Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


giego, w odległości iluś tam mil, czy sążni. Uważaj dobrze na to ostatnie przypuszczenie.
— Dobrze.
— Dla kogoż tedy masz obecnie odkrywać tajemnicę? Czy dla ojca? Nie myślę, by obecnie miał się lepiej obchodzić z matką dziecka. Dla matki? Sądzę, że po tem, co uczyniła, bezpieczniej jej jest tam, gdzie się znajduje. Dla córki? Czy odkrycie rodziców przyniesie jej korzyść; na całe życie rzuci na nią hańbę i poniżenie, od których wybawiła się dwanaście lat temu. Ale przypuśćmy jeszcze, żeś ją kochał Pip, że była przedmiotem twych marzeń, jakich to cierpień doznają niekiedy ludzie, po którychbyś się nigdy takich uczuć nie spodziewał. Zastanów się tylko nad tem, co ci powiem, a napewno zgodzisz się ze mną po chwili namysłu, że lepiejby było, byś odciął sobie lewą rękę, a potem poprosił Uemnika, aby ci i prawą odciął, niż byś odkrył komuś tę tajemnicę.
Spojrzałem na Uemnika; poważnie położył palec na ustach, to samo zrobiłem ja i Dżaggers.
— No, Uemnik — rzekł wreszcie zwykłym tonem Dżaggers — na czem stanęliśmy, gdy wszedł pan Pip?
Zabrali się do pracy. Postałem przez chwilę przy stole i dostrzegłem, że znowu od czasu do czasu jakoś dziwnie patrzyli na sie-