Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Rozdział XXVII.

Chory Magwicz przeleżał w więzieniu cały czas od aresztowania do otwarcia sesyi, oddychał z wielkim trudem i bólem, który wciąż się zwiększał. Skutkiem tego mówił bardzo mało i tak cicho, że ledwie można było rozeznać jego słowa. Ale zawsze rad mnie słuchał, a ja uważałem za swój obowiązek mówić i czytać mu wszystko, co mogło dać mu rozrywkę. Stan jego tak się pogorszył, że nie można go było dłużej zostawiać w ogólnem więzieniu i skutkiem tego przeniesiono go do szpitala. Tu mogłem znacznie częściej się z nim widywać. Choroba wybawiła go od kajdan, aczkolwiek uważano go za niebezpiecznego przestępcę.
Choć widywałem się z nim codziennie, lecz zawsze na tak krótko a chwile rozłąki były tak długie, że spostrzegałem najmniejszą fizyczną zmianę na jego twarzy. Zmiany nie były na lepsze; widocznie upadał na siłach i z dnia na dzień stawał się słabszym. Okazywał pogodzenie się z losem, jak człowiek znużony życiem. Niekiedy zdawało mi się, z jego mowy i wyrazu twarzy, że zastanawia się nad pytaniem, czy nie byłby lepszym człowiekiem w pomyślniejszych warunkach; nigdy jednak nie starał się wytłomaczyć siebie w ten sposób.
Zdarzało się dwa, czy trzy razy, że więźniowie wspominali o złej jego sławie. Wtedy ukazywał się na jego twarzy uśmiech, zwracał się do mnie z takim wyrazem, jakby był pewnym, że znałem u niego jeszcze w czasach dzieciństwa niejedną dobrą stronę. Wogóle Magwicz był spokojny, nigdy i na nic się nie skarżył.
Kiedy otwarto sesyę sądową, pan Dżaggers podał prośbę o odłożenie sprawy Magwicza do następnej sesyi w nadziei, że ów nie dożyje tak długo. Odmówiono mu tego. Posiedzenie sądu zaczęło się a Magwicza przyniesiono do sali w krześle. Pozwolono mi stać za nim i trzymać go za rękę.
Śledztwo było krótkie i jasne. Wszystko, co można było powiedzieć na jego korzyść, powiedziano — zarówno i o tem, że w ostatnich czasach zaczął pracować, że żył porządnie i uczciwie. Ale w żaden sposób nie można było zaprzeczyć faktu, że wrócił do Anglii i stoi obecnie przed sędzią i przysięgłymi. Niepodobna było uznać go za niewinnego.
Karą za samowolny powrót do kraju, który go wydalił, była śmierć, a ponieważ okoliczności, towarzyszące jego schwytaniu, zwiększały tylko winę, należało mu się przygotować do śmierci.
Wciąż jeszcze miałem nadzieję, że umrze przed dniem, wyznaczonym do wykonania wyroku, ale obawiając się, by życie jego nie przedłużyło się, tej jeszcze nocy napisałem prośbę do ministra spraw wewnętrznych, przedstawiając to, co wiedziałem o przestępcy i zapewniając, że postanowił wrócić do ojczyzny tylko dla mnie. Napisałem, jak mogłem najbardziej przekonywująco, z uczuciem i wysłałem ją według przeznaczenia. Pisałem również do wielu wpływowych osobistości, od których mogłem spodziewać się pomocy a nawet podałem prośbę do króla. Po wyroku nie zaznałem ani chwili spokoju; przykre myśli prześladowały mnie. Wysławszy prośby, po całych dniach chodziłem pod domami osób, do których były adresowane, jakby blizkość ich mogła dodać mi nadziei. Do tej pory ulice Westendu w czasie wiosennych mglistych nocy z rzędami domów i latarni napełniają mię tłumem przykrych wspomnień. Codzienne me wizyty w więzieniu, jeszcze bardziej skrócono, a Magwicza zaczęto pilniej strzedz. Zdawało mi się, że podejrzewano mnie o zamiar otrucia go; zażądałem też, by mię rewidowano przed dopuszczeniem do jego łoża i oznajmiłem dozorcy obecnemu przy tem, że zgodzę się na wszystko, byle udowodnić czystość swych zamiarów. Nikt nie obchodził się źle ani z nim, ani ze mną. Powinność służbowa wymagała, aby pilnować nas ściślej, ale czyniono to jak można najwzględniej. Dozorca zawsze zapewniał, że z Magwiczem coraz gorzej, to samo mówili i aresztanci pielęgnujący. I choć byli to przestępcy, mieli jednak dzięki Bogu skłonność do dobrego.
Dni mijały. Niekiedy Magwicz długo leżał niezwykle spokojnie, patrząc na biały sufit. Czasami ożywiały go moje słowa, ale za chwilę znów wpadał w odrętwienie. Niekiedy zupełnie nie mógł mówić i odpowiadał mi lekkiem uściśnięciem ręki; wkrótce przywykłem do tego i odgadywałem jego myśli. Był to już dziesiąty dzień po wyroku, gdy nagle zaszła w nim znaczna zmiana. Oczy jego, zwrócone ku drzwiom, z radości błysnęły przy mem wejściu.
— Drogi mój — rzekł. — Bałem się, byś się nie spóźnił, choć byłem prawie pewien, że się to nie stanie.
— Przyszedłem w naznaczonym czasie i oddawna już czekałem pod drzwiami.
— Zawsze czekasz pod drzwiami, prawda?
— Tak, aby nie stracić ani chwili.
— Dziękuję ci, dziękuję mój chłopcze! Niech cię Bóg błogosławi! Nigdyś mnie nie opuszczał.
W milczeniu uścisnąłem, mu rękę, bo nie mogłem zapomnieć, że raz chciałem go już porzucić.
— A co najważniejsze, opiekowałeś się mną w biedzie nie zaś wówczas, gdy mi się wiodło. To najważniejsza.
Leżał na wznak i oddychał bardzo ciężko. Mimo, że nader lubił na mnie patrzyć i mówić ze mną, ożywienie znowu znikło z jego twarzy a wzrok osłupiały skierował się na sufit.
— Czy bardzo cierpisz?
— Nie skarżę się, mój drogi.
Były to ostatnie jego słowa. Uśmiechnął się, zdawało mi się, że chciał, bym położył rękę na jego piersiach. Uczyniłem to, znowu się uśmiechnął i nakrył moją rękę swemi.
Czas wyznaczony na pobyt kończył się; oglądnąwszy się, ujrzałem za sobą dyrektora więzienia, który szepnął db mnie: „może pan jeszcze zostać“. Podziękowałem mu z serca i spytałem:
— Czy mogę z nim pomówić na osobności, o ile mnie usłyszy?
Dyrektor więzienia odszedł na bok a ja dałem znak nadzorcy, aby zrobił to samo. Na chwilę oczy Magwicza ożywiły się i bardzo serdecznie popatrzył na mnie.
— Kochany Magwiczu, wreszcie zdecydowałem się powiedzieć ci o czemś. Rozumiesz, co mówię?
Zlekka uścisnął mą rękę.
— Miałeś córkę, bardzo kochaną, którą straciłeś!
Silniej uścisnął mi rękę.
— Ona żyje i znalazła możnych opiekunów. Jest panią i piękną. A ja kocham ją!
Ostatnim słabym wysiłkiem podniósł mą rękę do ust. Potem znowu powoli opuścił ją na piersi, nakrył swemi rękami i skierował wzrok na sufit. Wkrótce oczy jego zamknęły się a głowa spokojnie osunęła na piersi.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.