Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poczekał, aż oznajmiłem, że doskonale rozumiem, że to będzie tylko przypuszczenie, potem rzekł:
— Widzisz, Pip. Przypuśćmy, że jakaś kobieta w tych właśnie okolicznościach, o jakich dopiero coś opowiadał, ukryła swe dziecko. Przypuśćmy, że musiała to wyznać swemu adwokatowi, który musiał wiedzieć całą prawdę o dziecku, by módz podjąć się jej obrony; przypuśćmy, że mu właśnie polecono wyszukać wychowanicę dla bogatej damy...
— Rozumiem.
— Przypuśćmy dalej, że adwokat ten miał wciąż do czynienia z błędami i przestępstwami ludzkimi i że cała jego znajomość dzieci polegała na tem, że rodzą się one dla poniżenia i zguby. Przypuśćmy, że często widywał, iż dzieci sądzono za ciężkie przestępstwa; widywał, jak je zamykano do domów poprawy, karano i zsyłano. Przypuśćmy wreszcie, że uważał dzieci za pisklęta tych ptaków, które wpadają w jego sieci, czekają na oskarżenie lub obronę; wiedział, że rosną tylko dlatego, by je sądzić, badać i wieszać.
— Rozumiem.
— Następnie przypuśćmy, że znalazło się piękne dziecko, które można było ocalić; którego ojca uważano za zmarłego a matka nie mogła się sprzeciwić. Adwokat jej miał prawo powiedzieć: „Wiem, coś zrobiła i jak zrobiłaś“.