Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gatszym, zawsze prześladowała mnie nuda i tęsknota. Każdy tam znał Magwicza, mógł sobie Magwicz przychodzić i odchodzić i nikt się go nie obawiał. Nie byliby tu tak spokojni, gdyby wiedzieli, żem przyjechał.
— Jeśli się nam powiedzie, to za parę godzin będzie pan zupełnie wolny i poza niebezpieczeństwem.
— Sądzę, że tak — rzekł, ciężko westchnąwszy.
— Jestem tego prawie pewien.
Przechylił się za brzeg, zsunął rękę do wody i rzekł z tym łagodnym uśmiechem, który obecnie nieraz pojawiał się na jego ustach:
— Tak, pewien jestem. Nie można płynąć ciszej i spokojniej, niż my. Ale tylko to widzę, Patrząc, jak nasza łódka sunie po falach. Dopiero co rozmyślałem, że tak trudno przewidzieć, co będzie za parę godzin, jak zobaczyć dno tej rzeki; a wstrzymać bieg czasu tak trudno, jak trudnoby było wstrzymać palcami bieg rzeki. Zawsze przepłynie między palcami.
To powiedziawszy, wyjął rękę z wody.
— Jeślibym nie widział pańskiej twarzy, myślałbym, że się pan lęka.
— Zupełnie nie, drogi chłopcze! Wszak sprawnie posuwamy się, a plusk wody u szczytu łódki wesoło dźwięczy w mojej duszy.