Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i przypuszczałem, że to najlepsza pora do działania. Teraz widzę, że był to podstęp z jego strony. Widcznie, jako sprytny człowiek, oszukiwał zawsze swych ludzi. Sądzę, że pan mnie za to nie obwinia? Niech mi pan wierzy, że z całej duszy starałem się wam dopomódz.
— Jestem pewien tego i dziękuję serdecznie za życzliwość i współczucie, jakie mi pan okazuje.
— Pan dziękuje. To przykra sprawa. Zapewniam pana, że dawno mnie nikt tak nie podszedł. Główna rzecz, co mnie najwięcej dręczy, — to strata takiego wielkiego ruchomego majątku. To bieda!
— Ja zaś niepokoję się tylko o właściciela majątku.
— Oczywiście, oczywiście, niema co mówić, musi być panu bardzo przykro. Ja sam dałbym pięciofuntowy bilet, byleby go uwolnili. Ale niech pan uważa, o co chodzi. Nieboszczyk Kompenson wiedział o jego powrocie do Anglii i postanowił za wszelką cenę go chwycić. W tych warunkach, zdaje mi się, nie można go było ocalić. Podczas gdy majątek bardzo łatwo było ocalić. Widzi pan zatem, jaka różnica między właścicielem a majątkiem.
Prosiłem Uemnika, by wstąpił do mnie i pokrzepił się przed powrotem do Uolwortu szklaneczką grogu. Zgodził się. Popijając grog, nagle ni stąd ni zowąd i z jakąś niepewnością rzekł: