Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszystkich jego ucieczkach) wydawało się, że on najmniej z nas wszystkich okazywał niepokoju. Choć w rzeczywistości nie był obojętny, lecz mówił, że ma nadzieję dożyć tego, iż uczyni mnie pierwszym dżentelmenem w obcych krajach; wogóle nie myślał o tem, co może go spotkać w połowie drogi. Gdyby przyszło niebezpieczeństwo, odważnie stawiłby mu czoło, ale z góry nie troszczył się o nie.
— Jeślibyś wiedział, co to za pociecha siedzieć i palić sobie obok swego drogiego chłopca, po przejęczeniu tak długiego czasu między czterema ścianami. Ale ty tego nie zrozumiesz.
— Rozumiem urok wolności.
— Ale nie pojmujesz tego uczucia nawet w połowie tak dobrze, jak ja. Gdybyś posiedział pod kluczem, wówczas byś wiedział, co to wolność. Nie chcę być jednak ordynarnym.
Wydało mi się nienaturalnem, by człowiek ten mógł dla byle czego postawić na kartę swa wolność i życie. Ale po namyśle, przyszedłem do przekonania, że dla niego życie bez niebezpieczeństw nie ma takiej wartości, jak dla innych. Widocznie rozmyślania moje były prawdziwe, bo zaciągnąwszy się dymem, mówił:
— Widzisz, drogi chłopcze, gdym — był na drugiej półkuli, zawsze myślałem o tem, co jest po tej stronie i mimo żem się stawał coraz bo-