Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XXVI.

Na drugi dzień Magwicza postawiono przed sądem śledczym; zaraz wsadzonoby go do więzienia i zaczęto sądzić, gdyby nie trzeba było koniecznie posłać po starego nadzorcę, służącego niegdyś na pontonie, z którego uciekł Magwicz, dla sprawdzenia tożsamości. Nikt o tem nie wątpił, ale Kompenson, obecnie martwy, unosił się z falami Tamizy, a nikogo innego któryby mógł to poświadczyć, nie było w Londynie. Po przybyciu do miasta natychmiast w nocy udałem się do Dżaggersa do domu i prosiłem, by podjął się obrony tej sprawy. Nie miał jednak najmniejszej nadziei ocalenia Magwicza i wprost oznajmił, że sprawę zakończą w pięć minut, skoro tylko zjawi się świadek i że żadna ziemska moc nie może zmienić sprawy na naszą korzyść.
Wyznałem Dżaggersowi swój zamiar nie wyjawienia Magwiczowi straty majątku. Pan Dżaggers bardzo ostro upomniał mnie, że wypuściłem z rąk pieniądze i twierdził, że powinniśmy się starać choć część uratować. Nie krył jednakże, iż choć bywają wypadki, że nie konfiskuje się majątku, nasza sprawa nie należy do tego rodzaju. Bardzo dobrze to rozumiałem, nie byłem z podsądnym związany, ani węzłami rodzinnymi, ani żadnymi innymi, ani nie napisał nawet żadnego dokumentu przekazującego mi majątek do chwili schwytania, teraz zaś było już zapóźno na rozporządzenie. Nie miałem żadnego prawa do jego bogactw i stanowczo zdecydowałem nie męczyć się próżnemi staraniami.
Możliwe, że donosiciel miał nadzieję otrzymać nagrodę ze skonfiskowanego majątku Magwicza i miał w tym celu doskonałe sprawozdanie z jego stanu majątkowego. Ciało jego wyłowiono o parę mil od miejsca, w którem utonął, do tego stopnia zniekształcone, że można go było poznać tylko po tem co miał w kieszeniach. Między zapiskami znalezionymi w portfelu była jedna z dokładnym opisem majątku Magwicza. Sprawozdanie to zgadzano się z danym Dżaggersowi przez Magwicza opisem majątku, który, jak sądził, otrzymam po nim. Nie wątpił, że przy pomocy pana Dżaggersa łatwo odbiorę majątek.
Po trzydniowej zwłoce przybył świadek z pontonu i wszystko od razu skończono. Magwicza wsadzono do więzienia, sprawę zaś odroczono do przyszłej sesyi, mającej nastąpić za miesiąc.
W tej przykrej epoce mego życia, pewnego razu wieczorem Herbert wrócił do domu ponury i zmartwiony.
— Drogi Hendlu, boję się, że wkrótce będę cię musiał pożegnać.
Klarriker zawiadomił mnie już o tem, to też nie zdziwiłem się tak, jak się spodziewał.
— Ominęlibyśmy dogodną sposobność, jeślibym odłożył swą podróż do Kairu i dlatego obawiam się, że będę cię musiał opuścić i to w chwili, kiedy ci najwięcej mnie potrzeba.
— Zawsze mi będziesz potrzebnym, ponieważ nigdy nie przestanę cię kochać, ale nie widzę, bym teraz bardziej cię potrzebował, niż kiedykolwiek.
— Będzie ci tak nudno samemu?
— Nie mam czasu na myśli o nudach. Wiesz, że o ile tylko mogę, siedzę u niego i jeślibym mógł, cały dzień spędzałbym w więzieniu. Gdy jestem w domu myśli moje tylko nim zajęte.
Straszne położenie Magwicza tak było nieznośnem dla nas, że nie mogliśmy wprost mówić o niem.
— Przyjacielu, muszę cię zaniepokoić pytaniem, ale usprawiedliwia mnie blizkość naszej rozłąki. Czyś pomyślał o swej przyszłości?
— Nie, bałem się myśleć o tem.
— Nie możesz jednak uniknąć przyszłości. Chciałbym, byś zastanowił się wraz ze mną, co będziesz robił.
— Dobrze.
— W nowej filii naszego domu, potrzeba...
Widziałem, że z delikatności unika rzeczywistej nazwy i dlatego poddałem: „pomocnika“.
— Pomocnika. Mam nadzieję, że ten, ktoby objął tę posadę z pomocą swego przyjaciela, mógłby stać się z czasem wspólnikiem. Jednem słowem, Hendlu, czy chciałbyś przyłączyć się do nas?
Było coś ujmującego i czarującego w sposobie, z jakim wymówił „Hendlu“, jakby przygotowując do poważnej rozmowy, ale nagle zmienił ton i wyciągnąwszy rękę, kończył przemowę, jakby jaki uczeń przed profesorem.
— Mówiliśmy o tem często z Klarą i wprost prosiła mię ze łzami w oczach, abym ci powiedział, że jeśli będziesz z nami mieszkał, po naszym ślubie, usilnie będzie się starała uczynić cię szczęśliwym. Prosiła też, aby cię zapewnić, że przyjaciel jej męża jest i jej przyjacielem. Jakbyśmy to mogli żyć razem szczęśliwie Hendlu.
Podziękowałem i prosiłem, by podziękował Klarze, ale nie mogłem na razie przyjąć stanowczo jego miłej propozycyi. Bo po pierwsze zbyt byłem zajęty innemi myślami, aby poważnie się nad tem zastanowić; po drugie... tak, po drugie, jakiś smutny zamiar zaczynał budzić się w mej duszy, do którego powrócę przy końcu opowiadania.
— Ale, jeślibyś Herbercie mógł bez szkody dla waszego przedsiębiorstwa pozostawić tę kwestyę nierozstrzygniętą przez...
— Jak długo chcesz, przez pół roku, rok!
— Nie, nie na tak długo. Przez dwa lub trzy miesiące.
Herbert był zachwycony i rzekł, że obecnie może mi już odkryć, iż według wszelkiego prawdopodobieństwa wyjedzie w końcu tygodnia.
— A Klara? — spytałem.
— Biedna moja dusza. Póki ojciec żyje, nie porzuci go, ale to niedługo potrwa. Pani Wimpel mówiła mi w tajemnicy, że już nie na żarty umiera.
— Aby nie być nieludzkim, trzeba przyznać, że nie może nic lepszego zrobić, jak zejść z tego świata.
— Obawiam się, że tak. Potem przyjadę i wezmę ślub z ukochaną Klarą. Nie zapominaj, drogi Hendlu, że moja ślicznotka nie ma rodziny, nigdy nie zaglądała do spisów szlachty i nie ma pojęcia o tem, czem był jej dziadek. To prawdziwe szczęście dla mnie.
W sobotę tego tygodnia rozstałem się z Herbertem. Odjechał dyliżansem, do jednego z portów. Mimo przykrego rozstania się ze mną, był pełen najpiękniejszych nadziei. Zaszedłszy do pierwszej cukierni po drodze napisałem parę słów do Klary, zawiadamiając ją o odjeździe Herberta, potem wróciłem do domu, o ile tak można było nazwać me mieszkanie, ponieważ już więcej domu nie miałem.
Na schodach spotkałem Uemnika. Był u mnie i wracał, nie zastawszy mnie. Ani razu nie widziałem się z nim na osobności po nieudałej naszej ucieczce. Przyszedł obecnie nie w sprawie urzędowej lecz prywatnej, aby wyjaśnić mi niepowodzenie.
— Nieboszczyk Kompenson — zaczął Uemnik — stał się powodem wszystkich zawikłań; od jego to ludzi, którzy wpadli w ręce sądu, dowiedziałem się o tem, o czem panu doniosłem. Bacznie przysłuchiwałem się wszystkiemu, choć udawałem, że nic nie słyszę. Wreszcie dowiedziałem się, że opuścił miasto i przypuszczałem, że to najlepsza pora do działania. Teraz widzę, że był to podstęp z jego strony. Widcznie, jako sprytny człowiek, oszukiwał zawsze swych ludzi. Sądzę, że pan mnie za to nie obwinia? Niech mi pan wierzy, że z całej duszy starałem się wam dopomódz.
— Jestem pewien tego i dziękuję serdecznie za życzliwość i współczucie, jakie mi pan okazuje.
— Pan dziękuje. To przykra sprawa. Zapewniam pana, że dawno mnie nikt tak nie podszedł. Główna rzecz, co mnie najwięcej dręczy, — to strata takiego wielkiego ruchomego majątku. To bieda!
— Ja zaś niepokoję się tylko o właściciela majątku.
— Oczywiście, oczywiście, niema co mówić, musi być panu bardzo przykro. Ja sam dałbym pięciofuntowy bilet, byleby go uwolnili. Ale niech pan uważa, o co chodzi. Nieboszczyk Kompenson wiedział o jego powrocie do Anglii i postanowił za wszelką cenę go chwycić. W tych warunkach, zdaje mi się, nie można go było ocalić. Podczas gdy majątek bardzo łatwo było ocalić. Widzi pan zatem, jaka różnica między właścicielem a majątkiem.
Prosiłem Uemnika, by wstąpił do mnie i pokrzepił się przed powrotem do Uolwortu szklaneczką grogu. Zgodził się. Popijając grog, nagle ni stąd ni zowąd i z jakąś niepewnością rzekł:
— Jak pan myśli, czy mógłbym uwolnić się od pracy na poniedziałek?
— Naturalnie, tylko, że pan tego nie robił przez dwanaście miesięcy.
— Raczej przez dwanaście lat. Tak, mam zamiar wziąć w poniedziałek urlop. Co więcej zamierzam iść na przechadzkę i prosić pana, by mi towarzyszył.
Już chciałem się usprawiedliwić i powiedzieć, że nie mogę się zgodzić na żadne przechadzki obecnie, ale Uemnik mnie wyprzedził:
— Wiem, że pan czem innem zajęty i nieusposobiony do spacerów. Ale jeśliby pan był tak dobry i spełnił mą prośbę, uczyniłby mi pan wielką przysługę. Spacer nasz będzie rano i nie zajmie dużo czasu. Nie potrwa dłużej nad cztery godziny, licząc ze śniadaniem od ósmej rano do południa. Czy nie mógłby pan jakoś się ułożyć i wyświadczyć mi tej przysługi?
Uemnik tyle zrobił dla mnie, że odmówienie mu byłoby istotną nie wdzięcznością; dlatego obiecałem, o ile będę mógł, spełnić jego prośbę. Był tak zadowolony, że patrząc na niego, cieszyłem się jego radością. Przyrzekłem stawić się w poniedziałek o pół do dziewiątej i pożegnaliśmy się.
Punktualnie w naznaczonym dniu i o naznaczonej porze zadzwoniłem do zamkowej furtki. Uemnik sam wyszedł na spotkanie. Zdawało mi się, że był sztywniejszy, niż zwykle i miał na głowie nowy kapelusz. W pokoju na stole stały dwie szklanki mleka z rumem i dwa ciastka. Starzec widocznie wstał ze świtem, bo zajrzawszy do jego sypialni zauważyłem, że łóżko było puste.
Pokrzepieni mlekiem i ciastkami udaliśmy się w drogę. Bardzo się zdziwiłem, gdy wychodząc z domu Uemnik wziął ze sobą długą wędkę.
— Czy idziemy łowić ryby? — spytałem.
— Nie, ale lubię chodzić z wędką.
Wydawało mi się to bardzo dziwnem, ale nie rzekłem ani słowa i skierowaliśmy się w stronę łąk Kemberwelskich. Niedaleko od tego miejsca Uemnik nagle zawołał:
— To kościół!
Nie było w tem nic dziwnego, ale nadzwyczaj się zdziwiłem, kiedy powtórzył, jakby oświecony wspaniałą ideą:
— Może wejdziemy!
Weszliśmy. Uemnik pozostawił przy wejściu wędkę i obejrzawszy się na wszystkie strony, zaczął szukać czegoś po kieszeniach. Wyciągnął coś owiniętego w papier i znowu zawołał:
— A! Oto para rękawiczek! Włóżmy je!
Rękawiczki były białe z połyskiem; patrząc na nie i na jego oczy, niezwykłe rozszerzone, zacząłem się czegoś domyślać. Prędko potwierdziły się domysły; spostrzegłem ojca, wchodzącego do kościoła i prowadzącego pod; rękę jakąś d&mę.
— A! To pani Skiffins! Zabawmy się w ślub!
Ta skromna dziewica była ubrana jak zwykle, tylko idąc zmieniła zielone rękawiczki na białe.
Po przybyciu kapłana podeszliśmy do ołtarza. Uemnik tak dobrze udawał, jakoby wszystko to stało się niespodzianie i nie było wcześniej przygotowane, że słyszałem, jak wyjmując przed ślubem pierścionki z kieszeni, zamruczał:
— A! są i pierścionki!
Rolę świadków odgrywałem ja i jakaś posługaczka kościelna. Narzeczoną oddawał panu młodemu sam ojciec. Okoliczność ta stała się przyczyną konfuzyi. Gdy ksiądz zapytał: — „Kto daje tę kobietę za małżonkę temu mężczyźnie?“ — szanowny dżentelmen, nie zdając sobie sprawy, do jakiego punktu ceremonii już doszliśmy, z przyjemnością patrzył na napisy, umieszczone na ścianach. Ksiądz powtórzył:
— Kto daję tę kobietę za małżonkę temu mężczyźnie?
Starzec wciąż nic sobie nie uświadamiał i pan młody zawołał swoim zwykłym głosem:
— No, szanowny ojcze, wiesz przecież, kto ją oddaje.
Na to ojciec bardzo żywo odpowiedział, jak należało, ale nieuważnie dodał:
— Dobrze, dobrze, Janie!
Ksiądz był tak uderzony tą sceną, że na chwilę zawahał się i już zaczynałem wątpić, czy ceremonia się skończy szczęśliwie.
Ale ślub odbył się pomyślnie. Wychodząc z kościoła Uemnik zdjął białe rękawiczki i podniósłszy nakrywę chrzcielnicy, włożył je do niej. Pani Uemnik, myśląc o przyszłości, postąpiła ekonomiczniej i zdjąwszy rękawiczki schowała je do kieszeni a włożyła poprzednie zielone.
— No, panie Pip — rzekł Uemnik, tryumfalnie biorąc wędkę — pozwól się spytać, czy pomyślałby kto, że to ślub? śniadanie odbyło się w małej restauracyi, leżącej na pagórku o milę od łąk. Piłem za zdrowie młodej pary, starego ojca, zamku. Jednem słowem starałem się być jak najuprzejmiejszym.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.