Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzone, zacząłem się czegoś domyślać. Prędko potwierdziły się domysły; spostrzegłem ojca, wchodzącego do kościoła i prowadzącego pod; rękę jakąś d&mę.
— A! To pani Skiffins! Zabawmy się w ślub!
Ta skromna dziewica była ubrana jak zwykle, tylko idąc zmieniła zielone rękawiczki na białe.
Po przybyciu kapłana podeszliśmy do ołtarza. Uemnik tak dobrze udawał, jakoby wszystko to stało się niespodzianie i nie było wcześniej przygotowane, że słyszałem, jak wyjmując przed ślubem pierścionki z kieszeni, zamruczał:
— A! są i pierścionki!
Rolę świadków odgrywałem ja i jakaś posługaczka kościelna. Narzeczoną oddawał panu młodemu sam ojciec. Okoliczność ta stała się przyczyną konfuzyi. Gdy ksiądz zapytał: — „Kto daje tę kobietę za małżonkę temu mężczyźnie?“ — szanowny dżentelmen, nie zdając sobie sprawy, do jakiego punktu ceremonii już doszliśmy, z przyjemnością patrzył na napisy, umieszczone na ścianach. Ksiądz powtórzył:
— Kto daję tę kobietę za małżonkę temu mężczyźnie?
Starzec wciąż nic sobie nie uświadamiał i pan młody zawołał swoim zwykłym głosem: