Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak pan myśli, czy mógłbym uwolnić się od pracy na poniedziałek?
— Naturalnie, tylko, że pan tego nie robił przez dwanaście miesięcy.
— Raczej przez dwanaście lat. Tak, mam zamiar wziąć w poniedziałek urlop. Co więcej zamierzam iść na przechadzkę i prosić pana, by mi towarzyszył.
Już chciałem się usprawiedliwić i powiedzieć, że nie mogę się zgodzić na żadne przechadzki obecnie, ale Uemnik mnie wyprzedził:
— Wiem, że pan czem innem zajęty i nieusposobiony do spacerów. Ale jeśliby pan był tak dobry i spełnił mą prośbę, uczyniłby mi pan wielką przysługę. Spacer nasz będzie rano i nie zajmie dużo czasu. Nie potrwa dłużej nad cztery godziny, licząc ze śniadaniem od ósmej rano do południa. Czy nie mógłby pan jakoś się ułożyć i wyświadczyć mi tej przysługi?
Uemnik tyle zrobił dla mnie, że odmówienie mu byłoby istotną nie wdzięcznością; dlatego obiecałem, o ile będę mógł, spełnić jego prośbę. Był tak zadowolony, że patrząc na niego, cieszyłem się jego radością. Przyrzekłem stawić się w poniedziałek o pół do dziewiątej i pożegnaliśmy się.
Punktualnie w naznaczonym dniu i o naznaczonej porze zadzwoniłem do zamkowej furtki. Uemnik sam wyszedł na spotkanie.