Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znowu włożył fajkę w usta i siedział tak spokojnie, jakby już był poza granicami Anglii. A jednak bez oporu poddawał się każdej radzie; zdawało się, że jest śmiertelnie przerażony. Gdyśmy się zatrzymali na chwilę przy brzegu, aby kupić kilka butelek piwa, chciał wyskoczyć na brzeg, ale gdy tylko wspomniałem, że bezpieczniejby było, by został w łódce, powiedział tylko: „tak myślisz?“ i natychmiast usiadł na poprzedniem miejscu.
Na rzece było chłodno, choć dzień pogodny i słońce świeciło. Odpływ okazywał się silny, a ja starałem się tak kierować, aby jak najwięcej wyzyskać tę pomoc; dzięki temu, oraz zgodnym uderzeniom wioseł mych przyjaciół posuwaliśmy się bardzo prędko. Zwolna w miarę jak odpływ się zmniejszał, traciliśmy z oczu okolice, lasy i góry; teraz oczom naszym przedstawiały się tylko błotniste wybrzeża, ale odpływ działał wciąż aż do Grewzdenu. Ponieważ Prowis był owinięty w płaszcz, wprost skierowałem łódkę na komorę cłową, potem wypłynąłem na środek rzeki i przemknąłem się koło wielkiego przewozowego czółna z żołnierzami, którzy stojąc na pokładzie, patrzyli na nas. Wkrótce odpłyń ustał, a oni wszyscy zwrócili się, aby oglądać przypływ i cała flota cisnęła się wokóło nas. My zaś, unikając przypływu, trzymaliśmy się