Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XXV.

Był to jeden z tych marcowych dni, gdy słońce piecze, a wiatr mrozi; w słońcu lato, a w cieniu zima. Zaopatrzyliśmy się w cieple palta. Z całego swego mienia zapakowałem do walizki tylko najniezbędniejsze do drogi rzeczy i wziąłem ją ze sobą.
„Dokąd jadę, co będę robił, kiedy wrócę?“ — wszystko to były nierozstrzygnięte pytania; nawet nie łamałem sobie głowy nad podobnemi kwestyami; wszystkie myśli moje były zajęte troską o Prowisa. Wychodząc, zatrzymałem się na chwilę we drzwiach i mimowoli pomyślałem, przy jakiej okoliczności los dozwoli mi wrócić, o ile wogóle mam kiedy wrócić?
Nie spiesząc się, doszliśmy do schodów Templu i chwil kilka radziliśmy, jakby niezdecydowani, czy jechać, czy nie. Naturalnie wcześniej było zapowiedziane, aby łódka i wszystkie przynależności były na miejscu i w porządku. Po kilku minutach niemego niezdecydowania, zupełnie zbytecznego, bo nikt nie mógł nas śledzić prócz dwóch niepewnych osobników (zwykłej przynależności schodów Templu) zeszliśmy do łódki i odbili. Herbert zasiadł na końcu, ja zaś przy sterze. Było pół do dziewiątej, czas pełnego przypływu.
Plan mieliśmy następujący. Odpływ zaczynał się o dziewiątej i do trzeciej był dla nas dogodnym; potem do nocy należało wiosłować przeciw przypływowi. Do tego czasu trzeba było dotrzeć do wielkiego zakrętu rzeki, poniżej Grewzendu; tam rzeka szeroka a brzegi jej mało zamieszkałe, tylko pojedyncze gospody rozrzucone tu i owdzie po brzegu. W jednej z nich mogliśmy znaleźć bezpieczne schronienie i przepędzić noc. Parowce hamburski i rotterdamski wyjeżdżały we środę, o dziewiątej z rana. Należało zatrzymać pierwszy z nich a w razie niepowodzenia zwrócić się do innego. Z góry wyuczyliśmy się znaków, odróżniających je od innych parowców.
Poczucie, że wreszcie przystąpiliśmy do wykonania dawno obmyślanego planu, było taką dla mnie pociechą, że zapomniałem o wszystkiem na świecie. Świeżość powietrza, światło słoneczne, ruch na rzece, sam tok fali, wszystko to jeszcze bardziej napełniało mnie otuchą. Nawet droga wzdłuż wybrzeża, jakby współczuła z nami i dodawała nam odwagi. Przykro mi było, żem siedział w łódce bezczynnie, choć prawdę mówiąc, trudnoby było wyszukać lepszych wioślarzy: obaj moi przyjaciele wiosłowali doskonale i sądząc z ich dzielnego wyglądu, mogliby tak płynąć cały dzień.
W owych czasach ruch parowców na Tamizie nie był tak rozwinięty, jak dziś i dlatego liczba wioślarzy bywała o wiele większa. Różnych łódek, barek, czółen kupieckich krążyło tak wiele, jak obecnie, ale wielkich parowców i mniejszych nie snuło się dziesiątej a nawet dwunastej części. Mimo wczesnej godziny mnóstwo dwuwiosłowców i czółen płynęło z biegiem. W tych dniach łatwo płynęło się w zwykłej łódce po Tamizie nawet między mostami, toteż odważnie przemykaliśmy między barkami i czółnami, zajmującemi w połowie szerokość rzeki.
Wkrótce minęliśmy stary londyński most, rynek z jego Holendrami i ostrygami i wpłynęliśmy w gęste szeregi statków. Tu ładowano i wyładowywano parowce, które unicestwiały nas swą wielkością, gdy przemykaliśmy się obok w swej maleńkiej łupince; tu stały czółna z węglem kamiennym i ze stukiem wyładowywano je na płytkie barki; stał też w oczekiwaniu jutrzejszego dnia rotterdamski parochód, któremu doskonale przyjrzeliśmy się; niedaleko również chwiał się na kotwicy hamburgski, obok którego przepłynęliśmy.
I oto oczom naszym ukazał się brzeg Młyńskiego Potoku i schodki ku wodzie, a serce me niespokojnie zabiło.
— Jest? — spytał Herbert.
— Jeszcze nie.
— Doskonale! Nie powinien był wychodzić, zanim nas zobaczy. Widzisz umówiony znak?
— Stąd nie widać dobrze; ale zdaje mi się, że widzę. Widzę, teraz widzę! Jest już! Szybko! Wiosłujcie!
Na chwilę tylko przybiliśmy do schodków a on już znalazł się w łódce i natychmiast odpłynęliśmy. Był ubrany w marynarską kurtkę i niósł ze sobą czarny ceratowy płaszcz, a wyglądał jak dwie krople wody do rzecznego szturmana podobny.
— Kochany chłopcze — rzekł, kładąc swą szeroką dłoń na me ramię, zanim usiadł w łódce. — Wierny, drogi chłopcze. Mądrze urządzone. Dziękuję wam, dziękuję.
Znów sunęliśmy wśród ciasnych szeregów statków, unikając zardzewiałych łańcuchów, mokrych sznurów i pływających beczek, rozrzucając na boki odpadki i szarą zawęgloną pianę.
Zarówno przy schodkach jak i potem nie Przestawałem wypatrywać napróżno odznak pogoni. Nic nie mogłem spostrzedz. Widocznie nie śledzono nas. Jeślibym zauważył, że towarzyszy nam inna łódka, zatrzymałbym się przy brzegu i zmusił do przepłynięcia lub odkrycia się. Nic nam jednak nie przeszkadzało w drodze.
Prowis wybornie dostosował się do okoliczności. Dziwnem (choć zrozumiałem, po wszystkich jego ucieczkach) wydawało się, że on najmniej z nas wszystkich okazywał niepokoju. Choć w rzeczywistości nie był obojętny, lecz mówił, że ma nadzieję dożyć tego, iż uczyni mnie pierwszym dżentelmenem w obcych krajach; wogóle nie myślał o tem, co może go spotkać w połowie drogi. Gdyby przyszło niebezpieczeństwo, odważnie stawiłby mu czoło, ale z góry nie troszczył się o nie.
— Jeślibyś wiedział, co to za pociecha siedzieć i palić sobie obok swego drogiego chłopca, po przejęczeniu tak długiego czasu między czterema ścianami. Ale ty tego nie zrozumiesz.
— Rozumiem urok wolności.
— Ale nie pojmujesz tego uczucia nawet w połowie tak dobrze, jak ja. Gdybyś posiedział pod kluczem, wówczas byś wiedział, co to wolność. Nie chcę być jednak ordynarnym.
Wydało mi się nienaturalnem, by człowiek ten mógł dla byle czego postawić na kartę swa wolność i życie. Ale po namyśle, przyszedłem do przekonania, że dla niego życie bez niebezpieczeństw nie ma takiej wartości, jak dla innych. Widocznie rozmyślania moje były prawdziwe, bo zaciągnąwszy się dymem, mówił:
— Widzisz, drogi chłopcze, gdym — był na drugiej półkuli, zawsze myślałem o tem, co jest po tej stronie i mimo żem się stawał coraz bogatszym, zawsze prześladowała mnie nuda i tęsknota. Każdy tam znał Magwicza, mógł sobie Magwicz przychodzić i odchodzić i nikt się go nie obawiał. Nie byliby tu tak spokojni, gdyby wiedzieli, żem przyjechał.
— Jeśli się nam powiedzie, to za parę godzin będzie pan zupełnie wolny i poza niebezpieczeństwem.
— Sądzę, że tak — rzekł, ciężko westchnąwszy.
— Jestem tego prawie pewien.
Przechylił się za brzeg, zsunął rękę do wody i rzekł z tym łagodnym uśmiechem, który obecnie nieraz pojawiał się na jego ustach:
— Tak, pewien jestem. Nie można płynąć ciszej i spokojniej, niż my. Ale tylko to widzę, Patrząc, jak nasza łódka sunie po falach. Dopiero co rozmyślałem, że tak trudno przewidzieć, co będzie za parę godzin, jak zobaczyć dno tej rzeki; a wstrzymać bieg czasu tak trudno, jak trudnoby było wstrzymać palcami bieg rzeki. Zawsze przepłynie między palcami.
To powiedziawszy, wyjął rękę z wody.
— Jeślibym nie widział pańskiej twarzy, myślałbym, że się pan lęka.
— Zupełnie nie, drogi chłopcze! Wszak sprawnie posuwamy się, a plusk wody u szczytu łódki wesoło dźwięczy w mojej duszy.
Znowu włożył fajkę w usta i siedział tak spokojnie, jakby już był poza granicami Anglii. A jednak bez oporu poddawał się każdej radzie; zdawało się, że jest śmiertelnie przerażony. Gdyśmy się zatrzymali na chwilę przy brzegu, aby kupić kilka butelek piwa, chciał wyskoczyć na brzeg, ale gdy tylko wspomniałem, że bezpieczniejby było, by został w łódce, powiedział tylko: „tak myślisz?“ i natychmiast usiadł na poprzedniem miejscu.
Na rzece było chłodno, choć dzień pogodny i słońce świeciło. Odpływ okazywał się silny, a ja starałem się tak kierować, aby jak najwięcej wyzyskać tę pomoc; dzięki temu, oraz zgodnym uderzeniom wioseł mych przyjaciół posuwaliśmy się bardzo prędko. Zwolna w miarę jak odpływ się zmniejszał, traciliśmy z oczu okolice, lasy i góry; teraz oczom naszym przedstawiały się tylko błotniste wybrzeża, ale odpływ działał wciąż aż do Grewzdenu. Ponieważ Prowis był owinięty w płaszcz, wprost skierowałem łódkę na komorę cłową, potem wypłynąłem na środek rzeki i przemknąłem się koło wielkiego przewozowego czółna z żołnierzami, którzy stojąc na pokładzie, patrzyli na nas. Wkrótce odpłyń ustał, a oni wszyscy zwrócili się, aby oglądać przypływ i cała flota cisnęła się wokóło nas. My zaś, unikając przypływu, trzymaliśmy się brzegów, wymijając ostrożnie mielizny i wysepki.
Wioślarze byli zupełnie rzeźwi; od czasu do czasu, opuszczali na parę minut wiosła, a łódka sama płynęła z biegiem, to też obecnie wystarczył kwadrans na zupełny wypoczynek. Wyszliśmy na brzeg, na mokre, ślizkie kamienie i pokrzepiliśmy się jadłem i napojem, w które byliśmy zaopatrzeni. Miejsce to przypominało mi rodzinne moczary; taka sama jednostajna płaszczyzna, taki sam mglisty horyzont. Wszystko ciche, bez ruchu, tylko rzeka szybko niknęła, podrzucając i unosząc płynące wiechy. Ostatni statek widzianej przez nas floty skrył się za zakrętem rzeki, widać było tylko kilka czółen transportowych, niknących w mgle. Jakaś potworna latarnia, sygnalizująca mieliznę, stała na kurzych nogach wśród błota, jakby skurczony starzec na kulach; pokryte mułem koły i kamienie sterczały z błota; stara przystań i opuszczony domek bez dachu osunęły się weń prawie; słowem — wokoło był tylko brud i pustka.
Wkrótce odbiliśmy i popłynęli dalej. Obecnie trudniej było sunąć naprzód, ale Herbert i Startop wiosłowali bez wytchnienia, dopóki słońce świeciło. Tymczasem stan wody podniósł się nieco i mogliśmy widzieć dal poza wybrzeżem. Na horyzoncie jaśniał purpurowy blask zachodzącego słońca, przechodząc w coraz ciemniejszy odcień; zdawało się, że między nami a słońcem rozciąga się jedna pustynna powierzchnia moczaru; i tylko czajki od czasu do czasu naruszały swymi krzykami spokój tego zamarłego miejsca.
Noc szybko zapadała, a księżyc zwolna wschodził, dlatego wstrzymaliśmy się na naradę, co dalej czynić. Narada była krótka. Nic nam innego nie pozostawało, jak zatrzymać się na noc w jakim opuszczonym szynku. Znowu ujęliśmy wiosła, wyglądając po bokach pożądanego schroniska. Płynęliśmy tak cztery czy pięć przykrych mil. Było chłodno i wilgotno tak, że barka z węglem, na której płonęło ognisko, wydawała się nam zazdrości godnym przytułkiem. Tymczasem zupełnie ściemniało; zdawało się, że dochodzi do nas więcej światła z rzeki, niż z nieba, bo gwiazdy, odbijając się we wodzie, mnożyły się w setki przy każdem zanurzeniu wiosła.
W tych przykrych chwilach każdego z nas przejmowała myśl, że nas prześladują. Przypływ nieraz napędzał fale na puste wybrzeże, a przy każdym plusku fali, uderzającej o nadbrzeżne kamienie, przejmował nas dreszcz i wpatrywaliśmy się w ciemność w kierunku, w którym słychać było odgłos. Miejscami rzeka tworzyła małe zatoczki, a my objeżdżaliśmy je z jakiemś nerwowem drżeniem z obawy, aby w nich nie ukrywali się nasi prześladowcy. Czasami który z nas pytał: „Co to za plusk?“ lub „czy to przypadkiem nie łódka?“ Potem nastawała martwa cisza i siedząc przy sterze, dziwiłem się temu hałasowi, z jakim wiosła skrzypiały w swych osadach i uderzały we wodę.
Wreszcie dostrzegliśmy światło na brzegu w jakimś domku; obok niego prowadziła droga, wyłożona kamieniami. Pozostawiwszy wszystkich w łódce, wyszedłem na brzeg i przekonałem się, że było to oświecone okno karczemki. Szynk ten był brudny i prawdopodobnie dobrze znany kontrabandzistom, ale w kuchni płonęło ognisko; okazało się, że z pokarmów są tylko jaja i wędlina, napojów nie brakowało. domku ponadto były dwa pokoje, każdy z dwoma łóżkami. Cała ludność karczemki składała się z gospodarza, jego żony, jakiegoś chłopca bardzo brudnego i nieporządnego. Łatwo było pomyśleć, że i on walał się w mule i błocie wraz z kołami i kamieniami, sterczącymi na brzegu.
Z tym pomocnikiem wróciłem do łódki, wszliśmy na brzeg, wzięli ze sobą wiosła i ster a łódkę wyciągnęli. Nasyciliśmy się i rozdzieliliśmy sypialnie: Herbert i Startop zajęli jeden pokój, ja zaś z Prowisem drugi. Przekonaliśmy się, że oba pokoje były zupełnie pozbawione powietrza, pod pościelą zaś ukrywano wielką ilość starych ubrań i brudnej bielizny, zupełnie nie odpowiadającą małej liczbie mieszkańców. Mimo to bardzośmy się cieszyli, że trafiliśmy na tak samotne miejsce.
Dopókiśmy się grzali przy kominku po wieczerzy, malec siedział w kącie i starał się zdjąć parę przemoczonych butów, prawdopodobnie ściągniętych z topielca. Nagle zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy spotkaliśmy czterowiosłowe czółno, płynące z przypływem w górę rzeki. Odpowiedziałem, żem nie zauważył, że widocznie czółno popłynęło w dół rzeki, choć odbijając kierowało się w górę.
— Prawdopodobnie rozmyślili się i pojechali w dół, zamiast w górę.
— Czterowiosłowe czółno?
— Tak czterowiosłowe z dwoma wioślarzami.
— A wychodzili na brzeg?
— Przysłali kamienny dzbanek po piwo. Chętnie nasypałbym im czegoś do piwa, tym gołąbkom.
— Dlaczego?
— Już ja wiem dlaczego!
Mówił dziwnym, przygłuszonym tonem, jakby trochę nadbrzeżnego mułu dostało mu się do gardła.
— Myśli — rzekł gospodarz, słaby, niezdecydowany człowiek, zupełnie widocznie polegający na chłopcu — myśli że oni, że oni są.
— Wiem już, co myślę.
— Myślisz, że to dozorcy cłowi?
— Tak sądzę.
— No, to źle sądzisz.
— Czyż?
Brudny chłopiec wypowiedział to ostatnie wiele mówiące słowo z wyrazem najgłębszego przekonania w słuszność swego przypuszczenia i z tymi samym wyrazem zdjął przemoczony but, popatrzył na niego, wysypał z niego piasek na podłogę i znowu włożył. Wszystko to wykonał ze spokojem młodzieńca, przekonanego o właściwości swego postąpienia.
— A gdzież według ciebie podzieli swe guziki? — spytał gospodarz, wahając się już w swem mniemaniu.
— Gdfcie podzieli guziki? Do wody wrzucili. Połknęli. Posiali, by groch wyrósł. Gdzie podzieli guziki!...
— Nie unoś się Dżek.
— Dozorca cłowy wie, gdzie ma ukryć guziki, gdy mu przeszkadzają — ciągnął Dżek, powtarzając te słowa z wyrazem najwyższego wstrętu. — Czterowiosłowiec z dwoma wioślarzami nie będzie jeździł w górę i w dół, bez względu na przypływ i odpływ, chyba, że pod tem kryje się jakiś podstęp cłowy.
Mówiąc to, wyszedł a gospodarz uważał za właściwe pozostawić ten temat na stronie.
Jednakże rozmowa przestraszyła nas, a mnie w szczególności. Wicher wył, rzeka uderzała o brzeg, zdawało mi się, że jesteśmy już schwytani do klatki. Czterowiosłowe czółno, płynące w dół i w górę, tak że zwróciło na siebie uwagę, było bardzo złą przepowiednią. Namówiwszy Prowisa, by udał się na spoczynek, wyszedłem z domu z towarzyszami i zaczęliśmy się naradzać. (Startopa do tej pory nie wtajemniczyliśmy w sprawę). Czy mamy oczekiwać tu parowca, czy też jutro rano spuścić się niżej? Oto pytanie, które mieliśmy rozstrzygnąć. Postanowiliśmy, że najlepiej będzie pozostać tu i na godzinę przed czasem, kiedy według naszych obliczeń miał nadejść parowiec — popłynąć cichutko z biegiem rzeki, trzymając się środka. Tak zadecydowaliśmy i wróciwszy, położyliśmy się spać.
Położyłem się prawie ubrany i dobrze przespałem kilka godzin. Gdym się obudził, wiatr się bardzo wzmógł i silnie wstrząsał szyldem karczmy. Wstałem po cichu z łóżka, ponieważ Prowis mocno spał i podszedłem do okna. Wychodziło na drogę, na którą wyciągnęliśmy w przeddzień łódkę; gdym się przyjrzał przy słabym blasku księżyca dostrzegłem dwóch ludzi, uważnie się oglądających. Przeszli pod oknem, nie patrząc więcej na nie, i nie schodząc do pustej przystani, poszli wprost przez błoto w kierunku biegu rzeki.
Pierwszą mą myślą było zawołać Herberta i pokazać mu oddalających się ludzi. Ale zanim doszedłem do jego pokoju, leżącego po drugiej stronie domu, przypomniałem sobie, że zarówno on, jak i Startop muszą być pomęczeni i wolałem ich nie budzić. Zbliżyłem się do okna i widziałem, jak obaj ludzie szli wciąż jeszcze po moczarze. Przy tak słabem świetle nie długo mogłem ich obserwować, to też silnie przejęty, położyłem się i zasnąłem.
Wczesnym rankiem byliśmy już na nogach. Kiedyśmy we czwórkę przechadzali się przed śniadaniem, uważałem za mój obowiązek oznajmić im o widzianych przeze mnie ludziach. I teraz Prowis wydawał się mniej strwożonym, niż my. Według wszelkiego prawdopodobieństwa: — obojętnie zauważył — ludzie ci należą do straży celnej i my ich zupełnie nie obchodzimy. Starałem się wmówić to w siebie, choć takie przypuszczenie bardzo było prawdopodobne. Mimo to zaproponowałem, abyśmy z nim poszli na najbardziej wystający cypel wybrzeża i aby łódka zajechała tam po nas koło południa. Propozycyę moją przyjęto jako właściwą ostrożność, to też po śniadaniu udaliśmy się we dwóch, nic nie mówiąc gospodarzowi.
Prowis po drodze palił fajkę i od czasu do czasu klepał mnie po ramieniu. Mógłby kto pomyśleć, że niebezpieczeństwo groziło mnie, a nie jemu i że starał się dodać mi odwagi. Bardzo mało mówiliśmy. Gdyśmy podeszli do wrzynającego się wi rzekę półwyspu, udałem się na wywiady, prosząc Prowisa, by poczekał, bo właśnie tu szli wczoraj ci dwaj ludzie. Zgodził się, poszedłem zatem sam. Nie było śladów ani ludzi, ani łódki. Prawda, że woda się podniosła skutkiem przypływu i mogła zmyć ślady.
Dałem mu znak kapeluszem, by podszedł i obaj wyczekiwaliśmy łódki, to leżąc na piasku, owinąwszy się płaszczami, to chodząc po brzegu dla rozgrzania się. Wreszcie nadpłynęła łódka, siedliśmy obaj i wypłynęli na środek rzeki, gdzie powinien był nadejść parowiec. Brakło tylko dziesięciu minut do godziny i wyglądaliśmy, czy nie ukaże się dym parowca.
Spostrzegliśmy dym dpiero o pół do drugiej a wkrótce potem zauważyliśmy dym drugiego parowca. Ponieważ płynęły bardzo szybko, przygotowaliśmy pakunki i korzystali z czasu, by się pożegnać z Herbertem i Startopem. Zaledwie zdążyliśmy uścisnąć im ręce, ukazał się w dali czterowiosłowiec i wypłynął również na środek rzeki.
Smuga ziemi dzieliła nas od parowca a widzieliśmy dym, dzięki zakrętom rzeki, teraz ukazał się zupełnie i szedł wprost na nas. Zawołałem na Herberta i Startopa, by wiosłowali z biegiem rzeki, aby nas łatwiej mogli do-[1]
Starałem się go uspokoić, wkładając mu pod głowę jedyną rękę, którą władałem. W duszy cieszyłem się prawie, że jest tak ciężko rannym — śmierć dla niego była najlepszem wyjściem. Nie wątpiłem, że znajdą się ludzie, którzy nie będą się wahali i poznają go. Nie mogłem mieć nadziei, aby sąd mógł oszczędzić człowieka, jak najgorzej przedstawionego w śledztwie głównem, który potem uciekł z więzienia; skazany na zesłanie, samowolnie wrócił do ojczyzny i przyczynił się do śmierci człowieka, który go wykrył.
Patrzyłem na zachodzące słońce, na uciekającą odi nas rzekę i zdawało mi się, że wraz z niemi uchodzą wszystkie nadzieje; starałem się wyrazić mu głębokie współczucie, że spotkało go tak wielkie nieszczęście z powodu mnie.
— Drogi chłopcze — odrzekł — zupełnie nie liczę na los. Widziałem swego chłopca, dżentelmenem zaś może być i beze mnie.
„Nie“ — myślałem o tem, siedząc obok niego. „Nie“. Nie mówiąc o własnem przekonaniu, zrozumiałem obecnie wzmianki Uemnika. Przewidywałem, że majątek jego, jako przestępcy, skonfiskują na rzecz państwa.
— Posłuchaj mnie, mój drogi. Teraz lepiej, aby dżentelmen zupełnie ze mną nie przestawał. Przychodź tylko czasami z Uemnikiem popatrzyć na mnie, a gdy będą mnie sądzili po raz ostatni, siądź tak, abym cię widział, nic mi więcej nie potrzeba.
— Ani na chwilę nie odejdę od was, jeśli mi tylko dozwolą. Daj Boże, abym okazał się tak wiernym względem was, jak wy byliście dla mnie.
Poczułem, że ręka jego, trzymająca moją, zadrżała; obrócił się w drugą stronę i usłyszałem znany mi dźwięk w jego gardle, ale i ten był delikatniejszy, jak wogóle wszystko w nim. Dobrze, że przemówił o tej kwestyi, bo naprowadził mnie na myśl, że starannie trzeba ukrywać przed nim, że nie udało mu się wykonać ukochanego planu, wzbogacenia mnie.






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak kolejnych czterech stron.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.