Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żadnych stosunków. W środę zaś, widząc nas na rzece, wyjdzie na poblizki brzeg i wsiądzie do naszej łódki.
Omówiwszy po porządku i ułożywszy wszystkie szczegóły, wróciłem do domu. Otworzywszy zewnętrzne drzwi swego mieszkania znalazłem w skrytce list adresowany do mnie. Był bardzo brudny a pismo obrzydliwe. Przyszedł nie pocztą, prawdopodobnie w czasie mej nieobecności ktoś wrzucił go do skrzynki. Oto treść tego listu:
„Jeśli się pan nie boi, to niech pan przyjdzie do starego domku przy szluzie na błotach dziś lub jutro wieczorem o dziewiątej. Jeśli się pan chce dowiedzieć czegoś o swym wuju Prowisie, to niech pan najlepiej przyjdzie, nie tracąc czasu i nie mówiąc o tem nikomu. Musi pan przyjść sam. Niech pan przyniesie ze sobą ten list.“
Bardzo się zaniepokoiłem, po przeczytaniu. Zupełnie nie wiedziałem, co robić. Najgorsze było to, że miałem się zdecydować od razu, nie tracąc ani chwili, inaczej spóźniłbym się na dzisiejszy dyliżans. Nie można było bowiem myśleć o tem, by jechać jutro, ponieważ zbyt blizko była ucieczka. Przytem obiecane w tej notatce zeznania mogły mieć ważny wpływ na samą ucieczkę.
Jeślibym miał nawet więcej czasu do spokojnego namysłu, to i wówczas prawdopodob-