Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


blask zachodzącego słońca, przechodząc w coraz ciemniejszy odcień; zdawało się, że między nami a słońcem rozciąga się jedna pustynna powierzchnia moczaru; i tylko czajki od czasu do czasu naruszały swymi krzykami spokój tego zamarłego miejsca.
Noc szybko zapadała, a księżyc zwolna wschodził, dlatego wstrzymaliśmy się na naradę, co dalej czynić. Narada była krótka. Nic nam innego nie pozostawało, jak zatrzymać się na noc w jakim opuszczonym szynku. Znowu ujęliśmy wiosła, wyglądając po bokach pożądanego schroniska. Płynęliśmy tak cztery czy pięć przykrych mil. Było chłodno i wilgotno tak, że barka z węglem, na której płonęło ognisko, wydawała się nam zazdrości godnym przytułkiem. Tymczasem zupełnie ściemniało; zdawało się, że dochodzi do nas więcej światła z rzeki, niż z nieba, bo gwiazdy, odbijając się we wodzie, mnożyły się w setki przy każdem zanurzeniu wiosła.
W tych przykrych chwilach każdego z nas przejmowała myśl, że nas prześladują. Przypływ nieraz napędzał fale na puste wybrzeże, a przy każdym plusku fali, uderzającej o nadbrzeżne kamienie, przejmował nas dreszcz i wpatrywaliśmy się w ciemność w kierunku, w którym słychać było odgłos. Miejscami rzeka tworzyła małe zatoczki, a my objeżdżaliśmy je z jakiemś nerwowem drżeniem z obawy,