Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zieniu. Gdy jestem w domu myśli moje tylko nim zajęte.
Straszne położenie Magwicza tak było nieznośnem dla nas, że nie mogliśmy wprost mówić o niem.
— Przyjacielu, muszę cię zaniepokoić pytaniem, ale usprawiedliwia mnie blizkość naszej rozłąki. Czyś pomyślał o swej przyszłości?
— Nie, bałem się myśleć o tem.
— Nie możesz jednak uniknąć przyszłości. Chciałbym, byś zastanowił się wraz ze mną, co będziesz robił.
— Dobrze.
— W nowej filii naszego domu, potrzeba...
Widziałem, że z delikatności unika rzeczywistej nazwy i dlatego poddałem: „pomocnika“.
— Pomocnika. Mam nadzieję, że ten, ktoby objął tę posadę z pomocą swego przyjaciela, mógłby stać się z czasem wspólnikiem. Jednem słowem, Hendlu, czy chciałbyś przyłączyć się do nas?
Było coś ujmującego i czarującego w sposobie, z jakim wymówił „Hendlu“, jakby przygotowując do poważnej rozmowy, ale nagle zmienił ton i wyciągnąwszy rękę, kończył przemowę, jakby jaki uczeń przed profesorem.
— Mówiliśmy o tem często z Klarą i wprost prosiła mię ze łzami w oczach, abym ci powie-