. Zamilczałem tylko o Uemniku i dałem do zrozumienia, że szczegółów, podanych mi przez Uemnika, dowiedziałem się od pani Chewiszem. Wciąż jeszcze obawiałem się spojrzeć na Uemnika i dopiero skończywszy swe opowiadanie i wymieniwszy spojrzenie z Dżaggersem, popatrzyłem na niego. Siedział pochylony z oczami wbitemi w stół.
— A-a! rzekł wreszcie Dżaggers, podchodząc do stołu. — Na czem zatrzymał się Uemnik, gdy wszedł pan Pip.
Nie mogłem zezwolić; by się ze mną tak obchodzono, gorąco zaprotestowałem i prosiłem Dżaggersa, by był ze mną szczerszym. Wspomniałem mu, że długo cieszyłem się próżnemi nadziejami i że teraz uczyniłem ważne odkrycie; a nawet dałem mu do zrozumienia, że obecny niespokojny stan mych myśli może pociągnąć złe skutki. Zdaje mi się, dodałem — że zasługuję na wzajemną otwartość z jego strony. Nie jestem winien; nie podejrzewałem go o nic, tylko chciałem dowiedzieć się od niego całej prawdy. A jeśli spyta, dlaczego tego żądam, jakie mam prawo domagania się prawdy, to mu odpowiem, że choć może nic go nie obchodzą podobne głupstwa, że kochałem Estellę gorąco i długo, to jednak i teraz, gdym ją stracił, jest mi drogiem wszystko, co jej dotyczy. Widząc wreszcie, że Dżaggers stoi milcząc i jest niewzruszonym, mimo mego ogromnego uniesienia, zwróciłem się do Uemnika.
— Uemniku, wiem, że masz dobre serce! Widziałem twój wesoły domek, starego ojca; widziałem jak szczęśliwie i spokojnie pędzisz życie u domowego ogniska. Błagam cię, wstaw się za mną, powiedz panu Dżaggersowi, że powinien być ze mną otwartszym.
Nigdy nie widziałem dziwniejszych spojrzeń, jakie wymienili Dżaggers z Uemnikiem; zrazu przestraszyłem się, myśląc, że Dżaggers natychmiast oddali Uemnika, ale prędko się uspokoiłem: na ustach Dżaggersa pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu, a Uemnik nabrał odwagi.
— Co to znaczy? Pan masz starego ojca i szczęśliwie i spokojnie pędzisz życie?
— Więc cóż z tego? Nie przyprowadzam go tutaj i tu się nie weselę.
— Pip — rzeki Dżaggers, biorąc mnie za rękę i otwarcie uśmiechając się — ten człowiek musi być najwprawniejszym oszustem w całym Londynie.
— Stanowczo nie, myślę, że co do tego nikt panu nie dorówna.
Znów spojrzeli na siebie tak dziwnie, jak przedtem. Każdy z nich bał się widocznie wpaść w pułapkę.
— Pan ma wesoły i miły dom?
— Jeśli to nie przeszkadza mym zajęciom, może być wesoły i przyjemny. A nawet, gdy teraz patrzę na pana, nie dziwiłbym się zupełnie, gdyby i pan pomyślał i postarał się o to, by stworzyć sobie miły domek i u domowego ogniska odetchnąć po tylu latach pracy.
Pan Dżaggers pokręcił trzy razy głową i westchnął.
— Pip, nie będziemy mówić o marzeniach, lepiej od nas znasz się na tych rzeczach. Wszystkiego doświadczyłeś tak niedawno; ale o sprawie powiem ci swe przypuszczenie. Pamiętaj, że tylko przypuszczenie nic stanowczego.
Poczekał, aż oznajmiłem, że doskonale rozumiem, że to będzie tylko przypuszczenie, potem rzekł:
— Widzisz, Pip. Przypuśćmy, że jakaś kobieta w tych właśnie okolicznościach, o jakich dopiero coś opowiadał, ukryła swe dziecko. Przypuśćmy, że musiała to wyznać swemu adwokatowi, który musiał wiedzieć całą prawdę o dziecku, by módz podjąć się jej obrony; przypuśćmy, że mu właśnie polecono wyszukać wychowanicę dla bogatej damy...
— Rozumiem.
— Przypuśćmy dalej, że adwokat ten miał wciąż do czynienia z błędami i przestępstwami ludzkimi i że cała jego znajomość dzieci polegała na tem, że rodzą się one dla poniżenia i zguby. Przypuśćmy, że często widywał, iż dzieci sądzono za ciężkie przestępstwa; widywał, jak je zamykano do domów poprawy, karano i zsyłano. Przypuśćmy wreszcie, że uważał dzieci za pisklęta tych ptaków, które wpadają w jego sieci, czekają na oskarżenie lub obronę; wiedział, że rosną tylko dlatego, by je sądzić, badać i wieszać.
— Rozumiem.
— Następnie przypuśćmy, że znalazło się piękne dziecko, które można było ocalić; którego ojca uważano za zmarłego a matka nie mogła się sprzeciwić. Adwokat jej miał prawo powiedzieć: „Wiem, coś zrobiła i jak zrobiłaś. Jak rozpoczęłaś walkę, jak się broniono przed tobą; znam sposoby, jakich użyłaś, by odwrócić podejrzenia. Wszystko wiem, i mówię ci to otwarcie. Rozstań się z dzieckiem; naturalnie, jeśli trzeba będzie przedstawić je dla twej obrony, sam je przedstawię. Oddaj mi dziecko, a ja użyję wszelkich środków, by cię uwolnić. Czy cię uwolnią, czy zginiesz, dziecko twe ocaleje“. Przypuśćmy, że ona zgodziła się na to, oddała dziecko i uwolniono ją.
— Rozumiem pana doskonale.
— Nic stanowczo nie twierdzę; pamiętaj, że to wszystko domniemania.
— Tylko domniemanie — powtórzyłem.
To samo powtórzył Uemnik.
— Przypuśćmy, że obawa i strach przed śmiercią pomieszały umysłowe zdolności tej kobiety i gdy ją wypuszczono na wolność, nie mogła już żyć na świecie i ukrywając się przed ludźmi, schroniła się do swego adwokata. Przypuśćmy, że on przyjął ją i hamował każdy wybuch namiętności tą ogromna władzą, jaką nad nią osiągnął. Rozumiesz w zupełności me słowa?
— Zupełnie.
— A więc przypuśćmy teraz, że dziecko wyrosło i wyszło za mąż dla materyalnych korzyści; przypuśćmy, że ojciec i matka jeszcze nie pomarli i żyją, nie znając jedno drugiego, w odległości iluś tam mil, czy sążni. Uważaj dobrze na to ostatnie przypuszczenie.
— Dobrze.
— Dla kogoż tedy masz obecnie odkrywać tajemnicę? Czy dla ojca? Nie myślę, by obecnie miał się lepiej obchodzić z matką dziecka. Dla matki? Sądzę, że po tem, co uczyniła, bezpieczniej jej jest tam, gdzie się znajduje. Dla córki? Czy odkrycie rodziców przyniesie jej korzyść; na całe życie rzuci na nią hańbę i poniżenie, od których wybawiła się dwanaście lat temu. Ale przypuśćmy jeszcze, żeś ją kochał Pip, że była przedmiotem twych marzeń, jakich to cierpień doznają niekiedy ludzie, po którychbyś się nigdy takich uczuć nie spodziewał. Zastanów się tylko nad tem, co ci powiem, a napewno zgodzisz się ze mną po chwili namysłu, że lepiejby było, byś odciął sobie lewą rękę, a potem poprosił Uemnika, aby ci i prawą odciął, niż byś odkrył komuś tę tajemnicę.
Spojrzałem na Uemnika; poważnie położył palec na ustach, to samo zrobiłem ja i Dżaggers.
— No, Uemnik — rzekł wreszcie zwykłym tonem Dżaggers — na czem stanęliśmy, gdy wszedł pan Pip?
Zabrali się do pracy. Postałem przez chwilę przy stole i dostrzegłem, że znowu od czasu do czasu jakoś dziwnie patrzyli na siebie; ale obecnie z ich spojrzeń wyzierała świadomość, że okazali się słabymi i porzucili swe urzędowe role. Dlatego też zapewne tak ostro trzymali się tych ról. Dżaggers raził swym chłodnym, dyktatorskim tonem. Uemnik zaś wypełniał natychmiast wszystkie polecenia z niezwykle zimną krwią. Nigdy nie widziałem ich w tak sztywnych stosunkach, gdyż załatwiali normalnie sprawy bardzo uprzejmie.
Wkrótce na ich szczęście wszedł do pokoju Majk, klient Dżaggersa w futrzanej czapce, którego widziałem jeszcze przy pierwszej wizycie u Dżaggersa. Człowiek ten wciąż dostawał się do Niugetu albo sam, albo też ktoś i z jego rodziny; teraz przyszedł zameldować, że starszą jego córkę schwytano na kradzieży.
Gdy o tem wszystkiem uwiadomił Uemnika, Dżaggers stał przy ogniu i nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Ukończywszy swe opowiadanie, Majk zalał się łzami.
— Cóż ty? — spytał Uemnik z niezwykłym wstrętem. — Przyszedłeś tu lamentować? i
— Nie, panie Uemnik.
— Jak śmiesz! Lepiej nie przychodź, jeśli nie możesz słowa powiedzieć bez lamentów, jak jaka stara baba. Co mówisz?
— Człowiek nie zawsze może zapanować nad swemi uczuciami.
— Co? Powtórz!
— Oto drzwi — rzekł Dżaggers, podchodząc i wskazując na nie. — Precz z biura! Nie zniosę tu żadnych uczuć. Wynoś się!
— Skończona sprawa. Wynoś się! — doda} Uemnik.
Biedny Majk z pokorną miną wyszedł z pokoju a pan Dżaggers i Uemnik zupełnie pogodzeni ze sobą, zabrali się na nowo do pracy, jakby pokrzepieni śniadaniem.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.