Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brzegów, wymijając ostrożnie mielizny i wysepki.
Wioślarze byli zupełnie rzeźwi; od czasu do czasu, opuszczali na parę minut wiosła, a łódka sama płynęła z biegiem, to też obecnie wystarczył kwadrans na zupełny wypoczynek. Wyszliśmy na brzeg, na mokre, ślizkie kamienie i pokrzepiliśmy się jadłem i napojem, w które byliśmy zaopatrzeni. Miejsce to przypominało mi rodzinne moczary; taka sama jednostajna płaszczyzna, taki sam mglisty horyzont. Wszystko ciche, bez ruchu, tylko rzeka szybko niknęła, podrzucając i unosząc płynące wiechy. Ostatni statek widzianej przez nas floty skrył się za zakrętem rzeki, widać było tylko kilka czółen transportowych, niknących w mgle. Jakaś potworna latarnia, sygnalizująca mieliznę, stała na kurzych nogach wśród błota, jakby skurczony starzec na kulach; pokryte mułem koły i kamienie sterczały z błota; stara przystań i opuszczony domek bez dachu osunęły się weń prawie; słowem — wokoło był tylko brud i pustka.
Wkrótce odbiliśmy i popłynęli dalej. Obecnie trudniej było sunąć naprzód, ale Herbert i Startop wiosłowali bez wytchnienia, dopóki słońce świeciło. Tymczasem stan wody podniósł się nieco i mogliśmy widzieć dal poza wybrzeżem. Na horyzoncie jaśniał purpurowy