Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/319

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oddychał z wielkim trudem i bólem, który wciąż się zwiększał. Skutkiem tego mówił bardzo mało i tak cicho, że ledwie można było rozeznać jego słowa. Ale zawsze rad mnie słuchał, a ja uważałem za swój obowiązek mówić i czytać mu wszystko, co mogło dać mu rozrywkę. Stan jego tak się pogorszył, że nie można go było dłużej zostawiać w ogólnem więzieniu i skutkiem tego przeniesiono go do szpitala. Tu mogłem znacznie częściej się z nim widywać. Choroba wybawiła go od kajdan, aczkolwiek uważano go za niebezpiecznego przestępcę.
Choć widywałem się z nim codziennie, lecz zawsze na tak krótko a chwile rozłąki były tak długie, że spostrzegałem najmniejszą fizyczną zmianę na jego twarzy. Zmiany nie były na lepsze; widocznie upadał na siłach i z dnia na dzień stawał się słabszym. Okazywał pogodzenie się z losem, jak człowiek znużony życiem. Niekiedy zdawało mi się, z jego mowy i wyrazu twarzy, że zastanawia się nad pytaniem, czy nie byłby lepszym człowiekiem w pomyślniejszych warunkach; nigdy jednak nie starał się wytłomaczyć siebie w ten sposób.
Zdarzało się dwa, czy trzy razy, że więźniowie wspominali o złej jego sławie. Wtedy ukazywał się na jego twarzy uśmiech, zwracał się do mnie z takim wyrazem, jakby był pew-