Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


coś w rodzaju uśmiechu, a Uemnik nabrał odwagi.
— Co to znaczy? Pan masz starego ojca i szczęśliwie i spokojnie pędzisz życie?
— Więc cóż z tego? Nie przyprowadzam go tutaj i tu się nie weselę.
— Pip — rzeki Dżaggers, biorąc mnie za rękę i otwarcie uśmiechając się — ten człowiek musi być najwprawniejszym oszustem w całym Londynie.
— Stanowczo nie, myślę, że co do tego nikt panu nie dorówna.
Znów spojrzeli na siebie tak dziwnie, jak przedtem. Każdy z nich bał się widocznie wpaść w pułapkę.
— Pan ma wesoły i miły dom?
— Jeśli to nie przeszkadza mym zajęciom, może być wesoły i przyjemny. A nawet, gdy teraz patrzę na pana, nie dziwiłbym się zupełnie, gdyby i pan pomyślał i postarał się o to, by stworzyć sobie miły domek i u domowego ogniska odetchnąć po tylu latach pracy.
Pan Dżaggers pokręcił trzy razy głową i westchnął.
— Pip, nie będziemy mówić o marzeniach, lepiej od nas znasz się na tych rzeczach. Wszystkiego doświadczyłeś tak niedawno; ale o sprawie powiem ci swe przypuszczenie. Pamiętaj, że tylko przypuszczenie nic stanowczego.