Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dni mijały. Niekiedy Magwicz długo leżał niezwykle spokojnie, patrząc na biały sufit. Czasami ożywiały go moje słowa, ale za chwilę znów wpadał w odrętwienie. Niekiedy zupełnie nie mógł mówić i odpowiadał mi lekkiem uściśnięciem ręki; wkrótce przywykłem do tego i odgadywałem jego myśli. Był to już dziesiąty dzień po wyroku, gdy nagle zaszła w nim znaczna zmiana. Oczy jego, zwrócone ku drzwiom, z radości błysnęły przy mem wejściu.
— Drogi mój — rzekł. — Bałem się, byś się nie spóźnił, choć byłem prawie pewien, że się to nie stanie.
— Przyszedłem w naznaczonym czasie i oddawna już czekałem pod drzwiami.
— Zawsze czekasz pod drzwiami, prawda?
— Tak, aby nie stracić ani chwili.
— Dziękuję ci, dziękuję mój chłopcze! Niech cię Bóg błogosławi! Nigdyś mnie nie opuszczał.
W milczeniu uścisnąłem, mu rękę, bo nie mogłem zapomnieć, że raz chciałem go już porzucić.
— A co najważniejsze, opiekowałeś się mną w biedzie nie zaś wówczas, gdy mi się wiodło. To najważniejsza.
Leżał na wznak i oddychał bardzo ciężko. Mimo, że nader lubił na mnie patrzyć i mówić